ZAWRÓCONY
Nazywam się Tomasz Siwek, zamieszkały w Tychach przy ulicy Rewolucji Październikowej 5, mieszkania 23. Grunt to umieć się przedstawić i określić na kartach historii, gdy władza pyta nas o wyjaśnienia. A zatem obywatelu, czy raczej towarzyszu Siwek, jak będzie z wami?
Poznajemy naszego poczciwego bohatera, gdy w kochanym kraju panuje jeszcze komunizm, a dokładnie mamy rok 1981, jeszcze przed krwawymi wydarzeniami przy kopalni „Wujek”. Tomasz Siwek to taki poczciwy bohater, który żyje, jak mu zawieje wiatr historii. Idealny przykład ślepego posłuszeństwa wobec władzy i kierownictwa elektrociepłowni, w której pracuje, rozwożąc wodę sodową. Woda sodowa jeszcze nie uderzyła naszemu Tomeczkowi, ale ciepełko partii trochę ogrzewa naszego sympatycznego bohatera, który jest członkiem PZPR. Tak dla świętego spokoju i wygody. Zawsze lepiej trzymać z silniejszym niż z tą opozycyjną hołotą. Bo Tomaszowi nie w głowie jakieś rewolucje i strajki. A kto wie, czy nasz uśmiechnięty Tomaszek nie będzie też dobrym kandydatem na kabla, by przekazać kierownictwu, kto tu w zakładzie lubi rozrabiać na manifestacjach.
Siwek jest bardzo skrupulatny, dokładnie wypełnia długopisem prehistoryczne tabele Excela, ile komu rozwiózł butelek i czy wszystko się zgadza. Może równie dokładnie będzie informował pana kierownika i partię, o tym kto, co i dlaczego. Towarzyszu Siwek my polegamy na towarzyszu. A jak towarzysz się wywiąże ze swoich zadań, to może dla towarzysza przygotujemy odpowiedniejsze zadania. I kto wie towarzyszu? Wy ludzie pracy, lud robotniczy ze wsi może podskoczycie wyżej. A póki co, za to zadanie obiecujemy wam wczasy w Bułgarii. No to towarzyszu, nie zawiedźcie nas.
Oczywiście, że Tomasz nie zawiedzie. Zawsze był obowiązkowym, gorliwym pracownikiem. Codziennie koło piątej, gdy jeszcze ciemno dookoła, Tomasz zrywa się z łóżka, starannie goli i ubiera, podczas gdy jego kochana żona Hela już gotuje mu zupę mleczną. Biały talerz zapełnia się równie białą gęstą cieczą. Obok już czekają sztućce jak z orężem, by pokonać śniadanie. Widać, jak Kutz dba o szczegóły, nie żałując zbliżeń na kaktusy, stojące na parapecie, sztućce przy talerzu czy wreszcie dziurawą skarpetkę, odsłaniającą duży palec. Oto zwyczajność ukazana w detalach, podbita tą piękną muzyką Jana Kantego Pawluśkiewicza.
A potem Tomasz jak to zwykle ubiera swój mundur zwyczajności, przetykany nicią szarości i czerni, zakłada czapkę, bierze teczkę ze śniadaniem i jak mały uczeń tuli się do swojej żony, by potem wsiąść do autobusu, jadącego prosto do zakładu pracy.
I tak codziennie.
Aż tu takie wydarzenie. Manifestacja Solidarności na rynku w Katowicach. Specjalne zadania dla niepozornego Tomasza, który wreszcie czuje się, jak ktoś wyjątkowy, szpieg albo agent, który nie może zawieść swego zleceniodawcy. Ale to będzie! Gdy stanie na wysokości zadania. Pan dyrektor będzie zadowolony, jak go wyściska, pogratuluje, postawi piwo i wręczy te wyśnione bilety na wczasy. Ale podczas tej manifestacji nieco ponosi naszego bohatera, który ze zwykłego obserwatora staje się nagle jednym z uczestników, a jego głos wręcz momentami wychodzi na prowadzenie, gdy akurat uczestnicy manifestacji śpiewają „My chcemy Boga”. Oto niepozorny Tomaszek, który dotąd był chłopcem na posyłki ze strony partii, zdaje się być teraz prowodyrem śpiewu na ulicach. Zdawałoby się, że to pusty chłop, robotnik bez żadnych większych ideałów, ofiara okoliczności, a jednak śpiew manifestujących odbija się w nim, jak w wielkim pudle rezonansowym. Niczym śpiewak operowy dokańcza swoją arię na podium tuż obok pomnikowych powstańców. Za taki występ czapki z głów u jednych i mocniej nasunięte czapki i kaski mundurowych. Czujność wzmożona. Czyżby prolog z obrazu „Wolność wiodąca lud na barykady”? Niebiescy panowie tracą cierpliwość i przygotowują swoją broń. Już zza rogu wypełzają Szare Szeregi… Zomo. Gorzki chichot historii. Walczymy sami ze sobą, tylko w różnych kolorach, ale jak zwykle czerwień krwi leje się po szarych chodnikach, a biała wstęga poddaństwa odbije na sobie niejedną poranioną twarz.
Oj nierozważnie było śpiewać o największym Konkurencie dla komunistów. Tyle razy ogłaszanym przez Wyszyńskiego, czy potem samego Papieża. Tak niezrozumiałym i wszechobecnym, którego Królestwo jest zawsze ponad tym szarym ustrojem. Gonić i bić. Komuna znów musi nabrać czerwonych rumieńców krwi! Zdyszany, przerażony Tomasz, wręcz zatacza się po brudnych podwórkach, a tuż za nim biegną uparci zomowcy. Aż trzech muszkieterów postawiło sobie za honor dobicie tego jednego biedaka, który jest jak dziecko we mgle. Ale Tomasz jakoś zwycięża nad nimi swoją wytrwałością. Co by nie powiedzieć, Siwek ma jeszcze kondycję, by przebiec ten tor miejskich przeszkód tak, aby skutecznie zniechęcić wroga.
Ale to nie koniec przygód naszego poczciwego Szwejka. Taką sławę sobie zyskał Tomasz, że jak ledwo uciekł przed szarymi, co chcieli go pałować, to już dobijają się do niego niebiescy, którzy koniecznie chcą z nim rozmawiać o tamtych wydarzeniach i portretach uczestników. Niebiescy panowie byli nawet tacy skrupulatni, by poprosić gościa o zdjęcie butów. W końcu tak wygodniej przemierzać stopnie tego pałacu z kratami. A niech mięknie ten cwaniaczek. Tomasz w kajdankach i dziurawych skarpetkach wchodzi na kolejny stopień, który już wytarł się mocno od wielu kroków skazańców i urzędników. Bohater drepcze nieśmiało po zimnej posadzce, by za chwilę rozmawiać z panem komendantem. No proszę to jednak Olo z „Psów” żyje i został komendantem, który za niedługo będzie gościł u siebie nawet Kilera. A potem może zeświruje i będzie nas raczył swoimi frustracjami obolałego intelektualisty. Co za spotkanie! Nerwowy Marek Kondrat wcinający drugą porcję gulaszu i przerażony Zbigniew Zamachowski, udający opóźnionego w rozwoju, który cały czas powtarza znaną formułkę „Nazywam się Tomasz Siwek”. No i co nam powiecie jeszcze obywatelu? Ten duet aktorski zresztą powtórzy się w telewizyjnej realizacji spektaklu „Emigranci” Sławomira Mrożka, również w reżyserii Kazimierza Kutza. Znów zobaczymy, jak znerwicowany Kondrat w roli intelektualisty próbuje przemówić do zwykłego chłopa, któremu tylko w głowie jedzenie, spanie i robota. A przecież musi być coś więcej, czyż nie? Zamachowski jeszcze tą rolę emigranta będzie powtarzał w filmie „Szczęśliwego Nowego Jorku”. Tak, to będą lata dziewięćdziesiąte, gdy sporo naszych rodaków opuściło wciąż niedoskonałą Polskę.
Tymczasem my jesteśmy w latach osiemdziesiątych, gdy wciąż w obywatelach wrzała nadzieja na coś lepszego, a Zachód kusił słodką obietnicą. Jedni obudzili się wcześnie, drudzy dopiero jak poczciwy Tomasz, uwierzyli dopiero wtedy, gdy dostali mocnego kopa od władzy. A zwłaszcza bolesny był ten policzek od sąsiada milicjanta, z którym kiedyś Tomasz tak serdecznie sobie rozmawiał.
„Ty mnie znosz?!”
Wobec reżimu nigdy nie znasz naprawdę swego sąsiada, brata czy kogokolwiek innego, kto może ci wbić nóż w plecy. Tomasz na przesłuchaniu przygląda się tym wszystkim portretom uczestników manifestacji. Zupełnie, jakby był w galerii sztuki nowoczesnej. Rozpoznać tożsamość z tłumu? I dokąd ten tłum zmierza? Na barykady? Rozpoznasz kilku uczestników, a staniesz się przyjacielem władzy i jednocześnie Judaszem wobec swych braci. A tak na marginesie, rodzony brat Tomasza został zomowcem, który też nie żałował pały na manifestacji w Katowicach. Co za podły żart historii. Może rzeczywiście lepiej wobec tego absurdalnego ustroju zgrywać głupka niż gorliwego obywatela kablującego tu i tam. Na głupich nigdy nie było mocnych.
Ta cała przygoda z manifestacją i bliskie spotkania z Niebieskimi zupełnie zawraca życie Tomasza na inny tor. Dotąd obojętny obywatel, idący z ustrojem krok w krok, wreszcie zyskuje świadomość tego, kim jest i dokąd zmierza. Zmądrzał? A może to jego brat poszedł lepszą drogą, wybierając właśnie karierę w Zomo? Może czas zapomnieć o swojej rodzinie?
Siwek z nową, obywatelską świadomością zaczyna wszystko od nowa. W nowobudowanym kościele zatrudnia się jako kościelny, który zbiera datki. Gdy rozpozna jakiegoś towarzysza w tłumie, przystaje przy nim dłużej, by ten wrzucił trochę więcej na tacę. Ale gdy wśród wiernych zauważa milicjanta, sąsiada, który nie tak dawno obił mu gębę na przesłuchaniu, niewinna buzia Tomasz zmienia się w twarz mściciela, który nie daruje, dopóki nie obije mordy. Tu na chwilę warto zrobić przystanek, bo w roli milicjanta zobaczymy tu Stanisława Górkę, czyli późniejszego kościelnego Zbyszka z „Plebanii”. Może taki będzie chichot historii. Zdławiony przez nowy ustrój, milicjant/policjant stanie się kościelnym?
I tak goni kościelny milicjanta. I tak już będzie przez kolejne lata, gdy nadejdzie czas rozliczeń z przeszłością niejednego zomowca, towarzysza czy milicjanta. Z tłumu wiernych, pozornie świętych wyłonią się twarze krzywdzicieli, którzy próbują mimo wszystko przyodziać szaty cierpiętników żałujących za wszystko. No proszę, a w roli księdza zobaczymy młodziutkiego Andrzeja Chyrę, który za pięć lat odbije w polskiej kinematografii twarz największego łotra, Gerarda Nowaka z „Długu”.
Póki co wyjdźmy jeszcze na chwilę z tego skromnego, drewnianego kościółka. Spójrzmy, jak zirytowany kościelny Tomaszek goni milicjanta. Czyżby nowa władza goniła starą? Czyżby wreszcie naród tupnął nogą i odpłacił pięknym za nadobne?
Komentarze
Prześlij komentarz