PIĘKNY UMYSŁ
Mogłoby się wydawać, że życie naukowca, pochłoniętego szukaniem genialnych formuł, które rządzą światem, nie jest aż tak bardzo atrakcyjnym tematem filmu jak dajmy na to życie gwiazdy rocka pełnej ekscesów. Ale jeśli taki niepozorny naukowiec w tweedowej marynarce zmaga się z chorobą i z własnym geniuszem, to jednak może coś zaiskrzyć. Ostatnimi czasy widzieliśmy na ekranach kin, jak Stephen Hawking odkrywając czarne dziury, schodził na dno własnej bezradności wobec choroby, a jednocześnie odkrywał inne wymiary miłości do swojej żony Jane, która okazała się być tym najważniejszym elementem w jego teorii wszystkiego.
Karol Darwin („Miłość i ewolucja”) zmagał się z niemocą twórczą, kryzysem małżeńskim i śmiercią córki, która potem nawiedzała go jako duch. Tu zresztą warto zrobić mały przystanek i stwierdzić, jaki ten świat filmowy jest mały w gruncie rzeczy. W twórcę teorii ewolucji wcielił się Paul Bettany, a jego żona Jennifer Connelly zagrała… żonę Darwina. I właśnie tą dwójkę aktorów zobaczymy w „Pięknym umyśle” niczym dwie połówki umysłu głównego bohatera, gdzie Bettany będzie reprezentował świat fantazji, abstrakcji, a Connelly odegra rolę cierpliwej żony, która pomaga swemu mężowi dojrzeć do rzeczywistości takiej, jaka ona jest. Z kolei Russell Crowe, który często spotyka się na ekranie z tym duetem („Pan i władca na krańcu świata” „Noe”) jak gladiator będzie walczył z demonami fantazji.
„Piękny umysł” to filmowy portret matematyka, Johna Nasha, podkreślmy tu słowo „filmowy”, bo jak zwykle narracja filmowa rządzi się swoimi prawami, aby uwieść widza tak pozornie nudnym tematem, jak matematyczne popisy między tęgimi umysłami dumnych młodzieńców z lat czterdziestych i pięćdziesiątych, którzy mają szansę się wykazać na polu kryptografii. Z jednej strony ambicje rozwikłania szyfrów wroga, tak jak to czynił bohater „Gry tajemnic”, Alan Turing (Benedict Sherlock Cumberbatch), z drugiej śmiałe próby odgadnięcia uczuć płci pięknej. Oto protoplaści późniejszych geeków, „frajerów”, czy nerdów, którzy dziś bynajmniej nie są na marginesie. Wręcz przeciwnie, przeżywają wraz ze swoją matematyczno-informatyczną branżą prawdziwy renesans. Oto słodka „zemsta frajerów”. Nasz główny bohater, John Nash wraz z równie inteligentnymi kolegami bynajmniej nie wygląda jak zakompleksiony frajer z nosem w książce. Jednak trzeba przyznać uczciwie, że ma on pewien stopień niepełnosprawności towarzyskiej, charakterystyczny dla ludzi z autyzmem czy sawantów, którym brak tej subtelności. Bywają oni szczerzy do bólu i nie owijają w bawełnę. Tak więc, jeśli John Nash chce zaliczyć kolokwium towarzyskie… znaczy zaliczyć dziewczynę, nie będzie się specjalnie silił na jakieś poetyckie hymny, wychwalającą urodę jego wybranki. Brak sukcesów towarzyskich idzie niestety w parze z brakiem sukcesów na studiach doktoranckich, gdzie Nash jakoś nie potrafi dogonić swoich ambitnych, ale i pracowitych kolegów, którzy już mogą pochwalić się jakimś dorobkiem (czas pokaże czy wartościowym). Nash osnuty mgłą tajemnicy swego geniuszu, wydaje się być raczej tym, który jak już wyjmie zza swej peleryny jakąś odkrywczą teorię, to okaże się ona wielkim hitem, docenionym nawet przez samą Akademię Noblowską. Ale zanim do tego dojdzie, nasz nieco zarozumiały bohater będzie musiał się zmierzyć z chorobą i miłością. Dwiema wielkimi niewiadomymi w jego równaniu, gdzie wszystko dotąd było takie proste. Miłość i choroba. A czy to nie to jedno i samo? Zapytałby cynik? XYZ
John Nash coraz bardziej sfrustrowany brakiem efektów w swojej pracy naukowej, która jak na razie jest wielkim marzeniem, zdaje sobie powoli sprawę, że długo się nie utrzyma na uczelni, odcinając kupony od swojej legendy i poprzednich nagród, gdy był w formie. Wciąż w nim siedzi ta wizja wielkiej teorii, rozpycha się, kopie, roznosi go i rozprasza, ale biedny Nash nie potrafi nadać jej odpowiedniego kształtu, by wreszcie przedstawić ją w całości profesorowi. Niezdarnie kreśli kolejne równania białym pisakiem na szkle, podglądając przez okno życie. Rozbiegane towarzystwo studentów, gołębie walczące o okruszki, czy staruszka ścigająca złodzieja torebki. Zimny Nash próbuje w tych wszystkich spontanicznych scenkach znaleźć jakiś algorytm, gramatykę. To pisanie na szkle udzieli się potem także bohaterom „Social network”, gdy Eduardo Saverin, grany przez Andrew Garfielda zapisze początek kodu genetycznego do rodzącego się właśnie Facebooka. Zapisany na szkle kod będzie niczym przepowiednia życia za ekranem komputera, gdzie widzimy mnóstwo okien z różnymi twarzami naszych potencjalnych znajomych, których łatwo opisać przez wybrane kategorie: status towarzyski, zainteresowania, praca itd. Filmowy Mark Zuckerberg nie będąc gwiazdą towarzystwa, stworzył jeden z najbardziej towarzyskich portali. Nie inaczej jest z Johnem Nashem, który zdystansowany, wręcz aspołeczny, nie mogąc odnaleźć się wśród ludzi, próbuje opisać ich opisać matematycznymi kategoriami. Chce jakoś opanować ten ludzki żywioł, który go przeraża. Chce wyznaczyć równowagę sił, chociaż podświadomie pragnie on zapanować nad ludźmi, być kimś ponad, być kimś ważnym. To ciekawe także z perspektywy samej choroby Nasha, schizofrenii, gdzie bohater rozkłada swoje ciężkie ego między wymyślonych bohaterów i prowadzi z nimi różne dialogi jak Sokrates. Odbija między nimi piłkę, by w końcu strzelić pięknego gola, zwieńczonego Noblem.
Socjologia, ekonomia i matematyka wirują w umyśle Nasha, który już zdążył sobie wyrobić na uczelni opinię odludka, a może nawet wariata, odmawiającego sobie nawet zajęć na uczelni. Bo jak sam twierdzi, zajęcia otępiają umysł. Nash wyraźnie gardzi akademicką rutyną, rytmem zajęć i zaliczeń, a tym samym bywa coraz rzadziej między ludźmi, pogrążając się w samotnym, twórczym szale.
Może to geniusz, ale chyba zupełnie nieprzystosowany do rytmu uczelni. Wielki, niepokorny talent, nie potrafią systematycznie pracować. Przed kolegami z roku trzyma fason, wciąż czując się lepszym od nich i poniżając ich dorobek naukowy, choć sam przecież nie ma na swoim koncie żadnych nowych artykułów. Tylko przy Charlesie Herrmanie, studencie literatury, wygadanym humaniście z poczuciem humoru i imprezowym stylu bycia, John potrafi przyznać się do swojej klęski i zapłakać jak dziecko, rozbić sobie czoło o szybę i rozwalić swoje biurko. Przebojowy Charles jest tym, kim zamknięty Nash chciałby być. Jakbyśmy to już gdzieś widzieli. A tak, w „Podziemnym kręgu”, gdzie też obserwujemy dwoistą naturę bohatera. Charles jest niczym genialny duch, który rozbudza w Johnie twórczą inspirację, wspiera go, rozśmiesza i rozluźnia, wyciągając go z biblioteki na pizzę. A gdy już żołądek pełny, umysł rozluźniony. Czas opracować coś przełomowego. Tak to już się zbliża. Słyszycie bicie dzwonu, słyszycie tętent armii inspiracji. Wreszcie przybywają do zdesperowanego myśliciela.
Pełen pasji John kreśli na kartce kolejne wykresy, mija jesień, zima i nadchodzi wiosna, w tle słychać śpiew muzy i dzwon nadchodzącego przełomu. Wreszcie można zaskoczyć profesora oryginalną teorią. To jak strzał w dziesiątkę za pierwszym podejściem. Wreszcie John Nash stworzył coś niezwykłego: Równowagę Nasha.
Jeśli każdy z graczy wybrał strategię (plan działania), wybierając ją na podstawie tego, co do tej pory wydarzyło się w grze, a jednocześnie żaden z graczy nie może zwiększyć własnej oczekiwanej wygranej poprzez zmianę swojego planu działania, podczas gdy pozostali gracze pozostają przy swojej, pierwotnie wybranej strategii, wówczas zestaw wybranych przez poszczególnych graczy strategii nazywamy równowagą Nasha.
Równowaga została ustalona. John znów jest górą. Duma wzrasta. Młody, zdolny uczony, traktujący wszystkich z góry, wciąż ma obok siebie swojego przyjaciela Charlesa, który razem z nim świętuje kolejne sukcesy. Dzielą się swoimi obawami i radościami. Emocje balansują na wadze w twórczym dialogu Tak, to jest przyjaźń John, coś zupełnie nieznanego w twym świecie równań, czyż nie?
A za chwilę poznasz coś równie niezwykłego jak miłość. A będzie miała ona na imię Alicia i będzie fizykiem. Nawet najbardziej genialny człowiek w swym mniemaniu nie może oprzeć się tej pięknej Alicji, z którą mógłby żyć w krainie czarów.
No właśnie, czary, imaginacje sny.
I wszystko byłoby dobrze… gdyby nie to Johno, że pewna część twego życia jest urojeniem. Że są pewne sprawy i pewni ludzie, którzy są tylko w twojej głowie. Wyobraź sobie, że najbliższy ci Charles, doskonały partner w twoich „sokratejskich dialogach” nie istnieje. Próbujesz zaprzeczyć. Ale w gruncie rzeczy Charles zawsze wyrażał twoją potrzebą posiadania przyjaciela. Był, niczym krzywe zwierciadło, w którym mogłeś skonfrontować swoje obawy i ambicje. On wypiwszy z tobą kilka mocniejszych porcji Johnny’ ego Walkera, wypowiedział twoje pragnienie „bycia kimś”. On obudził w tobie bestię, byś wreszcie stworzył teorię, która zapewni wyższy status społeczny i spełni pragnienie bycia kimś ważnym, kogo warto uwieczniać na okładkach czasopism naukowych. Wielki Johnie Nash. Kimżeś by był bez swojego Charlesa.
A mała siostrzenica Charlesa? Dziwnym trafem jakoś nie rośnie przez te wszystkie lata. A tajemniczy William Parcher? Ten ostatni to szczególny przypadek. To on zauważył wielki potencjał Johna, zwerbował go do tajnych służb, by tam genialny matematyk rozpracowywał równie tajne wiadomości od Rosjan, rzekomo zaszyfrowane w różnych czasopismach. (Pewnie dzisiaj też w kontekście wojny Rosji z Ukrainą, Nash mógłby się wykazać swoim talentem do rozpracowywania różnych szyfrów). Przy takiej nietypowej pracy można było zarazić się niejedną teorią spiskową. Ale to dobrze. Jeśli obracasz się wśród szpiegów, wręcz wypada, żebyś był podejrzliwy na każdym kroku, żebyś widział w każdym komunikacie drugie dno. Zupełnie, jakbyś analizował ukryty wiersz, który od jednej metafory do drugiej wskaże miejsce bomby, którą chcieli zdetonować wrogowie.
Buuuuuch.
I nagle to wszystko znika. Zaintrygowany bohater zagląda za kulisy swego życia. James Horner dopełnia ten strach pięknym utworem „Car chase”. Pościg samochodowy między szpiegami jest w gruncie rzeczy metaforą pościgu Johna za własnym „ja”. Monotonnie wybijane wysokie dźwięki na fortepianie dzwonią jeszcze nadzieją, normalnością, świtającą myślą, podczas gdy w tle czai się, snuje mrok wyrażony w niskich, basowych smyczkach. Niemal wszyscy aktorzy, którzy grali z Johnem w jego życiu są jak hologramy, przez które teraz prześwituje światło gorzkiej prawdy. Czy to jest ta wielka prawda, której szukałeś mędrcze, zapewniając sobie na chwilę sławę?
Doktor Rosen uśmiecha się spokojnie. Właśnie usłyszał od swojego pacjenta, że może być rosyjskim szpiegiem. Wszystko jest możliwe. Ale teraz uspokój się John. Dookoła mnóstwo zieleni i wszyscy są w bieli, jakby odgrywali jakąś sielankową scenę. Ni to raj, ni to piekło. Jakiś dziwny stan zawieszenia. Rosen widząc, jak Nash się zapiera w swoich przekonaniach o spisku, pokazuje mu (jak w lustrze) innego schizofrenicznego pacjenta, który kłóci się z kimś, kogo oczywiście nie widać. Nie widzi go nawet John Nash, który ma tak wielu niewidzialnych przyjaciół. Jak to możliwe? Oto oblicze schizofrenii. Czas się przywitać ze swoją chorobą John. Nota bene ta scena, o której tu mówimy, została usunięta z oficjalnej wersji filmu. A ciekawostką jest, że ów innego, schizofrenicznego pacjenta grał tu ojciec samego reżysera, Rona Howarda, Rance Howard.
Zresztą w całym filmie możemy znaleźć takie smaczki rodzinne Howardów. W jednej ze scen, niefortunnego wykładu Johna Nasha, zobaczymy żonę reżysera Cheryl Howard, a także córkę, Bryce Dallas Howard w roli studentki, która smutnym, przerażonym spojrzeniem odprowadza Nasha, którego zabierają sanitariusze do szpitala psychiatrycznego. Oto wielki profesor John spadł z piedestału. Szok i niedowierzanie. Sam reżyser, Ron Howard także nie odmówił sobie małego cameo na przyjęciu u gubernatora, gdy John Nash jeszcze był KIMŚ i brylował na salonie z nowopoznaną Alicią.
Teraz gdy świat Johna się wali, gdy wszystkie dotąd znane elementy jego równania upadają, jak kolumny w świątyni, zostaje wielka pustka i strach. Niegdyś dumny uczony, rozpracowujący kody i szyfry, ratujący świat przed zagładą komunistów, odnoszący się z pogardą niemal do każdego studenta, teraz czuje się jak przestraszone dziecko wśród swoich snów i imaginacji Dziecko, które dorosło do tego by zdać sobie prawdę, że jego urojeni przyjaciele wcale się nie zmieniają. Jakby odkryli cudowny eliksir młodości. Utracjusz Charles nie ma nawet siwego włosa i wciąż tryska humorem, jak za czasów studenckich, badając ciągle twórczość D.H. Lawrance’ a. Natomiast jego siostrzenica Marcy przez wszystkie te lata wciąż jest małą dziewczynką. Wydaje się, że ze swoją niezmiennością byli oni dla Johna jak opoka, skała, fundament w tych dziwnych czasach, gdy bomba atomowa wisiała nad światem. Świat dookoła może ocalał, ale wewnętrzny świat Johna Nasha runął jak domek z kart. Jedyna prawdziwa osoba, która została pośród tych opadających mgieł to przerażona Alicia.
To przecież na początku znajomości z Johnem, bezczelnie mu się przeciwstawiła i otworzyła okno na jego zajęciach, by wpuścić trochę świeżego powietrza do tej dusznej sali pełnej abstrakcyjnych wzorów, które rozpisywał John. Wyszła za mąż za wielkiego uczonego, a potem stała się żoną ciężko chorego schizofrenika. Alicia teraz próbuje odczarować mroczny świat Johna. W jaki sposób? Poprzez rutynę, ćwiczenia, od których John zawsze uciekał. Obowiązki, sprzątanie, wyrzucanie śmieci, praca z nadgodzinami, by utrzymać dom. Jej upór w byciu zwyczajną, by tak uporządkować chaotyczny świat męża. Wyciągnięta dłoń cierpliwej żony i wyrozumiałej matki. Jej współczujące spojrzenie, gdy słyszy od męża, jak znów uległ swoim wizjom i stał się pośmiewiskiem. Tak, ma męża szaleńca. Powstrzymuje płacz. Czy ona to wytrzyma? Czy to jej litość, czy może jednak wielka miłość, która wszystko zniesie? „Jutro spróbuj znowu” — mówi przez łzy i kładzie swoją dłoń na dłoni męża. Tylko to jest prawdziwe.
W filmie widzimy piękną miłosną historię na tle choroby, ale jednak w prawdziwym życiu było trochę inaczej. Małżeństwo Johna i Alici w pewnym momencie przestało istnieć. A małżonkowie wrócili do siebie po latach i ponownie wzięli ślub, właśnie w okresie kręcenia „Pięknego umysłu”, jakby w ten sposób odświeżyli swoją miłość na ekranie i w życiu prywatnym. Mija już siedem lat od śmierci obojga. Mieli chociaż to „szczęście”, że zginęli razem w wypadku samochodowym. Znów przypomina się scena z pościgiem samochodowym w filmie. Co ciekawe w tym samym roku, w którym zginął Nash i jego żona, w katastrofie lotniczej zginął kompozytor James Horner. Czy to coś znaczy? Może jest w tym jakiś szyfr losu? Zmrużmy oczy i szukajmy kolejnych puzzli sensu. Tylko uważajmy, bo często takie usilne szukanie doprowadza do obłędu., gdy za bardzo zaglądasz za scenografie świata.
„Jutro spróbuj znowu” – ciepły głos żony niczym matki, która pociesza dziecko po nieudanym dniu w szkole. Próbuj mimo wszystko. I wielki John Nash pokornie jak student wraca na uczelnię, by tu odnaleźć spokój i parę odpowiedzi na różne teorie, które się zapętliły w jego umyśle. Wychodzi wraz synem, targając pod pachą zeszyty. To powrót Johna do źródeł, powrót do „platońskiej akademii” Princeton. To dla niego najlepsza terapia. Ostrożnie stawia kroki na wielkich schodach, nie wiedząc, czy za rogiem znów nie zobaczy kogoś, kto nie istnieje. Krok po kroku wraz z młodszymi od siebie studentami, wspina się znów na szczyt, z którego dawno spadł. Co za błyskotliwa kariera. Może zbyt szybko wystrzelił do góry, a potem spadł jak Ikar, by po wszystkim jak Syzyf codziennie pchać swój ciężar i poczuć się w końcu potrzebnym użytecznym w roli nauczyciela, wykładowcy na Princeton, który teraz ma czas dla każdego, by wytłumaczyć, pożartować i poczęstować kanapką.
Komentarze
Prześlij komentarz