NIENORMALNI. PRZEZ NIENORMALNOŚĆ KU NORMALNOŚCI Z JACKIEM BŁAWUTEM

O tym, że Jacek Bławut jest niezwykłym dokumentalistą, nie trzeba nikogo przekonywać. Jest także operatorem, którego zdjęcia widzieliśmy w kultowym „Dekalogu” Kieślowskiego czy „Dniu świra”. Te dwa filmy niejako stają się tu wytrychem w zagadnieniu moralności i normalności, oraz autorefleksji. My tu weźmiemy sobie pod lupę trzy jego dokumenty, które niczym triada ukażą nam drogę człowieka zagubionego, popadającego w nałóg, człowieka nienormalnego, albo nie potrafiącego żyć normalnie, a potem z kolei spojrzymy na bohatera, który po różnych kryminalnych przygodach doświadcza normalności jako wolontariusz osób upośledzonych (nienormalnych). Błogosławiona Nienormalność drogą powrotną do normalności.

 

SZCZUR W KORONIE

 

Staczający się w dół młody mężczyzna, który wciąż oszukuje siebie i innych, że panuje nad nałogiem alkoholowym. Gdzieś drży nadzieja, że może być lepiej. Wierzy w to reżyser, Jacek Bławut, który czasem pożycza mu pieniądze na lepsze życie, wierzymy w to my — widzowie. Michał chowa banknot i wie, że za chwilę sobie kupi coś mocniejszego, by na chwilę pozbyć się wstydu. Jak mocno trzeba nim potrząsnąć, krzyczeć, by coś do niego dotarło? Ale chyba w głębi Michał czuje, że nie wyjdzie z tego. Może lepsze jest znane piekło niż nieznany raj? Spotkania AA? To w gruncie rzeczy przedstawienie, w którym skruszony aktor powtarza do znudzenia te same formułki, a po godzinach znów zagląda do butelki.

Zimne wieczory i samotne spacery po mieście w poszukiwaniu ciepła i spokoju. Własne mieszkanie to już przeszłość. Bez ogrzewania, światła, wody. Odrapane ściany i nic poza tym. Wszystko sprzedane, przepuszczone na alkohol. Kiedy kolejna dostawa? Najtańsze wino, woda po goleniu, denaturat. Na rozgrzewkę. Chwila zapomnienia. Ale potem znów Michałowi przypomina się jego przyjaciel Stasiu, niepijący alkoholik, który chyba już wyszedł na prostą. Może jemu coś warto kupić zamiast kolejnej flaszki. Michał cały zziębnięty snuje sobie plany kupienia chochli do nakładania zupy. Stasiu, który się już urządził w nowym domu, gdzie nie ma miejsca na alkohol, zawsze wspomina, że przydałaby mu się taka chochla do nakładania zupy. Żeby sobie i komuś nałożyć. Komu? Komuś głodnemu, komuś w potrzebie. Może właśnie Michałowi, który wróci jako marnotrawny syn, by znów prosić o nocleg. Który to już raz? No wygonisz chłopaka na taki ziąb? Bądź człowiekiem Stasiu. Stasiu walczy ze sobą. Próbuje się uwolnić od alkoholu i od Michała. Znów odzywa się w nim miłosierdzie. Pytanie tylko, ile razy można być tym hojnym, cierpliwym człowiekiem, współuzależnionym, który tylko rozpieszcza alkoholika. Tu papieroski, tu batonik, coś jeszcze. Stasiu pożycz. Trochę groszy. Stasiu bądź człowiekiem. I Stasiu znów wymięka, a Michał znów ma w kieszeni pełną flaszkę. Kiedy ją kupił?! Czary! Stasiu nie wytrzymuje. Znów chce wygonić Michała, który mu przypomina o nałogu.

Ci przyjaciele ciągle się rozstają i wracają, by znów posiedzieć przy kominku i opracować ambitny plan zmiany życia Michała. Alkoholika jak każdego uzależnionego nie można rozpieszczać, nie można mu dawać odrobiny komfortu, bo on nigdy sam z siebie nic nie zrobi. Punktem decydującym jest upadek. Można się przyglądać i czekać, aż upadły zbierze wszystkie siły jak rozbitą filiżankę i wreszcie się podniesie albo jednak ugrzęźnie w tym jednym miejscu, nie dając sobie pomóc.

 

Urwany film. Ciąg dalszy nastąpi.

 

Dłuższy ciąg z butelki. Przeciąg. W końcu długo się nie piło. Trzeba się nagrodzić. Odrobinka. Jeszcze go przestrzegają, chwytają za ramię, próbują zatrzymać. Ale on idzie jak zahipnotyzowany.

 

A potem widzimy Michała w trumnie. Te kilkadziesiąt minut filmu, te parę scen, parę wyznań. Oto jego życie utrwalone na filmie. Jego wątpliwości, nadzieje, zwierzenia, upadek, uwolnienie. Jakiś ślad, który nie wyparuje tak szybko jak alkohol. Wreszcie ulga. Najbardziej przerażająca w tym filmie jest właśnie nadzieja, że wszystko może się zmienić albo na lepsze, albo na gorsze. Alkoholik przeżywa syndrom wiecznie spadającej monety. Rewers czy awers. Ciągła niepewność. Moneta spada w kasie sklepu monopolowego. Polej pan jeszcze. Jestem na Saharze i sucho tu wszędzie. Gdyby tak się upić i już się nie obudzić. To by była ulga. Wreszcie koniec niepewności.

Alkohol to oczywiście najbardziej jaskrawy nałóg, ale przecież jest jeszcze wiele innych pokoi w tym długim korytarzu, który nas wiedzie do celu. Szczęśliwi ci, którzy dojdą bez problemów, niepotrzebnych dygresji i przystanków. Inni zaś, zbyt podnieceni lub wystraszeni, będą musieli się jakoś znieczulić. Uciekną w różne nałogi, słabostki. Alkohol, narkotyki, seks, jedzenie, ploteczki, nadmierne interesowanie się cudzym życiem, cokolwiek. Szybka przyjemność, potem wyrzuty sumienia. Głód, biczowanie się i znów to samo. A nade wszystko koszmarna strata cennych chwil, w których mieliśmy pokonać kolejne przystanki do naszego prawdziwego szczęścia. Może boimy się tego decydującego momentu i dlatego wpadamy w nałóg, by spowolnić tempo. Gdy jest za dobrze, nagradzamy siebie i wszystko zwalnia. Gdy jest bardzo źle, uspokajamy się, pocieszamy. Znów wypijamy słodki eliksir przyjemności. Znów zwalniamy tempa. Jesteśmy tacy nieszczęśliwi. Niech ktoś się zlituje nad nami. Aż w końcu zapominamy, dokąd mieliśmy iść. Coraz bardziej siebie nienawidzimy za to, że się tak pogubiliśmy. Skomplikowaliśmy wszystko. Jak zwykle, człowiek za bardzo lubi różne ornamenty, które odciągają go od głównego tematu jego życia. Tu labirynty, tu spirale. A wystarczyło iść tą prostą drogą! 

 

BORN DEAD

 

Inny, młodszy bohater, Robert przebywający w więzieniach i zakładach poprawczych od piętnastego roku życia, rozpoczyna swoją resocjalizację w ośrodku dla umysłowo chorych dzieci i młodych ludzi, aby być dla nich opiekunem. Przez ułomność, nienormalność, bohater chce zbliżyć się do normalności i życia na wolności. To jego wielka szansa. Nie chce zawieść. Interesujące jest to zderzenie umięśnionego, wytatuowanego chłopaka o wyrazistym charakterze z ludźmi, którzy nawet nie potrafią poprawnie zawiązać sznurówki czy zjeść posiłku. Robert w sali rekreacyjnej czujnie obserwuje każdego ze swoich podopiecznych. Jeden rzuca krzesłami, drugi się gdzieś oddala, inny jeszcze leży na łóżku i coś mruczy, czwarty podchodzi i ciągle przytula Roberta. Wszyscy oni są zafiksowani w tych kilku ruchach, jak nakręcane roboty. Wystarczy, że Robert zabierze jednemu chłopakowi krzesło, ten już wraca jak zaprogramowany, by wziąć je z powrotem i tak w kółko. Co za monotonia. Może więzienie jest lepsze? Nie, tam nic się nie dzieje, a tu przynajmniej między tymi dzieciakami nie sposób się nie nudzić. To jak pobyt w dżungli. Ktoś złapie cię za nogę, ktoś pociągnie za rękę, a może ktoś ci coś zrzuci na głowę. Jest wesoło. Nie ma co. Może to najlepsze lekarstwo. Wejść między takich wyjątkowych ludzi i uczyć się od nich niezwykłej naturalności, swobody w wyrażaniu emocji, szczerości. Tu nagle spostrzegasz, jak wszystko jest proste. Twój podopieczny ma zjeść zupę, więc mu pomagasz. Krok po kroku. Dla ciebie to proste, a dla tego dziecka to kolejne wejście na szczyt. Zapominasz o tych wszystkich bzdurach. Jesteś tu dla innych. Koncentrujesz się jak nigdy przedtem. Chcesz wykonać z nimi kolejne zadanie. I tak przez całe życie. Mały krok do celu. Wypełnisz zadanie. Będziesz skuteczny, będziesz prawdziwy.

Tymczasem Robert cierpliwie karmi jednego z podopiecznych, który i tak połowę wypluwa na śliniaczek. Syzyfowa robota, ale Robert nawet nie daje po sobie poznać, że jest zniecierpliwiony. Może to magia kamery, która ma ukazać go w dobrym świetle, a może to początki wielkiej przemiany?

Dla Jacka Bławuta to z pewnością istne antidotum po dokumencie „Szczur w koronie”, gdzie pożegnał Michała, przegrał jego walkę o duszę. Powrotem do normalności i równowagi okazuje się powrót do ludzi upośledzonych, którzy są cudownie niewinni, szczerzy, w przeciwieństwie do tych wszystkich bestii, jakie siedzą w nas. W 1990 r. Bławut nakręcił dokument „Nienormalni”, gdzie skupił się na relacji nauczyciela rytmiki z upośledzonymi dziećmi z Ośrodka Opiekuńczego w Kozienicach Dolnych. Co ciekawe sam dokument nie jest do końca wiernym odbiciem zwyczajnego życia bohaterów, tylko tzw. fabularyzowanym dokumentem, gdzie większość scen została ustawiona, zaaranżowana, czy wreszcie wyreżyserowana, jednocześnie prowokując bohaterów do ukazania konkretnych emocji, o jakie chodziło reżyserowi. Potem zobaczymy to również w dokumentach: „Downtown” Piotra Śliwkowskiego i Marty Dzido czy w  „Amatorach” Iwony Siekierzyńskiej. Niezwykła energia i radość ludzi z zespołem Downa przydaje się wtedy, gdy zwyczajni, normalni ludzie aż za bardzo dają w kość.

W dokumencie „Nienormalni” jest taka piękna scena z maratonu, gdy jeden z uczestników wyścigu upada, a drugi się wraca, aby podnieść swojego kolegę, który jest dla niego ważniejszy niż jakaś tam wygrana. No i kto tu jest nienormalny?

Chociaż chronologicznie „Nienormalni” jest poprzednikiem „Szczura w koronie” i „Born dead” to jednak mógłby stanowić piękne zwieńczenie powrotu do tego wszystkiego co najlepsze w ludziach.

Zaczynamy od lęków, nałogów, nienawiści do siebie, autodestrukcji, przechodzimy przez szansę i nadzieję i wreszcie kończymy na tej cudownej niewinności dziecka upośledzonego, które jak żadne inne potrafi afirmować rzeczywistość, która się wokół niego rozgrywa.

 

 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOLNY DZIEŃ FERRISA BUELLERA - DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI ŻYCIA NASZEGO

I STANIE SIĘ KONIEC

DOBRANOC MAMUSIU. CZYLI JAK ODEJŚĆ NA WŁASNYCH WARUNKACH