BEZ ŚLADU. PO KŁĘBKU DO NITKI
— Zdumiewaaaaaaające! — Zachwyca się kolejny klient, który właśnie skorzystał z geniuszu i umiejętności dedukcji szanownego pana Holmesa, aby rozwiązać bardzo trudną zagadkę. Pan Holmes nie zdradza emocji. Zawsze chłodny, obojętny, zapala fajkę i podchodzi do okna. Z kolei drogi Watson z podziwem obserwuje przyjaciela i zastanawia się, dlaczego on sam na to nie wpadł.
No właśnie.
Doktor Watson zawsze nam opisuje z wielką dokładnością poczynania swego przyjaciela. Wydaje się nawet, że zna on Sherlocka lepiej niż on sam. Watson to taki szary gentelman, zawsze grzeczny, szarmancki, który na co dzień leczy ludzi, przepisuje witaminy, zagląda do gardeł, zmienia opatrunki. Choć cieszy się spokojem po odbytej służbie jako lekarz wojskowy, to jednak chyba gdzieś w głębi czuje, że ugrzązł w rutynie. Może właśnie dlatego po godzinach snuje sobie kryminalne opowieści o swoim drogim przyjacielu, który jako detektyw balansuje na granicy prawa, odkrywając najbardziej mroczne tajemnice. Zawsze szybszy, zawsze lepszy od zbiurokratyzowanego Scotlandyardu. Może Sherlock Holmes to niejako projekcja pragnień samego doktora Watsona, który potrzebował Mister Hyde’ a Holmesa, by lepiej się wyrazić. Może to efekt samej traumy powojennej, kryzys psychiczny, rozdwojenie jaźni, szukanie godnego partnera do uprawiania inteligentnej dyskusji.. z samym sobą?
Wariacji na temat słynnego detektywa wciąż przybywa – wspominając już klasyczne ekranizacje przygód Sherlocka Holmesa z lat 60, 70, 80-tych wyprodukowane przez Granadę, czy późniejsze z Robertem Downeyem Jr., bardziej dynamiczne, pełne akcji, jak przystało na amerykańskie kino, choć przecież reżyserowane przez anglika Guya Ritchiego. Czy te bardziej współczesne, osadzone w dzisiejszych scenografiach z Benedictem Cumberbatchem. Wspomnijmy też o doktorze Housie, czyli Holmesie medycyny, który namiętnie rozwiązuje zagadki medyczne, nie dbając o etykietę, podczas gdy jego drogi przyjaciel Watson-Wilson lekko go strofuje. Te rozmowy oparte na ironii, sarkazmie, w końcu prowadzą doktora/detektywa na właściwą diagnozę, dotyczącą pacjenta, a także jego współpracowników, którzy (jak to zwykli, mali ludzie) cierpią na niedosłowność i zakłamanie.
„Bez śladu” z 1988 roku, to dość ciekawa wariacja na temat przygód słynnego detektywa. Zabawne, ale jako dziecko, uważałem, że to jedyna właściwa ekranizacja przygód Sherlocka Holmesa, potem gdy sięgnąłem po oryginał, oczywiście wszystko się zmieniło. Ale co tam. Holmes jest niesamowity w oryginalnym wydaniu jak i w kolejnych odsłonach. Grunt, że to ciągle atrakcyjny bohater. Tymczasem nasze śledztwo stoi w miejscu. „Bez śladu”, gdzie Sherlock Holmes (Michael Caine) zupełnie nie przypomina fizjonomią pana o pociągłej twarzy i ostrym nosie. Mało tego! W tej wersji to bohater niestroniący od alkoholu, kobieciarz, narcyz, nieznośny, kapryśny jak dzieciak, którego trzeba co chwila stawiać do pionu. Istna kukiełka, mająca problem z orientacją w gąszczu tropów i motywów. Sherlock Holmes to prostu wynajęty aktor, niejaki Reginald Kincaid, któremu co chwila mieszają się kwestie. Na szczęście tuż obok niego stoi doktor Watson-wszechwiedzący, który przypomina tu ojca, wiecznie strofującego swojego syna: „Ty idioto! Ty głupcze!” – pada jak granat już w pierwszych scenach filmu, co zupełnie zbija widza z tropu. No bo jak to?! Zazwyczaj to opanowany Holmes grzecznie poucza swego przyjaciela Watsona co do danej metody śledztwa. A tu nagle Watson wybucha i obraża naszego niezwyciężonego detektywa.
Tu jest pokazana zupełnie inna relacja między bohaterami: Holmes nie jest tu mentorem, a Watson nie jest uczniem czy pomocnikiem. Jest zupełnie na odwrót i na domiar złego: panowie od dłuższego czasu za sobą nie przepadają. Uporządkowany Watson ma dosyć swojego chaotycznego partnera. A najgorsze jest to, że to sam Watson sprowadził na siebie to nieszczęście. Parę lat temu rozwiązał pewną zagadkę, wskazał zabójcę, ale nie chcąc ujawniać swoich danych, powołał się na swoje alter-ego, Sherlocka Holmesa. Zagadka została opisana w gazecie, a czytelnicy zaczęli się dopominać o nowe przygody tajemniczego detektywa. Oczywiście, żeby była przygoda, musi być niestety najpierw zbrodnia i musi być pan Holmes. Zatem Watson wynajął pewnego, podrzędnego aktora, który już właściwie pożegnał się z karierą w teatrze, by wcielić się w niezwykłego bohatera z Londynu. I tak to się zaczęło.
W gruncie rzeczy obaj panowie skazali się na niewolę, grając nie swoje role ku uciesze publiki. Nierozgarnięty Reginald Kincaid nie ma łatwo, grając genialnego detektywa. On po prostu nie ma głowy do tych wszystkich szczegółów, żyje w ciągłej presji, starając się zapamiętać zawiłe kwestie, oddające dedukcję inteligentnego Watsona, który w tym teatrze jest zarówno scenarzystą jak i suflerem dla swego partnera. Gdy Holmes pojawia się na salonach, otrzymuje brawa i sowite posiłki, jest gwiazdą, która jednak rozbłyska… inteligencją Watsona. Natomiast doktor Watson w roli asystenta, żyje w cieniu swojego bohatera i nie potrafi zamknąć tej historii, by wreszcie działać na własną rękę. No chyba, żeby podczas jakiejś akcji sfingować śmierć Holmesa? Może wtedy wreszcie doktor mógłby objawić swój potencjał szerokiej publiczności. Ale czy ktoś by mu zaufał? Legenda Sherlocka jest nad wyraz silna. A do tego sam Holmes, grany przez Reginalda Kincaida ma jakiś niezwykły urok, który przyciąga publikę. Jakakolwiek bzdura, pomyłka, czy oczywistość wypowiedziana przez niego z pełną powagą na twarzy, budzi wielki podziw wśród fanów. Lord Smithwick nieustannie powtarza „amaaaazing!”, podczas gdy doktor Watson coraz bardziej krzywi się na twarzy, pamiętając, że również wspominał o tych samych szczegółach, lecz owacji nie otrzymał. To ciekawe, jak ludzie są podatni na opakowanie i stereotypy. Genialny detektyw musi mieć swoją maskę, co już widzieliśmy w serialu „Remington Steele”, gdzie ambitna pani detektyw musiała wynająć złodziejaszka z urokiem osobistym, przyszłego Jamesa Bonda, by jej agencja wreszcie mogła na siebie zarobić. Drobny, sztywny Watson nie może jakoś dotrzeć do publiczności, natomiast Holmes grany przez Kincaida sprzedaje się doskonale. Dobry towar wymaga odpowiedniego opakowania. Inaczej wszyscy go zlekceważą.
Holmes jest duszą towarzystwa, szczególnie gdy wypije więcej niż powinien. Wtedy sypie anegdotami jak z rękawa, a spięty Watson cierpliwie poprawia wszelkie pomyłki i przejęzyczenia swojego niesfornego bohatera, którego uważa za kompletnego głupka. Podobnie uważają Pani Hudson oraz Największy Wróg, czyli Profesor Moriarty (w tej roli wielki wróg Indiany Jonesa z „Poszukiwaczy zaginionej Arki”, czyli Paul Freeman, teraz przyozdobiony czarnym cylindrem i kozią bródką). Moriarty chcąc konfrontacji, właściwie pomija Holmesa w swoich działaniach i skupia się na Watsonie. Tu nasz doktor winien czuć się wyróżniony, w końcu jego największy wróg i baczny obserwator, docenia jego inteligencję i doskonale wie, że pan Holmes to tylko przykrywka dla radości tłumów. Takie atrakcyjne opakowanie marketingowe, by opowiadania się lepiej sprzedawały.
Ale może Reginald Kinkaid nie jest wcale taki głupi, może po prostu stał się niewolnikiem jednej roli i gra wciąż wedle tego samego schematu, a nigdy nie wysilił się, by poprowadzić śledztwo wedle własnego toru. Nie chce mu się myśleć nieszablonowo. Nawet w scenie w pociągu, gdy Watson oznajmia mu, że właśnie rozmyśla, Holmes oświadcza, że również się przyłączy do tego rozmyślania, a po chwili pyta: „ale właściwie o czym myślimy?”, co wprawia Watsona w konsternację.
Ten film to przede wszystkim świetny dobór aktorów. Uwaga koncentruje się na duecie Michaela Caine’a oraz Bena Kingsleya. Choć muszę przyznać, że gdy za pierwszym razem oglądałem ten film wiele lat temu, przysiągłbym, że w roli Watsona widziałem Seana Connery’ego. Ale chyba nałożyły mi klisze z różnych filmów, choćby „Człowiek, który chciał być królem”, gdzie możemy podziwiać przyjacielski duet Caine’ a i Connery’ ego oraz „Wielki napad na pociąg”, gdzie Connery w stroju angielskiego gentelmana obmyśla zbrodnię doskonałą.
Do tego duetu dołącza oczywiście inspektor Lestrade. No i któż mógłby zagrać idealnie nadętego inspektora, próbującego dorównać inteligencją wyniosłemu panu Holmesowi? Oczywiście, że Jeffrey Jones, którego pamiętamy z roli Eda Rooneya, chcącego wygrać z Ferrisem Buellerem. Przyjemnie się ogląda te utarczki między Holmesem a Lestradem, chcącym uprzedzić detektywa w jego odkryciu. Zamyślony Holmes wypowiada zimnym tonem lakoniczne „aa” i spogląda obojętnie na przejętego Lestrade’ a, który próbuje się zorientować, co tym razem detektyw miał na myśli. Podczas oględzin domu, śledzi uważnie poczynania Holmesa, chcąc go wyprzedzić i trafić na jakiś ślad, ale Holmes, czyli aktor Kincaid tylko gra. Chodzi z lupą od jednego kąta do drugiego, bez żadnej logiki, bredząc coś pod nosem. Podczas gdy to doktor Watson uważnie sprawdza każdy ważny detal, ślad, nadpalony fragment mapy, wskazującej ważne miejsce. Lestrade chcą się jakoś wywyższyć w tym towarzystwie, zwraca uwagę na procedury i poucza Watsona, żeby ten uważał, bo ten świstek papieru, który właśnie trzyma w szczypcach, może być ważnym dowodem. Doktorowi pozostaje tylko grać najgłupszego w tym towarzystwie i podpowiadać co jakiś czas Holmesowi, co ten ma powiedzieć.
Nie można też pominąć tu wspaniałych scenografii, oddających klimat sennego Londynu. Tak jak w „Wielkim napadzie na pociąg” widzieliśmy w napisach otwierających i końcowych stare miejskie, żółtawe pocztówki, tak i w tej produkcji twórcy zadbali o takie detale ze starym kartami tytułowymi i końcowymi.
Punktem zwrotnym dla całej historii jest zniknięcie doktora Watsona podczas pierwszej konfrontacji z profesorem Moriartym w porcie. Teraz fałszywy Sherlock Holmes musi się postarać i rozwiązać tą dziwną zagadkę. Tylko o co w niej chodzi? Ktoś skradł oryginalne matryce pięciofuntówki i w ich miejsca dał podróbki. Co dziwne zniknął też niejaki pan Jails, długoletni pracownik Mennicy Królewskiej. I zniknęła też jego córka. Za to pojawiła się piękna kobieta, podszywająca się pod zaginioną, która chętnie zmyli tropy panu Holmesowi (i tak błądzącemu we mgle). Oczywiście wiadomo, że za wszystkim stoi profesor Moriarty, pytanie tylko, jak go namierzyć i przeszkodzić mu w obrocie nowymi pięciofuntówkami, które sobie wydrukował?
Holmes załamany nieobecnością Watsona, dzięki któremu wiedział, co ma robić i mówić, próbuje wziąć się w garść, wytrzeźwieć i samemu poskładać wszystkie elementy układanki. Oto bohater literacki próbuje sobie poradzić bez swojego Stwórcy. To wielka próba dla Holmesa, który z każdą minutą staje się coraz bledszy i mniej autentyczny w swoich poczynaniach. Trzeba się skonfrontować się ze strasznym Moriartym w starym teatrze i jego piwnicach, gdzie scenografie zdają się trochę przypominać „Upiora w operze”. Z kolei samo nazwisko profesora otwiera interpretację, że być może Holmes musi się zmierzyć z własną śmiercią, by narodzić się na nowo.
Ale przecież ten stary teatr to także ulubione scenografie aktora Kincaida, który ma szansę tu zagrać swoją najlepszą rolę i udowodnić, że potrafi improwizować z szablą, nawet gdy na widowni nie ma nikogo, a na scenie czai się bez przerwy groza i dochodzi do eksplozji w piwnicach teatru.
Niezwykła przygoda Sherlocka Holmesa i doktora Watsona, w której nie tylko po raz kolejny bohaterowie rozwiążą zawiłą sprawę, ale nade wszystko docenią siebie nawzajem jako przyjaciół, a nie tylko partnerów w wielkiej mistyfikacji.
Komentarze
Prześlij komentarz