ŻYCIE JAKO ŚMIERTELNA CHOROBA PRZENOSZONA DROGĄ PŁCIOWĄ
To chyba najbardziej oryginalny film Zanussiego, mimo że znów widzimy tu znajomą twarz Zbigniewa Zapasiewicza, który jak zwykle gra cynika, tyle że teraz postawionego przed swoją ostatecznością, a gdzieś na tym ostatnim zakręcie życia spotyka jeszcze kolejnego idealistę, takiego Witolda (z filmu „Constans”) czy docenta Kruszewskiego, któremu kruszy się własny ideał („Barwy ochronne”). Znów w tle widzimy życie akademickie, tym razem na uniwersytecie medycznym, znów mamy wątpliwości co do wiary i własnych moralnych wyborów. A jeszcze dalej poza tymi dylematami mamy góry, na tle których człowiek chce zdobyć swój moralny szczyt.
Ten motyw z radzeniem sobie z własną śmiertelnością Zanussi jeszcze mocniej zaakcentował w swoim wcześniejszym filmie „Spirala” z 1978 roku, gdzie również pojawiają się znajome góry i postać himalaisty Tomasza Piątka, który zmaga z nieuleczalną chorobą. Dla niego już za niedługo będzie koniec tygodnia. Piątek, sobota, niedziela. Tyle, że to oczekiwanie na własną śmierć w szpitalu staje się nie do zniesienia. Niewierny Tomasz Piątek nie potrafi tak spokojnie leżeć w szpitalu i czekać na koniec. Rzuca się tu i tam, irytując całe otoczenie, aż wreszcie popełnia samobójstwo.
„Życie, jako śmiertelna choroba przenoszona drogą płciową” to historia Tomasza Berga, lekarza, onkologa, a także wykładowcy akademickiego, który właśnie się dowiaduje, że ma raka. Nie ma większej ironii niż lekarz zmagający się z chorobą, którą sam leczył u tysięcy ludzi. Ten gorzki uśmiech pod nosem maskujący skutecznie krzyk rozpaczy. Berg dobrze wie, co go czeka. Prognozy nie są najlepsze, przynajmniej tu w polskiej służbie zdrowia i to nawet wedle opinii najlepszych specjalistów, kolegów po fachu. Koniec jest bliski, chociaż przynajmniej opieka może być na wysokim poziomie. Ale może za granicą są bardziej optymistyczni. W końcu za ten optymizm dostają niezłą kasę. W Paryżu są rzeczywiście bardziej chętni do pomocy. Wiadomo, lepsi specjaliści, lepszy sprzęt, prestiż itd. Ale Tomasz musi się śpieszyć z uzbieraniem pieniędzy na tą operację. Jak zwykle lekarza nie bardzo stać na swoje zdrowie, ale już jego byłą żonę, wziętą businesswoman na pewno tak. Tomasz w tym dziwnym stanie zawieszenia dokonuje rozrachunku ze swoim życiem, które nieuchronnie zbliża się do końca. Samotny lekarz, którego życiowym osiągnięciem było zdobycie najwyższych szczytów cynizmu, jak przystało na kogoś, kto nazywa się Berg.
W międzyczasie Tomasz widzi, jak jego pacjent, zdolny pianista umiera na raka, a w raz z nim odbiera sobie życie jego oddana matka. Tak między nami to Tomasz na prośbę zrozpaczonej matki przekazał jej truciznę, która pozwoliła skrócić męki jej syna i jej samej. Wcześniej zawsze starał się ratować swoich pacjentów, a teraz gdy sam stoi u progu własnej śmierci, postanawia ulżyć ich cierpieniom. Pomaga przenieść się na świat dwojgu ludziom. Nie ma nic do stracenia. Cóż za cudowna wolność. Czy dopiero przed śmiercią stajemy się tak odważni?
Znów wieje pustką, a racjonalny Tomasz, który dotąd szczycił się swoją niewiarą coraz bardziej się zastanawia, czy coś jest tam po drugiej stronie? I czy w ogóle to wszystko ma sens? Czego się tu uchwycić? Posłuchać Pascala i się założyć, czy może przytulić się w swoją słodką nicość? Te filozoficzne pytania wpędzają go w coraz większą melancholię rodem z filmów Bergmana. Ale oto stary lekarz, który stoi u progu swego życia, spotyka na swojej drodze młodego, zagubionego człowieka, studenta medycyny, który właśnie stanął na rozdrożu i nie wie, co dalej zrobić. Czy to przypadek, czy może jednak jakaś podpowiedź od losu, aby tych dwóch pomogło sobie nawzajem.
Spotykają się oni akurat na planie filmu o świętym Bernardzie z Clairvaux, którego mistrz Dante uczynił jednym z przewodników w swojej „Boskiej komedii”. Ale nasi bohaterowie nie są przecież aktorami, ale jak najbardziej wędrują po kręgach swoich wątpliwości. Pan doktor Berg żeby sobie dorobić i urozmaić tą nudną egzystencję, udziela się na planie filmowym jako lekarz, gdyby nagle zamiast sztucznej krwi polała się prawdziwa. Z kolei student Filip dorabia sobie jako statysta, byleby wypełnić tłum w scenie. Może podświadomie chce się w końcu wkleić w jakieś środowisko, gdzie odnajdzie siebie. Tą pracę załatwiła mu jego dziewczyna, Hanka, garderobiana, która jednak ma ambicje dokończyć swoje studia i ustatkować się. Póki co dziewczyna musi jeszcze znosić ten teatrzyk emocji swojego chłopaka, który nie potrafi określić swoich uczuć do niej.
O tych zmaganiach Filipa z własnym powołaniem szerzej opowiada właśnie drugi film „Suplement”. Filip nie wie, czy ma być kapłanem i uzdrawiać ludzkie dusze, czy może być zwykłym lekarzem i leczyć ludzi z różnych chorób? W drugim wariancie mógłby sobie pozwolić na związek z Hanką i nie zgrywać świętoszka. Zdesperowany nawet przez kilka dni przebywał w klasztorze, by tu doświadczyć jakiejś „Iluminacji”. Ale cóż, to nie przychodzi tak na życzenie. Ksiądz Marek, w którego się tu wciela Tadeusz Bradecki, czyli (Witold z filmu „Constans”) tylko wzrusza ramionami. Może trzeba szukać gdzieś indziej? A Bogu przecież można służyć na wiele różnych sposobów, również będąc świetnym lekarzem. Albo tak, jak brat Filipa, spełniać się w tym, co się kocha, prowadząc rehabilitację dla niepełnosprawnych dzieci. Ale Filip gdzieś uczepił się tego kapłaństwa, jakby chciał celowo sobie wybrać drogę bożego męczennika, który porzuca rodzinę, zaszczyty i wszelkie dobra, by zostać pustelnikiem i cierpieć katusze.
Z tymi wątpliwościami Filip puka do drzwi cynika Tomasz Berga, który już zrozumiał, że za niedługo sam zapuka do bram wieczności lub nicości. Berg nie mając właściwie nikogo (no może poza byłą żoną) od niechcenia wdaje się w te filozoficzne dyskusje z Filipem o wyborze życiowej drogi, jakby rozmawiał z synem. Co ciekawe wcześniej pan doktor nie omieszkał porozmawiać z zakonnikiem Markiem o świętym Bernardzie, którego duch nawiedzi niewiernego Tomasza podczas wizyty w klasztorze, jakby chciał przekazać, że będzie jego przewodnikiem po śmierci.
Berg z racji tego, że jest starszy, że jest ateistą, chłodniej patrzy na wszystko, z góry, z dystansem, podczas gdy Filip wszystko za bardzo wyolbrzymia. Miota się tu i tam, między klasztorem, schroniskiem dla bezdomnych i górskimi szczytami. Szczególnie te ostatnie scenografie rodem z obrazów Caspara Davida Friedricha oddają zagubienie młodego człowieka, który nie wie, na który szczyt ideałów się wspiąć, czym jeszcze bardziej irytuje Hankę. A ta również znajduje radę i oparcie u starego Mistrza Berga, którego właśnie poznała na planie filmowym. Nawet nie zdaje sobie sprawy, jak ten obcy człowiek pomoże jej i Filipowi.
Paradoksalnie Filip właśnie potrzebuje takiego zimnego cynika, jakim jest Berg, by jakoś wyjść z tego wewnętrznego chaosu, ponieważ inne „terapie” się nie sprawdziły. Tomasz jak żaden inny potrafi spokojnie wyjaśnić, że skoro wolą Boga jest to lub tamto, to trzeba się z tym zgodzić i odpuścić. Filip tylko oczekuje na jakiś wyraźny znak od losu, który przeważy szalę w jego decyzji. Berg natomiast rozumie, że trzeba się pogodzić z tym, że jest się bohaterem tragedii. Dotąd niewzruszony pan doktor, teraz płacze nad swoim urywającym się życiem, spogląda na odlatującego ptaka. Słychać dzwon w kościele. Wszystko zmierza do końca. Skoro już sobie nie można pomóc, to może warto (tak dla siebie) pomóc innym. Jego majętna była żona raczej potrafi o siebie zadbać. Ale są jeszcze Filip i Hanka, którzy nie potrafią się ze sobą porozumieć i przy okazji nie mają własnego mieszkania na nową drogę życia. Wszystkie swoje sprawy, rozmowy, kłótnie załatwiają w przedsionkach, przebieralniach, kątem u kogoś. Może to jest ich największy problem. Że nie są u siebie. Czemu by ich nie wesprzeć? Droga doktora się kończy, potrzebuje on tylko kogoś, komu zostawi swoje klucze do mieszkania. Ale też chodzi tu o te metaforyczne klucze do wielu furtek i drzwi, jakie staną przed Hanką i Filipem. To oni mają być spadkobiercami dziedzictwa Tomasza Berga, mają być świadkami jego umierania. Mają być wreszcie tym, którzy dopełnią sens życia sceptycznego lekarza.
Komentarze
Prześlij komentarz