ŚWIĘCI Z BOSTONU. NASZE SKRYTE PRAGNIENIA WYŻSZEJ SPRAWIEDLIWOŚCI

 

Pamiętacie Julesa Winnfielda z „Pulp Fiction”, który z taką pasją recytował swojej ofierze fragment Ezechiela 25:17? Jakże wtedy intensywne są słowa proroka, gdy widzisz przed sobą lufę pistoletu, która jest już jak tunel, prowadzący cię do innego stanu skupienia. A potem głośne bach. Krew na ścianach, idealny atrament do pisania krwawej Ewangelii ku przestrodze wszystkim, którzy zboczyli ze ścieżki prawości.

O ile Winnfield z początku traktował to jako teatralizację swojej zbrodni i zabłyśnięcie przed ofiarą „fajnym tekstem”, to już John Doe, bohater filmu „Siedem” postanowił świadomie, że poświęci swoje życie na głoszenie krwawych kazań do upadłych ludzi, którzy bez przerwy dopuszczają się siedmiu grzechów głównych. Doe będzie tak robił, dopóki wreszcie nie zdecyduje, że najwyższy czas poświęcić siebie na ołtarzu. Sam się zgłosi na policję, a potem przyjmie na siebie gniew pewnego policjanta, który stracił żonę. Najważniejsze jednak będzie w tej ofierze to, że jego zbrodnie przez kolejne dekady będą pamiętane i może znajdą swoich naśladowców.

No właśnie. W Bostonie ostatnio dochodzi do takich krwawych mordów. I co ciekawe, nie giną tam wcale przypadkowi, niewinni obywatele, tylko największe kanalie. Na pierwszy rzut oka można by pomyśleć, że to oczywiście jakieś gangsterskie porachunki. Oni zawsze między sobą walczą. Normalka. I nie zaszkodzi czasem oczyścić środowiska z tych najbardziej niewygodnych. Ale co jeśli ginie coraz więcej tych bandytów? To zupełnie tak, jakby nagle ktoś chciał wymierzyć im wszystkim sprawiedliwość. Samotny Jeździec zaprowadzający porządek i ruszający dalej.

Tym razem będzie ich dwóch, a z czasem trzech, jak przystało na klasyka. Będą oni niczym Święta Trójca obrazująca gniew Boży w stylu Starotestamentowym. To powrót do korzeni, kiedy Bóg był naprawdę postrachem ludzkości i zaprowadzał porządek, przypominając, jak łatwo ludzie zatracają się w grzechu. Ciekawe, kiedy Troy Duffy wpadł na pomysł napisania tak intrygującego scenariusza? Być może wtedy, kiedy był barmanem i dolewał klientom kolejne drinki, które miały spowodować u największych grzeszników amnezję. Jak dotąd „Święci…” to dzieło życia reżysera, który planuje kręcić kolejne sequele z tej serii.

Connor McManus (Sean Patrick Flannery czyli Młody Indiana Jones) i Murphy McManus (Norman Reedus) to bracia o dość oryginalnym podejściu do życia. Bystrzaki, którzy mówią w kilku językach, ale nie wiedzieć czemu, pracują akurat w rzeźni, by tu wyładować swoją energię. Buntownicy z wyboru. Weseli, jowialni, do bitki i popitki, a w niedzielę łagodni jak baranki, pokornie przyjmują komunię świętą. Poprawiają czarne płaszcze i wychodzą z kościoła, natchnieni słowem Boga, by nie być obojętnym na grzech i ludzkie nieszczęście. W czarnych okularach znieczulają w sobie widok krwi.

Nagle w przypadkowej bójce z bandziorami z rosyjskiej mafii odnajdują swoje powołanie naprawy świata. Czas powrócić do twardego słowa Bożego ze Starego Testamentu. Świat potrzebuje takiego kopa.

Kiedy jedni bałaganią w imię Boga, inni muszą po nich posprzątać. Takim kimś jest właśnie Agent Paul Smecker (Willem Dafoe), doświadczony policjant w dobrze skrojonym garniturze, o nieco snobistycznym usposobieniu, który wobec tego całego chaosu zbrodni, broni się pięknymi dźwiękami opery, dobiegającymi ze słuchawek i kawa latte. Krok po kroku odtwarza wszystkie elementy zdarzenia, jakby cofał film. I choć bardzo wyraźnie widzi to, co wydarzyło się parę godzin wcześniej, to jednak nie potrafi zrozumieć motywów, jakimi kierowali się mordercy. A jeszcze bardziej jest zdziwiony, gdy na posterunek policji docierają dwaj zakrwawieni mężczyźni, którzy twierdzą, że mają coś wspólnego z ów zbrodnią, nad którą głowi się cała komenda. Pobyt braci McManus w więzieniu nie trwa zbyt długo, bo wszystkie dowody i relacje wskazują na to, że działali w samoobronie. A musieli się przyłożyć, skoro walczyli z mafiozami. Ale jednak Smecker za niedługo się przekona, że bracia McManus to seryjni mordercy o idealistycznym podejściu do swojej misji. Będzie oglądał ich kolejne krwawe występy, analizował miejsca zbrodni i coraz będzie ich podziwiał za syzyfową misję oczyszczania świata z bandziorów.

W filmie iskrzy akcją, czarnym humorem i rzecz jasna słowem Bożym, wypowiadanym z wielką czcią. Nie brakuje tu efektownych strzelanek, jak z filmów Tarantina i Rodriqueza, to jednak gdzieś ponad tym głośnym spektaklem, reżyser stawia publiczności bardzo filozoficzne pytanie o sens misji jego świętych bohaterów. Czy rzeczywiście tacy święci najemnicy są potrzebni światu? I kto właściwie dał im prawo czyszczenia świata z bandziorów, którzy wydają się w tym filmie zbyt jednowymiarowi. A przecież niejeden złoczyńca może mieć i jasną stronę. W takim razie niech się przyłączy do głównych bohaterów. Nadal będzie dzierżył w dłoni swoją ulubioną zabawkę, czyli pistolet, karabin, czy co tam jest na tapecie, ale teraz będzie to robił w słusznym celu. Słusznym celu? Więc wystarczy tej krwawej krucjacie nadać odpowiedni cel, by zyskać rozgrzeszenie i akceptację u większości społeczeństwa, łącznie ze stróżami prawa? Czy nie byłoby wygodnie w tej rozgrywce z bandziorami, mieć przy sobie bojowników, którzy wykonają czarną robotę, o której marzył niejeden policjant? Potem tylko przybić pieczątkę i zamknąć sprawę. I ciekawe, ile tak nasi bohaterowie będą zabijać w imię Boga? Czy mogą liczyć na nietykalność, nieśmiertelność, na to, że kule przeciwników nie będą się ich imały?

Skoro po dziesięciu latach powracają w „Dniu wszystkich świętych”, to oczywiste, że są prawie nietykalni, a przynajmniej nic im nie grozi ze strony policji, która na najwyższych szczeblach im kibicuje, choć czasami muszą zachować pozory i przyskrzynić Świętych, by potem ich po kryjomu wypuścić na kolejne łowy.

 



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOLNY DZIEŃ FERRISA BUELLERA - DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI ŻYCIA NASZEGO

I STANIE SIĘ KONIEC

DOBRANOC MAMUSIU. CZYLI JAK ODEJŚĆ NA WŁASNYCH WARUNKACH