MONEYBALL
Kto by pomyślał, że baseball może być taki romantyczny, a jednak...
Kompletnie nie rozumiem tej gry, nie rozumiem po co ci goście odbijają piłkę, a potem rzucają się gdzieś przy białej linii i te wielkie rękawice i te kije baseballowe… chyba najbardziej znany rekwizyt ze stadionowej rzeczywistości. Kompletnie nie rozumiem zasad baseballu, ale pokochałem ten film od pierwszego wejrzenia. Może dlatego tak się stało, że znalazłem się w podobnej sytuacji co główny bohater Billy Beane (nominowany za tą rolę do Oscara Brad Pitt). Bynajmniej nie jestem managerem klubu sportowego, czy trenerem trzecioligowej drużyny. Na wuefie stawiano mnie na bramie lub na ławie rezerwowych – takim byłem asem. Ale przecież jestem managerem własnego życia i mam w sobie wielu zawodników: starych, młodych, wziętych, ambitnych, sfrustrowanych, marzycieli, realistów – istny Legion zagubionych duchów, który ciągle przegrywa. To zmusza do refleksji, gdzie tkwi błąd, że moja drużyna nie jest skuteczna, że nie potrafimy osiągnąć zamierzonego celu, że ciągle się rozpraszamy i tracimy własną esencję. Rozcieńczona kawa, która nie daje kopa. Senność, zniechęcenie, dół. Znów przegraliśmy, to było do przewidzenia, jakbyśmy ustawili sobie metkę wielkich frajerów. Zdenerwowany Beane właśnie się dowiedział o kolejnej przegranej swojego klubu.
„grali wspaniale, ale to nic nie dało”
Roztrzaskał radio, a pewnie gdyby oglądał relację z meczu, rozwaliłby telewizor. Billie jednak od pewnego czasu w ogóle nie ogląda meczy. Nie może znieść tego napięcia. Sprawdza tylko wyniki i zaciska pięści. Problem w tym, że nie wie z kim ma się bić. Nie potrafi zdefiniować problemu. Ma pretensje do całego środowiska sportowego i jedyne co wie to to, że zwycięstwo zawsze przypada najbogatszym klubom. To irytujące. W takim razie cała praca managera przypomina rolę tragicznego bohatera, który cokolwiek zrobi, zawsze zmierza do porażki. Na nią zresztą można reagować różnie. Podnieść się i dalej walczyć, zagłuszyć ją głośną muzyką, tak jak ja to robiłem przez wiele lat, przeżywając swój bunt w stylu Dark Age. Im więcej problemów ze sobą tym głośniej. Metal, hard rock, liryk o ciężkiej egzystencji. Głośniej, coraz głośniej.
Tak też to robią zawodnicy w szatni po przegranym meczu, puszczając na full taneczny kawałek. Billy nie wytrzymuje, rozwala im sprzęt grający. Zapada cisza, pustka. „Czy przegrywanie jest takie zabawne?” – pyta Beane zaskoczonych zawodników. Znów cisza. Co to znaczy porażka dla mnie i dla ciebie? Porażka brzmi jak cisza – stwierdza Billie i wychodzi zirytowany swoją niemocą. Metaforycznie rzecz ujmując, kończy się pewien świat i trzeba wszystko zbudować od nowa.
Świat Baseballu przed metodą moneyball, opisaną przez dziennikarza finansowego, Michaela Lewisa w książce „Moneyball. Sztuka zwyciężania w nieczystej grze” (Lewis również jest autorem książki „Wielki short”, która została zekranizowana) prezentował się następująco: „są bogate kluby i biedne kluby. Potem jest 15 metrów mułu, a potem jesteśmy my. Ograbili nas. Yankees zabrał serce, Boston płuca”. Nie mamy pieniędzy na wielkie nazwiska, gwiazdy, które rozświetlą nasza drużynę, dadzą nam gwarancję na zwycięstwo. Złośliwi dziennikarze wyśmiewają każdy nasz ruch, a wtórują im niezadowoleni kibice. Tyle, że oni nie prowadza klubu, nie widzą tego, co widzi Billy.
Skoro może być tylko gorzej lub średnio, skoro nigdy nie będzie nas stać na mistrzostwo, to może warto zrewolucjonizować cały system? Beane za radą nowego asystenta Petera Branda (Jonah Hill) postanawia zmienić dotychczasowe reguły. Kłania się poetyka kina z typem bohatera: ostatniego sprawiedliwego. Beane szuka możliwości i ukrytych talentów w zawodnikach, o których zapomniano lub spisano na straty. Choć nie są to wielkie nazwiska, statystyki udowadniają, że mają spore możliwości. Wreszcie można dać im szansę, a przy okazji niewiele wydać na drużynę zwycięzców. Przypominają się takie produkcje jak „Ich własna liga”, „Debiutant”, „Pierwsza liga”, a nawet z naszego podwórka „Boisko bezdomnych”. Oto ci odrzuceni, uważani za nieciekawych nagle powracają, by pokazać na co ich stać. To zawsze chwyta widza za serce.
Oczywiście złośliwi komentatorzy wypominają władzom klubu, że trwonią (i tak mocno ograniczony) budżet na marnych zawodników. Ale Billie ma to gdzieś, pyta tylko siebie i swego asystenta „czy wierzysz w to?”, a Peter odpowiada bez zająknięcia „Wierzę”, bo ma za sobą statystykę.
To dzięki metodzie Billia Jamesa, matematyka, który zajął się analizą sportowców, zawodnicy spisani na straty, tacy choćby jak kontuzjowany Scott Hatteberg, czy podstarzały David Justice mogli się jeszcze wykazać na boisku. Zwłaszcza historia niepewnego siebie Hatteberga (Chris Pratt) udowadnia nam, że „Moneyball” przestaje być tylko historią o sporcie, ale zaczyna być przede wszystkim ciekawą fabułą o ludziach i ukrytych możliwościach. Scitt od dziecka grał w baseball, było więc pewne, że w końcu stanie się zawodowcem. Łatwo ulec czarowi baseballu, zalicza się kolejne bazy, odbija dzielnie piłkę i jest się ulubieńcem publiczności. A potem zdarza się wypadek, kontuzja i nikt nie jest w stanie ci pomóc, bo nikomu nie jesteś potrzebny. Taki jest bezwzględny świat sportu. Wypadasz gladiatorze ze sceny. Podobnie było przecież z samym Beanem, który w pewnym sensie dał się zwieść obietnicom Skautów (łowców talentów baseballowych) i wybrał profesjonalną grę zamiast studiów. Nie sprawdził się jako zawodowiec i z roku na rok było coraz gorzej. Trzeba było spojrzeć prawdzie w oczy i w końcu zejść z boiska. Został więc łowcą talentów, a w końcu managerem klubu sportowego z wiecznie ograniczonym budżetem, zarządzanym przez Bobby’ ego Koticka (Blizzard).
Te wszystkie napięcia, kryzysy sportowe, odbiły się także na życiu rodzinnym samego Billy’ego, który przegrał również mecz o swoje pierwsze małżeństwo. Relacje z byłą żoną i córką przemykają nam między kolejnymi rozgrywkami na boisku, co jeszcze bardziej podbija dramatyzm całej sytuacji, w jakiej znalazł się bohater, który potrzebuje zwycięstwa, by poczuć, że wreszcie zmierza w dobrym kierunku.
W nowej strategii Moneyball Billie chce się odegrać na całym starym systemie, wyrównać rachunki z baseballem i przestać grać jak większość. To właśnie przez statystykę Beane odkrył w Hattebergu jeszcze inne umiejętności. I nie chodzi już tylko o to, aby Scott grał i zarabiał, ale żeby uwierzył w siebie, gdy większość trenerów, choćby Art Howe (Philip Seymour Hoffman) ciągle zostawia go na ławce rezerwowych i wystawia „sprawdzonych” graczy. Billy pojmuje, że z Artem i jego przestarzałymi metodami nigdy nie wygra. Niech Art robi swoje, on tylko wystawia pionki. To Billie pozyskuje lub pozbywa się pionków. Zatem trzeba się pozbyć jednych zawodników z drużyny, aby Art wreszcie zwrócił uwagę na niewykorzystane talenty:
„Zabijasz tą drużynę” – podsumowuje Howe.
„Mogę to robić bez przerwy” – odpowiada Billy. Art. wie, że nie wygra z managerem, który podstawia mu zawodników. Wreszcie do niego to dociera. Aczkolwiek ta kreacja filmowa Howe’ a, ukazanego jako staromodnego trenera, który jest ciągle na „nie” jest trochę przekłamana w filmie. W rzeczywistości Howe przekonał się do metody Billy’ego wcześniej.
Rozpoczyna się triumfalny pochód Auckland Athletics, a Billie przestaje być tylko managerem, ale także kimś w rodzaju trenera, doradcy zawodników. Zaczyna spędzać z nimi więcej czasu, choć wcześniej tego unikał, by się nie przywiązywać do sportowca, którego w każdej chwili może się pozbyć z klubu. Rozmawia z nimi, analizuje grę, ustawia taktykę na kolejne spotkania. Zaczyna słuchać siebie i innych.
Wreszcie Hatteberg ma swoje pięć minut, gdy w ostatecznej rozgrywce występuje w nowej roli pałkarza. Jest skupiony i przejęty, zaciśnięte ręce na rękojeści kija. Wojownik z mieczem, który ma odeprzeć cios losu. Billy nie mogąc znieść tego napięcia albo ćwiczy intensywnie w siłowni albo nerwowo zajada się jakimś fast foodem (Brad Pitt zawsze je na ekranie). Zaledwie pięć dźwięków na fortepianie w wydaniu Marka Dylli idealnie podkreśla napięcie w tej scenie. Rzut, wirująca piłka. Swoją drogą to podobny soundtrack jak w „Grze” Finchera, gdzie wystukiwany jest jeden dźwięk na fortepianie, by podkreślić napięcie, jak dzwonek w automacie. Wreszcie uderzenie, odbicie piłki. I wielkie zwycięstwo.
Świetnie napisany przez Aarona Sorkina dramat sportowy. Pasjonująca historia nie tylko o baseballu ale o umiejętności radzenia sobie w kryzysie, gdy nasza drużyna skłóconych charakterów nagle rozmienia się na drobne. I nikt nie wie, o co naprawdę gra się toczy?
Komentarze
Prześlij komentarz