ALTERNATYWY CZTERY I PIĄTY RAJ


„Our house in the middle of the street” – śpiewał w latach osiemdziesiątych zespół Madness – Może nie na środku ulicy, ale w sercu Warszawy, prężnie rozbudowującej się wedle idei towarzysza Gierka. Warszawa, ulica Grzegorzewska 3. Jak tu teraz zielono. Niskie bloki ocieplone, pięknie pomalowane, a tam murale upamiętniające drogiego gospodarza i kierownika osiedla, Stanisława Anioła oraz innych lokatorów słynnego domu Alternatywy. To właśnie tu, czterdzieści lat temu, gdy bloki były jeszcze w stanie surowym, a dookoła rozpościerał się wielki plac budowy, księżycowy krajobraz nieskolonizowanej jeszcze planety, Stanisław Bareja nakręcił jeden z najbardziej kultowych polskich seriali. Było to w 1983 roku, ale ze względu na cenzurę, serial wyemitowano na przełomie 1986-1987 roku. W 1987 roku zmarł Stanisław Bareja.

Za każdy razem gdy patrzę na ten serial, zdumiewa mnie, jak oryginalni są tu bohaterowie, a i sam koncept bloku, będącego metaforą państwa, w którym gnieżdżą się różne rodziny z różnych warstw społecznych i środowisk jest równie chwytliwy. A wszystko to zbudowane na etosie pierwszego mieszkania, które jest jak skarb, zdobyty po wielu trudach, mieszkania, w którym zniesie się wszystkie absurdy, zapłaci wszystkie zaliczki, byleby wreszcie być na swoim – co umiejętnie wykorzysta oszust podający się za przedstawiciela komitetu blokowego (Witold Dębicki, który potem zagra komendanta w kultowej Ekstradycji).

Na pomysł tego serialu wpadli dwaj dziennikarze: Maciej Rybiński i Janusz Płoński. Jeśli pamiętacie tą „brygadę specjalną”, która zakładała podsłuch (planowo u profesora Rozwadowskiego a w końcu u docenta Furmana), to jednego z tych techników grał właśnie Janusz Płoński (ten blondyn z wąsem). To zresztą wdzięczna rola dla samego scenarzysty, który po prostu podsłuchał polifonię tych wszystkich rozmów, haseł, nadziei, obaw, absurdów PRL- u i przedstawił to wszystko w tym niezwykłym serialu. Płoński również wydał książkę-przewodnik po Alternatywach, gdzie objaśnia pewne zagadkowe, dwuznaczne sceny i odnosi je do rzeczywistości PRL-u.

Pomysł na serial został napisany na trzech kartkach i wysłany pocztą na adres Telewizji Polskiej na początku lat osiemdziesiątych. Tak po prostu. I oczywiście można było się spodziewać, że telewizja nie odpowie od razu. Dopiero po dwóch latach ktoś się odezwał i zapytał, czy ów pomysł jest nadal aktualny, bo są zainteresowani. Krok po kroku zaczęto spisywać nowele poszczególnych odcinków, a telewizja do współpracy zaproponowała właśnie Stanisława Bareję, który oprócz reżyserii, funkcjonuje też jako trzeci scenarzysta. Sam reżyser również oprócz czuwania nad porządkiem produkcji wciela się w rolę samego „władzy” dzielnicowego Parysa, który dba o porządek w dzielnicy, czystość koni i podkreśla, jak ważne jest zrozumienie. Trzeba się rozumieć… pomimo tych wszystkich metafor, nowomowy. Cenzorzy dobrze o tym wiedzą. A teraz cięcie i od nowego akapitu.

Gdy patrzymy na „Alternatywy 4” nie sposób nie odnieść ich do innego serialu, który miał premierę parę lat wcześniej, dokładnie w 1980 roku. A mowa tu o serialu „Dom”, opowiadającym o perypetiach mieszkańców, którzy rozpoczynają życie w powojennej Polsce. Stara ceglana kamienica służy tu za scenografie dla ludzkich dramatów, radości i miłości. O ile „Dom” jest utrzymany raczej w poważnej konwencji, o tyle „Alternatywy 4” jest typowym komediowym serialem. Choć i tu trzeba ważyć słowa, bo niejednokrotnie ta komedia jest takim śmiechem przez łzy. Zaskakują niektóre motywy, jak choćby ten ze wspomnieniem Katynia (historia Czesława Majewskiego/Gwizdeckiego) i aż dziw bierze, że cenzorzy to puścili. Cały serial to przeplatanie wysokich wartości z typowymi, codziennymi. Słynna jest scena, gdy rzucają pod sklepem mięsnym nowe kawałki, a my oprócz przepychanki pod sklepem, widzimy także „Bitwę pod Grunwaldem” Matejki. Tylko teraz zamiast tych rycerzy z ciężkim orężem, jest „więcej bab”, jakby podsumował obywatel Balcerek. Ten obraz Matejki zresztą powraca jeszcze kilkakrotnie, gdy Anioł tłumaczy Murzynowi, Lincolnowi, że Polacy walczyli pod Grunwaldem o swoją i Waszą wolność. A i sam towarzysz Winnicki, wielki koneser sztuki nie odmówił sobie (fragmentu) Bitwy pod Grunwaldem w swoim mieszkanku. Ten Grunwald przywołuje czasy świetności polskiego państwa i walecznej armii dowodzonych przez króla Jagiełłę. Jakby gdzieś między tymi scenami twórcy chcieli przypomnieć widzom, jaki dzielny był kiedyś ich naród, a jak teraz zamknął się w tej absurdalnej komunistycznej rzeczywistości. Żal bierze. Ale nadzieja trwa, że jednak coś się zmieni.

W przywoływanym serialu „Dom” zobaczymy między innymi Bożenę Dykiel, która z kolei w „Alternatywy 4” zagra Miećkę, posłuszną żonę Stanisława Anioła. Natomiast Jerzy Bończak wcielił się w wynalazcę Manca, chcącego zmienić kraj na lepsze, wprowadzając roboty kolejkowe EWA. Ale wiemy, że jak rzucą baleron w sklepie mięsnym, to na bestie ludzkie nie ma mocnych robotów. Postać Manca to także ciekawy motyw bohatera, który chce ze swoją ukochaną, sąsiadką Ewą Majewską, wyrwać się z tej absurdalnej rzeczywistości, ale jak zwykle raj jest dla nich zamknięty. Pozostaje tylko wyobraźnia i jeszcze dziwniejsze wynalazki, które kiedyś znajdą swoich godnych odbiorców.

W „Domu 2” Bończak z kolei zagra antypatycznego dozorcę, Prokopa. No i Prokop zmienia się w Anioła, który w „Alternatywy 4” chce zaprowadzić dyscyplinę. Nie tak dawno Pan Anioł był kierownikiem kultury w Pułtusku, ale w Warszawie uznali, że taki człowiek marnuje się i przydzielili mu bardziej odpowiedzialne stanowisko, mianowicie posadę „ciecia”, gospodarza domu. Niejeden by się obraził, ale nie Stanisław Anioł, który mówi twardo jak propaganda, że spadamy na dół, by się odbić. Zupełnie jak Nikodem Dyzma. Tu trzeba brać przykład z kierownika Anioła, który się nie poddaje i zawsze szuka możliwości, by się wybić. Oczywiście, że Anioł jest tu metaforą całego aparatu państwowego, mistrzem propagandy, który zawsze się wykpi. I nawet się zgłosi do gazety, by oznajmić dziennikarzom, że to on sam przytargał starą kolejkę, by rozpalić w niej ogień i podłączyć ją do centralnego ogrzewania w bloku. Dzięki niemu lokatorzy nie będą marzli. Dyrektor Elektrociepłowni mówi rozmarzony, że gdyby było więcej takich ludzi czynu, to w ogóle nie musieliby grzać.

Ale kimże byłby gospodarz domu bez swojej trzódki lokatorów, na których wciąż szuka haka, by mieć ich w garści. Mieć siatkę informatorów, by jeden donosił na drugiego. Tu obiecuje, że dochowa tajemnicy odnośnie tych strzałów, tam, że załatwi ominięcie odwyku dla Balcerka. Akurat w przypadku Balcerka może taka terapia nie byłaby zła. Wszak Stanisław Anioł chce się po prostu pozbyć patologii ze swego domu. Czy to źle?

Kłopot w tym, że Anioł w tych wszystkich działaniach jest aż nazbyt restrykcyjny. Wystarczy sobie przypomnieć jego słynny wykład o kolorze zasłon dla Ewy Majewskiej. Dekorowanie wnętrz to także specjalność gospodarza domu. Anioł przecież wcześniej był odpowiedzialny za sztukę w domu kultury i sam również ma zacięcie artystyczne. Dziś pewnie realizowałby się w HGTV. Roman Wilhelmi niemal w każdej scenie od razu zwraca uwagę swoją charyzmą. I nawet nie musi on specjalnie krzyczeć. Nawet Anioł mówiący spokojnie, a zarazem zdecydowanie: „Przede wszystkim ja tu jestem u siebie, a co do zasłony to nic nie szkodzi” budzi niezwykły respekt. Anioł to taki służbista, że aż nie do zniesienia. Wszystko musi mieć odhaczone w swoim grafiku i ciągle sprawdza, czy aby któryś z lokatorów nie opuścił dyżuru sprzątania. O dom trzeba dbać! Dom musi być czysty i musi panować w nim kultura i porządek! Niech każdy sprząta po sobie, to się nauczy szanować taką ciężką pracę. Będzie kabaret, będzie chór! Krzyczy Stanisław Anioł, który strzela pomysłami na każdym kroku, zabijając święty spokój lokatorów. Bo lokator to musi mieć zajęcie, coś twórczego, potem sprzątanie, remontowanie. Nie można się nudzić. Bo z nudy powstają wywrotowcy, gotowi obalić ten genialny ustrój. W domu przede wszystkim się żyje i odpoczywa – odpowiadają coraz bardziej zirytowani lokatorzy, borykający się co chwila z nowymi usterkami związanymi z nowym budownictwem. Ale co pan chcesz, jest nowe to się sypie — podsumowuje Jerzy Dąbczak.

Ale i tu nie trzeba załamywać rąk, bo oto na ratunek śpieszą profesjonaliści, którzy zbudowali ten blok wedle planów, a teraz wszystko udoskonalają na specjalne życzenia klientów i zgarniają dodatkową kasę. Jakby nie można było od razu wszystkiego zrobić porządnie. Ale tak było w planie i planu trzeba się trzymać. Barwna galeria lokatorów z ulicy „Alternatywy 4” zasługuje na równie oryginalnych majstrów, którzy pomogą im pokonać kolejne absurdalne rozwiązania techniczne. Nawiedzają lokatorów jak ostatni wybawcy. Jak zwykle z torbą, w której więcej miejsca na flaszki niż na narzędzia. Bo flaszka najważniejsza. Jej nie można stłuc, nawet na budowie, gdy spadnie się z czwartego piętra. Jak zwykle jeden spec mądrzejszy od drugiego, gotowy poprawić po swoim poprzedniku. Gdy jeden położy kafelki, przyjdzie drugi i wszystko rozbije, by usnąć coś ze ściany i tak w koło. Aż na tym krzywym kole dojedziemy do naszej upragnionej, rozwiniętej gospodarki.

 

„Oddam za pół ceny”

„Lokatorzy wykazali prawidłową orientację, kto tu jest najważniejszy”

„Ja powiesiłem brązowe zasłony, a pani zielone. 

I jak to teraz wygląda? Jak gówno w lesie”

„Chciałem się wykomponować”

„Kurwa mać. Ja płacę za swoje mieszkanie!”

„program jest słuszny, ale ludzie niedorośli do niego!”

„pan prezes ma teraz konferencję ze znanym naukowcem Furmanem”

„jak pan jesteś cieciem tego domu, to pilnuj se go, żeby narzędzi nie rozkradli”

„Murzyn zrobił swoje”

„na każdego przyjdzie jego kolej”

 

Trzeba przyznać, że na te dziewięć odcinków scenarzyści świetnie rozpisali galerię różnorakich postaci, jakie zamieszkały w tym bloku: inteligenci, z przeszłością wojenną (Katyń), cwaniaki, wynalazcy, lekarze, klasa robotnicza, która w okresie rozkwitu domów z wielkiej płyty miała co robić, niespokojni artyści. Tu zresztą na chwilę zwolnijmy, bo śpiewaczka, pani Kolińska w wydaniu Haliny Kowalskiej to prawdziwe mistrzostwo. To wspaniały portret znerwicowanej artystki, która nie może znieść swego męża ciamajdy jak i głośnych lokatorów. Ale tu też warto wspomnieć, że Halina Kowalska parę lat wcześniej grała w równie przebojowym filmie Barei „Nie ma róży bez ognia”, traktującym o nowym mieszkaniu i o smutnych konsekwencjach, jakie spadają na szczęśliwego właściciela M3. Pośród znanych barejowskich aktorów jak Krzysztof Kowalewski, Wiesław Gołas czy Stanisław Tym, mogliśmy tam również zobaczyć Stanisławę Celińską, która w „Alternatywach 4” z kolei wcieliła się w nauczycielkę Lewicką. Oczywiście, że nazwisko bohaterki od razu podkreśla charakter tej postaci jako adorującej komunistyczną ideę, która zawsze swoją piękną mową wyjaśni zaistniałą sytuację. Idealny materiał na nauczycielkę, przygotowującą nowe pokolenie do życia w PRL-owskim absurdzie. W „Nie ma róży bez ognia” pojawił się również Bronisław Pawlik. Co ciekawe zagrał on tam administratora bloku, podczas gdy w „Alternatywy 4” ze swoją poczciwą twarzą wcielił się w pechowego Dionizego Cichockiego, który od lat stara się o swoje pierwsze mieszkanie. I w końcu się doczeka, i to z niewdzięczną posadą gospodarza domu. W „Nie ma róży bez ognia” również Kazimierz Kaczor zagrał małą rolę doktora w zakładzie psychiatrycznym, by uspokoić nieszczęsnego bohatera granego przez Federowicza, który już nie może znieść absurdu, w jakim żyje. W „Alternatywy 4” wcielił się natomiast w przedstawiciela klasy robotniczej, Zygmunta Kotka, który wraz z panem doktorem, Zdzisławem Kołkiem zmagają się z absurdem dzielenia jednego mieszkania. Bo ktoś uznał w dokumentach, że Kołek i Kotek to ci sami obywatele. Niech więc mieszkają w jednym mieszkaniu, razem w komunie. Za ciasno? Balcerek wraz ze swoją liczną rodzinką (składającą się z podrzuconych dzieci kuzynek) z trudem znosi taką przeprowadzkę ze swojej wielkiej rudery do małego M2. Chociaż Balcerek z tą swoją skwaszoną miną i zaciśniętym gardłem wydaje się być bucem, to on jak żaden inny zawsze pomoże nieść ciężki fotel inteligencji, reprezentowanej przez profesora Dąb-Rozwadowskiego i jeszcze załatwi mięso. Nie pozwoli marznąć swojej rodzinie, nie oszczędzając na gazie. No i jeszcze zawsze pomoże otworzyć cudzy zamek, choć we własnym domu to nie przystoi – jak sam przyzna. A na koniec rzuci jakąś mądrością o którejś wyrodnej matce, która się puściła z nowym fagasem.

 

Idealnie do prostolinijnego Balcerka kontrastuje postać profesora Dąb-Rozwadowskiego uważanego powszechnie za wichrzyciela („niebezpieczny element”, jak mówi podsłuchujący Tadeusz) i rzecznika Solidarności, który ostrożnie waży słowa i niekiedy dopatruje się prowokacji tam gdzie nie trzeba. Czyżby? A gdzie tam prowokacja. Czasem aparat, władza, Zomo chcą pomóc posprzątać i tyle — uspokaja Towarzysz Winnicki, który zabrał Cichockiemu mieszkanie, przekupując prezesa samochodem Mirafiori. Ach ten towarzysz Winnicki, rozsiewający wokół siebie czar tajemnicy. Zawsze się urządzi. I w „Człowieku z żelaza” trzęsie towarzystwem i w „Norymberdze” pociąga za sznureczki, by pomóc pewnej pani redaktor. Grunt to znajomości. Sieć czcigodnych towarzyszy dopadnie cię wszędzie. Cholerny konformista, co lubi się trzymać razem w swoim ciepełku. I ze swoją kochanką i z byłą żoną, Żabą. Tu nota bene Janusz Gajos spotka się z Romanem Wilhelmim jeszcze siedem lat później, w 1990 roku w sztuce „Kolacja na cztery ręce”, gdzie Gajos zagra Händla a Wilhelmi Bacha. No tak, Stanisław Anioł raczej woli Bacha i mocne uderzenie dyscypliny, a Winnicki kwiecistego Händla, pełnego słodkich fraz. Ale obaj siebie warci, zawsze aspirujący do najwyższych stołków. Ach ten towarzysz Winnicki. Ten, który zawsze służy żartem Aniołowi o parówce w tyle i wsparciem… słownym dla zbuntowanych lokatorów. A już po chwili wygłasza zupełnie inne przemówienie w sejmie, opowiadając się tym samym przeciw obywatelom. Zresztą kto go tam zrozumie. On jest przekonany, że kraj jest pełen półgłówków. Może i niedomytych półgłówków, którzy z utęsknieniem wypatrują paczek zza granicy. Ale nie można odmówić tej wspólnocie lokatorów tego, że mimo wszystko mają swoje zasady. Piętnują wszelkiego rodzaju donosicielstwo i urządzają ostracyzm docentowi Furmanowi, który zdradził, że młoda sąsiadka, Ewa Majewska jest striptizerką. Żadna to dla nich sensacja. Sensacją jest to, że pośród nich znalazł się zdrajca, z ich domu, z ich podwórka. Podczas gdy Abraham Lincoln, z dalekiej Ameryki, potrafi działać we wspólnocie, mimo wszelkich niedogodności jak brak wody w kranie czy sprzątnie klatek schodowych. Ale i doktor Furman, zapalony myśliwy z kolekcją strzelb odkupi swoje winy, by wreszcie się zemścić na despotycznym gospodarzu Aniele.

„Alternatywy 4” to serial z innej epoki. Znienawidzonej ale i śmiesznej. Czy lepszej? Oto pytanie. Bo mimo wszystko ciągle wracamy do tego typu produkcji jak na przykład do „Czterdziestolatka”. Przechodzimy z klatki wyłożonej lastriko do mieszkania, by znów dzielić troski i radości naszych bohaterów. Gdzieś jednak chyba pojawia się jakaś tęsknota za czasami, gdy zupełni różni lokatorzy (wywodzący się z różnych środowisk) jednego bloku potrafili działać i wspierać się, solidarnie – tak jak to widzimy w scenach z grzaniem podczas mrozów, potem w odcinku „Wesele” czy w ostatecznej konfrontacji z Aniołem w odcinku „Upadek”. Znów powraca etos walki o wspólne dobro, którą przypomina najstarszy mieszkaniec bloku, pan Antoni Kierka, poruszający się na wózku inwalidzkim, pamiętający jeszcze zrujnowaną Warszawę, którą bronił wraz z kolegami z oddziału. Ten dom też można uratować… przed fałszywymi aniołami, przynoszącymi piekło.

I jeszcze dziwniej ogląda się ten serial, gdy człowiek ma świadomość, że większość aktorów, którzy tam grają, już nie żyje – oglądamy właściwie dom duchów, w którym wciąż wesoło i swojsko.

Zmaganiom naszych bohaterów w nowym domu towarzyszy muzyka Jerze Dudusia Matuszkiewicza, który zarówno doskonale podkreśla romantyczne sceny saksofonem i smyczkami, a potem melancholijnym walczykiem z harmonią i saksofonem ukazuje powrót gołębi Balcerka na stare śmieci – aż serce ściska. Kiedy już wzruszenia miną. Znów rusza szybki motyw z obojem, gdy na przykład żony Kołka i Kotka gotują zupę i przesadzają celowo z solą. Potem ten tajemniczy motyw z wykorzystaniem różnorakich perkusjonaliów i niepokojącym gwizdem, że aż ciarki przechodzą, gdy pomyślimy o pechowym mieszkaniu numer 13 i o tym, kogo też Krzysztof Manc trzyma w swojej skrzyni.

 


 

 

 

 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOLNY DZIEŃ FERRISA BUELLERA - DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI ŻYCIA NASZEGO

I STANIE SIĘ KONIEC

DOBRANOC MAMUSIU. CZYLI JAK ODEJŚĆ NA WŁASNYCH WARUNKACH