SOCIAL NETWORK
Prawda stara jak świat: za wielkimi wynalazkami stoją nade wszystko prywatne potrzeby ich twórców. W „Social network”, stylizowanym paradokumencie przekonujemy się, że Mark Zuckerberg to typowy komputerowiec, który ma problemy z towarzyskim obyciem. Aby to zmienić, tworzy towarzyską sieć zwaną „Facebook” i w ten sposób zyskuje sobie wielu „przyjaciół” i jeszcze więcej wrogów.
Gdy patrzę na ten film, zdumiewa mnie, jak bardzo można być kreatywnym i zarazem przedsiębiorczym, a wszystko to w magicznym okresie studiów, gdzie wielkie idee mieszają się z terminami egzaminów. Gdy przypomnę sobie, co ja robiłem na studiach, a co robili bohaterowie „Social network”, ogarnia mnie wstyd. Nie założyłem Facebooka, nie założyłem nawet żadnej rewolucyjnej kapeli rock and rolowej. Nie wykorzystałem twórczo tego czasu studiowania, który przecież tak naprawdę nie polega tylko na posłusznym zdaniu egzaminów, ale na eksplorowaniu swego potencjału – czy to będzie zakładanie garażowej firmy czy zespołu muzycznego – to zawsze jakiś ciekawy element własnej biografii, która może kiedyś stać się legendą. Trudno, trzeba dorosnąć do swojej zwyczajności.
Ten film to nie tylko historia Facebooka, co także esencja życia studenckiego, gdzie między imprezami, a twórczymi rozmowami, można wymyśleć naprawdę coś niesamowitego i w ten sposób stworzyć sobie pracę, jak przystało na studenta prestiżowego Harvarda.
Studia przeszły jak ostatni pociąg. Stoję na dworcu i nie wiem dokąd jechać ze swoimi dziwnym pomysłami. No ale w komórce jest Facebook, jest YouTube, media założone przez młodych zdolnych ludzi. Znów mogę sobie odpalić sceny z tego filmu i zazdrościć bohaterom, że mieli tak ciekawe studenckie życie. Zdumiewające i straszne. Jak wiele zmarnowałem czasu będąc tylko biernym konsumentem tych mediów.
Ale równie zdumiewające jest dla mnie to, kto wyreżyserował ten film – David Fincher. Ten Fincher?! Znany z „Fight Clubu”, „Siedem” czy „Gry” – szczególnie te dwa pierwsze tak mroczne, ciemne, kontrastują z dość jasną scenerią „Social network”, jak i samym tematem – założycielskim mitem firmy z akademika. Ale jeśli nawet nie ma tu krwi i morderstwa, to jednak pojawia się tu inna zbrodnia, a mianowicie kradzież, która podkręca całą narrację filmową. A przynajmniej na kradzież skarżą się w tym filmie Bliźniacy Winkelvossowie, grani przez Arniego Hammera z różnych ujęć. Tyler i Cameron Winklevoss to ambitni studenci i sportowcy, którzy nie znoszą przegrywać. To oni postanowili założyć coś w rodzaju towarzyskiej sieci, tyle że z domeną Harvarda, by nadać jej bardziej elitarny charakter. Pomóc miał im w tym właśnie Mark Zuckerberg, który już zyskał sobie sławę na uczelni tworząc różne aplikacje. Ale Marka zawsze irytowało to, że do pewnych miejsc mają dostęp tylko ci najlepiej ustawieni. Że na studiach są kluby i stowarzyszenia dla tych lepszych, którzy będą patrzeć z góry na tych gorszych. I te kretyńskie zwyczaje, by wstąpić do danego klubu, musisz przejść jakąś próbę.
Zuckerberg się zastanawiał, czemu by nie stworzyć sieci społecznej, dostępnej dla wszystkich, gdzie nie będzie głupich pytań i kluczy. Gdzie nie będzie podziałów!
Ale w ten sposób przyszły Facebook stał się czymś w rodzaju klubu, gdzie jest każdy i nikt. I nawet jeśli masz stu znajomych, to ilu znasz tak naprawdę dobrze, jak w tych elitarnych klubach, gdzie była ostrzejsza selekcja wyboru nowego członka społeczności. Tam panowała zasada, że musisz sobie zasłużyć na to towarzystwo, okupić je wyrzeczeniami, aby je docenić. Na Facebooku puszczasz „wyślij zaproszenie” i gotowe.
Na słowo „gotowe” bracia Winklevossowie czekali bardzo długo ze strony Zuckerberga, który przyjął od braci zlecenie na zaprojektowanie czegoś w rodzaju portalu społecznościowego dla dumnych ludzi z Harvarda. Aż w końcu zamiast usłyszeć magiczne słowo „zrobione, gotowe”, zobaczyli w internecie niezwykłą stronę, zrzeszającą tysiące ludzi. Portal społecznościowy o jakim myśleli, ale ze znacznie większym zasięgiem. W dzisiejszych czasach kultury typu „kopiuj - wklej” hasło „kradzież własność intelektualnej” jest nad wyraz często używane. Znów tu kłania się stara prawda, że sukces ma zawsze wielu ojców, a jeszcze bardziej kłopotliwe jest ustalenie ojcostwa dla danej idei. W przypadku braci Winkelvoss można stwierdzić, że mieli szczęście w nieszczęściu zetknąć się z Markiem Zuckerbergiem, którego wtajemniczyli w swoje plany, podobnie jak kiedyś zrobili to bracia McDonald zdradzając kulisy swojej firmy przebojowemu Rayowi Krocowi. Zarówno Winkelvossowie jak i Mcdonaldowie w swojej polityce zakładali bardzo ograniczone terytorium sprzedaży swego produktu – tu elitarność Harvardu, tam kilka barów szybkiej obsługi. Zuckerberg spojrzał jednak na wszystko bardziej globalnie. Po prostu otworzył szeroko wrota i zaprosił wszystkich na wielką imprezą, zwaną Facebookiem, gdzie każdy może zaczepić każdego. Tak jak wcześniej Steve Jobs podejrzał myszkę w firmie Xerox, jak Bill Gates zafascynował się ideą oprogramowania McIntosha. Każdy od każdego ściąga, ale rzecz w tym, by zawsze odrobinę popchnąć do przodu to, czego już dokonali poprzednicy. W gruncie rzeczy wszyscy tu działają w jednej drużynie: „postępu”. A nawet jeśli są jacyś pokrzywdzeni, jak to zobaczymy w filmie, to rzecz jasna są sądy i wielkie odszkodowania. Trudno powiedzieć, czy idea sieci Harvard.edu według receptury braci Winklevoss zyskałaby taki rozgłos jak Facebook. Można spekulować do woli. Gdyby to, gdyby tamto. Litania przegranych. Dlatego właśnie bracia Winkelvossowie mieli szczęście spotkać Zuckerberga, który już jako majętny człowiek musiał się z nimi podzielić wielką wygraną w loterii Facebooka. Ale żeby było pikantniej w tej historii, do gry wchodzą nowi gracze, widzący wielki potencjał w Facebooku, natomiast starzy przyjaciele z małą dozą kreatywności zostają wyłączeni ze ścisłego kręgu Facebooka. Tak właśnie było z Eduardo Saverinem, kumplem Zuckerberga ze studiów, który choć napisał początkowy, genetyczny kod do Fejsa, to jednak bardziej myślał jak sztywny biznesmen niż jak awangardowy artysta. To on stanie się drugi wrogiem Zuckerberga i pozwie go o to, że jego udziały w Facebooku zupełnie zmalały na korzyść chociażby takiego pewnego siebie Seana Parkera, prawdziwego pirata, hakera w branży IT, który wcześniej zasłynął swoim wynalazkiem pt. „Napster”. Tak jak wcześniej Parker okradał wytwórnie muzyczne, umożliwiając ściąganie plików muzycznych, tak w Facebooku podkradł udziały Saverina. Ale Parker jak żaden inny doskonale rozumiał branżę, w którą wszedł. Bardzo otwarty, towarzyski, przebojowy stał się prawą ręką Zuckerberga, zamkniętego w kodzie nerda. Imprezowy charakter Parkera może sprawdzał się w biznesowych spotkaniach ale niekoniecznie w imprezach, które wielokrotnie wymykały się spod kontroli, gdy do grona znajomych dostała się Madame Koka.
Gdy tylko Facebook nabrał rozpędu, rozpoczęła się o niego wielka awantura. Pod tym względem film jest ciekawie zmontowany. Raz uczestniczymy w procesie sądowym Zuckerberga i Winkelvosów, a potem w procesie sądowym Saverina i Zuckerberga. Ten drugi chyba jest bardziej emocjonalny, bo oto niegdyś przyjaciele, którzy razem napisali kod do Facebooka teraz stają po przeciwnych stronach barykady i wspominają przy świadkach historię tego całego zamieszania. Jak stworzyliśmy Facebooka i jak się o niego pokłóciliśmy. Narracja cofa się do szalonych studenckich czasów, gdy w zaciszu akademika tworzono coś, co zmieni zupełnie świat. Aż łezka w oku się kręci, a potem znów wracamy do sali sądowej, gdzie padają gorzkie słowa. Znów historia się powtarza tak jak to było w przypadku Apple’ a, że gdy tylko sukces uderza i przypływają pieniądze, pojawiają się konflikty. Nie ma już tej ekscytacji, co na początku tworzenia firmy, rośnie dobrobyt, pojawia się znudzenie. Umiera mistyka, zaczyna się polityka. Wkracza korporacyjny chłód i rutyna. I wciąż dręczy to pytanie, jak dalej odcinać kupony od swego wynalazku.
Aaron Sorkin udowadnia, podobnie jak w „Moneyball”, że świetnie sobie radzi z adaptowaniem scenariuszy opartych na faktach autentycznych, a sam również wciela w przedstawiciela agencji reklamowej, której Eduardo Saverin przedstawia ofertę Facebooka, podczas gdy Mark głośno chrapie. Poza linijkami kodu, świetnie napisaną i zmontowaną historią, wyróżnia się tu także elektroniczna, chłodna, hipnotyzująca muzyka duetu kompozytorskiego Atticusa Rossa i Trenta Reznora, którzy potem będą współpracowali z Fincherem nad filmem „Dziewczyna z tatuażem”.
Jesse Eisenberg (nazwisko aktora ładnie koresponduje z nazwiskiem jego bohatera) portretuje Zuckerberga jako zimnego, wyrachowanego geniusza komputerowego, który wydaje się wypowiadać swoje kwestie jak maszyna. „Nie potrzebuję ciebie, tylko twojego algorytmu”. Eduardo Saverin w wydaniu Andrew Garfielda to chyba ta najbardziej tragiczna postać założyciela, który szybko staje się zbędny dla swojego dzieła. Chłopak próbujący być biznesmenem, strojący się w garnitury, bardziej teoretyk niż praktyk, szukający wsparcia nie tam gdzie trzeba. Szybko przegra z Seanem Parkerem, który biznesowe obycie ma w jednym palcu. Nie można się dziwić, że Saverin będąc tym zbędnym elementem, bardzo się wkurzy, co widzimy pod koniec filmu, gdy opuszczając siedzibę Facebooka, rozwala laptopa Marka i grozi mu, że odbierze wszystko. Z kolei Sean ze sztucznym uśmiechem dopija kawę i każe wszystkim pracownikom wracać do pracy. Koniec przedstawienia.
Bardzo pozytywnie zaskakuje tutaj Justin Timberlake jako przebojowy Sean Parker, ten obcy, intruz, wprasza się do grona Facebooka i daje mu niezłego kopa w górę. I gdy tak Facebook szybuje na wyżynach popularność, z dołu obserwują go jego prawie-ojcowie; Bracia Winkelvossowie i Divya Narendra.
Po przeciwnej stronie Arnie Hammer, Lone Ranger gra dwóch bliźniaków Winkelvoss, próbujących jakoś ogarnąć to, że chyba stracili swoją życiową szansę przez jakiegoś sprytnego, nietowarzyskiego programistę. Obok Arniego Hammera świetnie przedstawia się także Max Minghella w roli zgryźliwego Divya Narendry, od początku nieco sceptycznie nastawionego do osoby Zuckerberga. To on będzie zabiegał o to, aby dokopać Markowi, niż bawić się w pozwy. Jednak Cameron Winkelvoss zachowa więcej rozsądku. Wraz bratem zareagują szybko, zupełnie jak pokrzywdzone dzieciaki, którym chłopak z podwórka zabrał łopatką do wykopywania… złota w Dolinie Krzemowej. Zadzwonią do tatusia, który ześle im najlepszego prawnika. Wysiłki pokrzywdzonych braci się opłacą, bo dostaną sowite odszkodowanie za swoje niezrealizowane marzenie o sieci towarzyskiej. Również Saverin wyjdzie na swoje – rodzina Facebooka jest hojna dla każdego. A Zuckerberg spłaci krzywdy i jeszcze się odkuje na swoim słodkim szczycie. I wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie.
Ironiczna jednak ostatnia scena w filmie, gdy Mark Zuckerberg twórca Facebooka wysyła wiadomość do swojej byłej dziewczyny, którą wcześniej publicznie obraził na swoim blogu. Wysyła on prośbę o przyjęcie zaproszenia do grona znajomych. To trochę tak jakby (fejs)Bóg prosił o miłość każdego człowieka, ale przecież dał mu wolną wolę i nie może go zmusić do kochania. I tu, na Fejsie jest tak samo. Twórca nie może zmusić użytkownika, by ten go polubił czy stał się jego znajomym. Zresztą to tylko etykiety. Mimo, że Zuckerberg stworzył wirtualny towarzyski serwis, to jednak sam nie bardzo potrafi cieszyć się tym sztucznym towarzystwem i chyba lepiej się czuje w pisaniu kolejnych linijek kodu niż wysyłaniu zaproszeń do znajomych i nieznajomych.
Komentarze
Prześlij komentarz