LOT NAD KUKUŁCZYM GNIAZDEM

 


Co łączy Jokera, Laleczkę Chucky, Doca Browna/Festera i Człowieka Pingwina? Wszyscy oni kiedyś byli w zakładzie psychiatrycznym. Wtedy jeszcze nie mieli tych okropnych masek, które pomagały im oddzielić mroczne, genialne ego od ich skomplikowanego wnętrza. Byli i są szaleńcami. Jedni sympatyczni drudzy bardziej sadystyczni. Ale dobrze pamiętają, że był jeszcze przed nimi ktoś potężniejszy w swoim sadyzmie. Ktoś, kto próbował ich urobić na swoje podobieństwo. Tym kimś była siostra Ratched. Nigdy byście nie pomyśleli, że ta miła pani w średnim wieku, mająca za sobą przeszłość w szpitalu wojskowym może być tak okrutna i zarazem tak sympatyczna. To najgorsze połączenie. Słodki jad, który zabija od środka. Nawet nie spodziewasz się z jej strony mocnego ciosu. Ale wystarczy tylko jak ona spojrzy tymi zimnymi oczami obojętnej nauczycielki, jak zaintonuje pytanie, które cię zawstydzi tak, że poczujesz się zupełnie bezbronny, nie znając odpowiedzi.


Witaj w tym dziwnym miejscu, które niejednego przeraża. Szpital psychiatryczny. Nagle tracisz kontrolę nad swoim życiem, jesteś agresywny lub zbyt bierny jak pomnik na cmentarzu, popadasz w smutek lub rozbijasz swoją jaźń jak lustro, w którym nie możesz siebie rozpoznać. Nagle okazuje się, że jesteś po prostu nieprzydatny dla społeczeństwa. Jesteś obcy dla siebie i dla swojej rodziny. Kogo to obchodzi, kim byłeś wcześniej, jeśli w ogóle miałeś to szczęście zaznać normalnego życia. Może nawet coś osiągnąłeś. Teraz jesteś cieniem samego siebie. Żyjesz we mgle. Niektórzy tu tkwią całe swoje życie i tak już będzie do końca ich dni. Jakie to przewidywalne i gorzkie. Zero ekscytacji. Od czasu do czasu nowe lekarstwa. Jeszcze większa mgła przed oczami. Kim jesteś? Rośliną, tkwiącą w dziwnym transie.

Ale są tu też tacy, którzy zwyczajnie uciekli od codziennego życia, bo w jakiś sposób ono ich przerosło. Na przykład taki Harding. Choć w jego nazwisku pobrzmiewa „hard” czyli twardy, to jednak on sam czuje się zupełnie rozmiękczony wobec życia. Niespokojny intelektualista, który za dużo razy analizował swoje życie i relacje z żoną. Ktoś, kto bardziej woli teoretyzować o życiu niż zwyczajnie je praktykować, po prostu żyć. Ktoś, kto komplikuje niż upraszcza. Warto tu dodać, że William Redfield grający Hardinga w czasie zdjęć zmagał się już z białaczką i parę miesięcy po premierze filmu zmarł. Czując to brzemię nadmiaru myśli, filozof Harding postanowił, że wyjedzie na wakacje do zakładu psychiatrycznego, podobnie jak Sefelt, Scanlon, Frederickson, młodziutki Billy Bibbit czy Cheswick. Może to jest sposób, by nabrać dystansu do tego dziwnego świata, który nieustannie nas zaskakuje?

Może tu ich poczucie wartości wzrośnie? Gdy będą przebywali obok tych wszystkich beznadziejnych przypadków. W duchu będą sobie powtarzali, jeszcze nie jest ze mną tak źle, jeszcze nie jestem rośliną. Ale muszę się pilnować, chwila nieuwagi, zły nastrój, atak agresji lub nadmierny indywidualizm i podłączą mi elektrody do mózgu, żeby zrobić masaż prądem elektrycznym. Ten szpital jak żaden inny urabia ludzi do jednej konsystencji. Trzeba uważać. Uważa aż za bardzo milczący Wódz Bromden, nazywany też „Szczotą”, bo zazwyczaj stoi on z miotłą i ściera kurze tu i tam, między pacjentami oraz w pokoju lekarskim. Przy nim można mówić o wszystkim i tak nikomu nie wygada. Spokojny Wódz, szaman otwierający jaźń drugiego człowieka. Jest głuchoniemy, przynajmniej tak wszyscy myślą. Niezwykłe jak łatwo można wprowadzić w błąd lekarzy, którzy wymyślają pacjentom różne choroby. Zresztą to jest jak ping-pong. Pacjenci wymyślają swoje choroby, a lekarze swoje, próbując zmieścić swoich faworytów w tabelkach, w których opracowują odpowiedni sposób leczenia. A spróbuj się nie zmieścić, czeka cię mieszana terapia!

Ciekawostką jest, że aktor grający doktora Spiveya, Dean Brooks był rzeczywiście lekarzem, psychiatrą, choć ze znacznie większym ładunkiem empatii do pacjenta niż jego filmowy bohater. Choć i tak Spivey był odrobinę lepszy niż zimna siostra Ratched. Brooks pracujący w szpitalu w Oregonie, gdzie również kręcono sporo scen, zawsze podkreślał, że to pacjent jest w centrum. Może dlatego tak chętnie wziął udział w filmie-proteście wobec bezdusznego traktowania pacjentów niczym kukły, którym tylko zmienia się pieluchy i rozkazuje, jak mają żyć wedle regulaminu oddziału.

Co do Wodza, to ciężko mu rozkazywać. Chłop jak góra stoi obojętnie nad jakimś małym sanitariuszem, który się na niego drze. Jednym ruchem mógłby go rzucić gdzieś daleko jak szmacianą lalkę. Ale Wódz bynajmniej nie jest głuchoniemy czy niepełnosprawny intelektualnie. Ależ nie. Jest jednym z wielu uciekinierów od rzeczywistości. Jego dawny świat runął. Tam, gdzie kiedyś żył, postanowiono ów teren inaczej zagospodarować i wyrzucić Indian z ich środowiska. I tak wódz stracił swoje miejsce, stracił lasy i potoki pełne pstrągów, aż w końcu trafił tutaj. Monotonne, białe korytarze, zakratowane okna, za którymi widać kawałek błękitnego nieba. W sercu wodza wciąż odzywa się tęsknota.

To przez jego narrację poznajemy strukturę całego szpitala, podobnego do kombinatu urabiającego codziennie ledwie świadomych pacjentów do plastycznej masy, którą łatwiej będzie w przyszłości wypełnić społeczeństwo, zatkać to tu to tam, nie słyszeć, nie widzieć. Bo najgorszy to jest świadomy obywatel. Taki zawsze niepotrzebnie jątrzy. Jak na razie, coraz więcej tu przybywa nowych gości, kandydatów na szaleńca roku, niż wychodzi gotowych, urobionych, potulnych jak baranki absolwentów psychiatryka. Szpital jak bestia, pożera każdego i tylko czasem wypluwa przeżutego nieszczęśnika, który i tak już zawsze będzie przybyszem z obcej planety.

Oto przybył nowy. W książce to rudzielec, a w filmie to szatyn z równie rozczochranymi włosami, które już trochę się przerzedziły. Randall Patrick McMurphy z twarzą Jacka Nicholsona uśmiecha się od ucha do ucha, a jego czarne oczka jak guziczki dziwnie połyskują. Archetyp Jokera aż kłuje w oczy. Czy to szaleństwo czy radość? Przekraczając próg szpitala, McMurphy na jakiś czas żegna się ze statusem więźnia, pozbywa się kajdanek, by przyodziać uniform pacjenta o niepewnym statusie. Istnieje podejrzenie, że Randall może być po prostu symulantem, by tak uniknąć pobytu w więzieniu. Być może. Nie on pierwszy i nie ostatni. Zresztą nie ma się co dziwić. Ten szpital jest niemal jak luksusowy hotel w porównaniu z więzieniem. Czyste ubrania, pyszne śniadanie, bekon, grzanki, jajka i sok pomarańczowy. No i jeszcze te kubeczki z lekarstwami, które znajdą się pod językiem naszego sprytnego bohatera. A na złagodzenie obyczajów gra w karty, koszykówka, telewizja i ta cholerna muzyka na świetlicy, przez którą nie można spokojnie rozmawiać.

Ale i tak jest tu o niebo lepiej niż w więzieniu. Warto tu zostać i trochę pobawić się w szaleńca. Trochę poskakać, pośmiać się, wywijać wygibasy. Tylko ostrożnie, bez awantur, żeby nie trafić do „wstrząsówki”. Cały haczyk polega na tym, że to lekarze decydują, kiedy McMurphy wyjdzie z tego miejsca. W więzieniu wszystko było jasne. Masz odsiedzieć rok lub kilka miesięcy i koniec. W szpitalu psychiatrycznym, gdzie skierowano głównego bohatera to nie jest już takie proste. Gdy Randall to zrozumie, zda sobie sprawę, w jakiej jest pułapce. Rozgląda się niepewnie. Próbuje być łagodny jak baranek. Czuje na sobie drwiące spojrzenie jednego z sanitariuszy, a na dokładkę jeszcze zimne oczy Białej Czarownicy tego oddziału, siostry Ratched, która każdego nieposłusznego zamieni w posąg. Trochę czarów, trochę iskier, watów i największy furiat nagle traci całą swoją energię. Nawet lekarze się jej boją, a kadrowa jest jej przyjaciółką, więc nie ma sensu się na nią skarżyć. Siostra Ratched jest nie do ruszenia i przeżyje każdego na tym oddziale.

 

Czyżby?

 


McMurphy, nie mogąc patrzeć na stłamszonych kolegów z oddziału, zamierza w jak najkrótszym czasie wyprowadzić tą babę z równowagi. Kto wygra w tym pojedynku i czy w ogóle będą tu wygrani? Kto przestanie udawać, kto pokaże swoją prawdziwą twarz? Randall na tle tych wszystkich pacjentów z zakładu jest cudownie nieskrępowany. Luźny, uśmiechnięty, gotowy popełnić zawsze jakiś ryzykowny czyn. Pokonać siostrę Ratched to jak wyrwać z łazienki tą olbrzymią konsolę z kranem. No dalej. Nabrzmiewają mu żyły. Coś drży w podłodze, ale konsola jak stała, tak stoi. Do diabła! Ja przy najmniej spróbowałem! A wy tutaj daliście się wykastrować tej babie! Żałosne strusie, które oddały swoją wolność. Podczas gdy siostra Ratched zdaje się być wykrochmalona ze swoim idealnie białym uniformem. Sztywna i nie znająca odrobiny słabości. Tak okropnie idealna. Nieskalana Biała Madonna, u boku której stoją trzej ochroniarze w bieli. Kto ośmieli się na profanację jej wizerunku, ten poczuje ich twarde dłonie na sobie. Randall, ten barbarzyńca w szpitalnym Edenie, widząc, co ta czarownica zrobiła młodemu chłopakowi, Billy’emu, dostaje szału. Wystarczyło, że użyła znanej wszystkim broni, jaką jest szantaż i zabiła tym przerażonego chłopca, który nie mógł wydusić z siebie słowa. A zabiła go tak sprytnie, że nawet nie przyłożyła do tego ręki. To on sam, zdesperowany, postawiony w szachu postanowił się zabić. Co za siła! Strach przed jej zemstą wywołuje pragnienie samobójstwa. McMurphy jednak się nie daje. Chce zedrzeć tą maskę sztuczności, usłyszeć jak ta nieskazitelna kobieta płacze, dusi się, jak cierpi. Chce się przekonać, że jest równie ludzka jak ci przestraszeni dookoła pacjenci.

Rzuca się na nią, by zedrzeć z niej tej aseksualny uniform. Chce ją udusić i przy okazji sprawdzić, czy rzeczywiście była tylko człowiekiem? Wilkołak rzuca się na białego kapturka. Już widać jej białe piersi i przerażenie w oczach. Może ona tego chciała? Wiecznie pastwiąca się nad pacjentami, pouczająca, sztywna, wreszcie trafiła na tego jedynego, który ją powalił swoją wulgarnością. Może wtedy jej się spodobał na korytarzu, gdy wyszedł z łazienki tylko w slipach. Co za perwersja. Pielęgniarka z biczem i nieposłuszny pacjent-uczniak. Ale nie długo trwała ta namiętna chwila, gdy ona czuła na szyi zaciskające się ręce McMurphy’ego, on poczuł na sobie twarde łapy sanitariuszy (Czarnych).

Ale to nic. Ofiara Randalla Patricka i tego biednego młodego chłopca, który całe życie się jąkał, nie mogąc wykrzyczeć tego, co naprawdę czuje, nie poszła na marne. McMurphy już czuje na swojej głowie elektrody. Za taki występek będzie gorąco. Grill mózgu. Jeden umarł, drugi usnął, za to wreszcie wódz się przebudził. Dotąd milczący pomnik z miotłą, wreszcie ożył. Pękł ten twardy pancerz, obudził się człowiek, który zawsze pragnął wolności. Postanowił uciec wraz ze swoim drogim Randallem, który już dawno opuścił swoje ciało przesycone elektrycznością. Wielki Wódz ruszył z armią duchów przodków, wyrwał z łazienki kran, który kiedyś McMurphy chciał wyrwać, by pokazać chłopakom, jak się wychodzi z psychiatryka. Oczywiście, że oknem! Jak ptak wolny do nieba. No dalej. Już tryska z podłogi woda. Wielka konsola odrywa się od podłogi i uderza o szybę, która rozbija się w drobny mak. Stał się cud. Ten, który był niemy, nagle usłyszał te najważniejsze słowa. Bach i pękły kraty, a potem ziemia stała się jak trampolina, od której co chwila odbijał się wielki człowiek, jakby już miał skrzydła, spragniony tak bardzo wolności.

Sześćdziesiąt lat minęło od głośnego debiutu Kena Keseya, który sam zdawał się być uciekinierem z wariatkowa, jakim jest ten świat. Zwariujesz, jeżeli osiądziesz w tym świecie zbyt głęboko, jeśli zbyt mocno się przyzwyczaisz do danych rzeczy. Świat i tak to zweryfikuje, podda próbie. Kesey znalazł na to sposób, przemieszczając się po kraju autobusem, trochę jak beatnik, trochę jak hippis, szukający ciągle innej perspektywy w tym zmiennym świecie. Było tylko kwestią czasu, kiedy jego pierwsze i zarazem największe dzieło, napisane z taką ironią i lekkością odbije się w adaptacji filmowej.

Tym, który zobaczył potencjał w tej historii i zdecydował się na produkcję był między innymi Michael Douglas, z kolei Bo Goldman przełożył tą niezwykłą historię na scenariusz filmowy, a Milos Forman poprowadził aktorów przez krainę szaleństwa. Efekt? Oscar dla Jacka Nicholsona i Louise Fletcher w roli siostry Ratched, którą w tym roku żegnaliśmy. Wydaje się, że właśnie ten film, najlepiej ukazuje potencjał Nicholsona do ról bohaterów o niestabilności psychicznej, co potem zobaczymy w „Lśnieniu”. Tu warto jeszcze dodać, że zarówno w „Locie…” jak i w „Lśnieniu” zobaczymy Benjamina Crothersa w roli portiera, który nieopatrznie wpuścił szaleństwo do Hotelu i do szpitala.

 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOLNY DZIEŃ FERRISA BUELLERA - DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI ŻYCIA NASZEGO

I STANIE SIĘ KONIEC

DOBRANOC MAMUSIU. CZYLI JAK ODEJŚĆ NA WŁASNYCH WARUNKACH