BUNT NA BOUNTY
Zanurza się ciężki w ciemnej otchłani morza. Słychać gongi, które dopełniają tą katastrofę. Maszty się łamią, jak kości, żagle opadają jak płuca. Z każdą minutą traci on swoją chwałę i blask. Z każdą kolejną minutą mija szansa na powrót do domu. Już nigdy nie wrócimy do cywilizacji. Co czujesz drogi Christianie? Czy to było słuszne, czy nie? Ten jeden nieostrożny krok. Czy oszalałeś, czy zawsze w głębi tego pragnąłeś, by uciec od sztywnego, zakłamanego świata? I za jaką cenę? Jesteś teraz uciekinierem, zdrajcą. Straciłeś dom i przyjaciela.
Jak do tego doszło? Pyta drżący głos.
Otwieramy dziennik pokładowy, zanurzamy pióro w atramencie. Ale słów jakoś nie przybywa. Tak jak w tej scenie z filmu „1492. Wyprawa do raju”. Syn Kolumba trzyma tylko pióro, a atrament ścieka na papier. Wielki Żeglarz nie wie co powiedzieć. Wszystko zasnute mgłą. Coraz więcej kleksów, plam. Brak konkretów. Tajemnica morza, na którym jedni tracą siebie, drudzy zyskują skarby. Przewracamy stronę dziennika. Czas zeznać, jak było tam, podczas ostatniej wyprawy na statku Bounty, statku wielkiej nagrody i zarazem wielkiej straty…
O tym filmie najlepiej pisze się w gorące dni lipca lub sierpnia. O ile temperatura jest odpowiednia, to pora jeszcze zadbać o odpowiednie scenografie. Wystarczy zamknąć oczy i wyobrazić sobie, że jest się na pięknym, niebieskim morzu, a już za chwilę człowiek wyskoczy na rajską plażę. Ja póki co wcinam mój ulubiony batonik z młodości, „Bounty” i nabieram sił na kolejne akapity, które pragnę tu spisać w dzienniku jako rozbitek rodem z „Przypadków Robinsona Crusoe” lub „Cast Away”.
Jeszcze raz się rozglądam. Lazurowy odcień wody i jasny piasek, który tu tak miło chrzęści pod stopami, podczas gdy w mojej kulturze służy do zasypywani grobów lub znajdowania się w szklanych klepsydrach, by pogłębiać melancholię i punktualność. Słońce gładzi me policzki, jak pierwsza kochanka składająca słodki pocałunek. Rajska plaża i piękne kobiety, poruszające się hipnotycznie w swoich sukienkach z trawy, liści i kolorowych kwiatów. Czy można się dziwić Christianowi Fletcherowi, że wykonał taki zwrot i został w tym raju? To wielka odwaga i desperacja. Ten człowiek był na bardzo ostrej krawędzi, która przecięła go na pół tak jak pułkownika Kurtza.
Mam wrażenie że ta cała tragiczna opowieść o Bounty, choć przecież prawdziwa, spisana przez naocznych świadków, z czasem poddana fabularyzacji i wielokrotnie ekranizowana z wyśmienitymi aktorami, opowiada tak naprawdę o jednym bohaterze, który ze sztywnej cywilizacji, rusza ku nieznanemu światu i następuje w nim rozłam. Z jednej strony budzi się w nim romantyk, ulegający uczuciu do kobiety, a z drugiej stoi nad nim srogi kapitan, wydający coraz głośniejsze rozkazy. To nie może skończyć się dobrze. Coś w nim pęka. Na środku morza, gdzie wszystko faluje tak jak niespokojne myśli, emocje odbijające się w mętnej wodzie. Tu Christian Fletcher ostatecznie żegna się z Kapitanem Blighem i wyrzuca go ze statku. Żegna się z twardą dyscypliną, regulaminem, sztywnym mundurem, surowym, symbolicznym ojcem, któremu przecież zawdzięczał tak wiele. To sam Fletcher zabiegał o to, aby znaleźć się na Bounty. W filmie natomiast jest pokazane, że to Bligh prosi Fletchera o udział w wyprawie. Znali się już jakiś czas, odbyli niejeden rejs, a Fletcher chciał rozwinąć swoje umiejętności żeglarskie, znów poznać trochę świata.
Bligh widząc ten młodzieńczy entuzjazm w oczach młodszego żeglarza, dał mu szansę bycia nawigatorem na Bounty. Wspierał Christiana i był niejako jego ojcem chrzestnym w żeglarskiej karierze.
Może dlatego, że kapitan niejako widział w dwudziestotrzyletnim Fletcherze samego siebie z przed lat, gdy słynny kapitan Cook powierzył mu rolę nawigatora. Fletcher jednak nie miał takiego doświadczenia jak Bligh, który już od siódmego roku życia uczył się w akademii marynarki wojennej, a w wieku 17 lat służył na HMS Hunter jako starszy marynarz. Bligh to taki przykład self-made mana, który stworzył siebie jako wysokiego rangą oficera od podstaw, nie mając za sobą żadnych koneksji. Realizował się jeszcze w kilku bitwach, uzyskując stopień porucznika. Właśnie podczas tych potyczek wojennych poznał siedemnastoletniego Fletchera Christiana. Ten z kolei pochodził z majętnej rodziny. Miał być prawnikiem, jednak bardziej kochał morze… pełne możliwości. Nudne akty notarialne zamienił na przygodę, niczym kapryśny dzieciak, Robinson Crusoe, który chce intensywnych doznań.
W 1783 roku wraz końcem rewolucji amerykańskiej, Royal Navy została zredukowana, a sam Bligh postanowił szukać swego miejsca na statkach handlowych. Wreszcie dostał misję, w której mógł się zrealizować, a przy okazji opłynąć przylądek Horn, co przysporzyłoby mu sławy i prestiżu. Miał być kapitanem na stosunkowo małym okręcie HMS Bounty, który wcześnie nazywał się Bethia i jeszcze przed remontem służył do transportu węgla, a co najważniejsze charakteryzował się dużą wypornością i solidną konstrukcją. Misja, przed którą stanął, polegała na zebraniu sadzonek drzewa chlebowego na Tahiti i przetransportowanie ich do Indii Zachodnich, Kolonii Brytyjskich, gdzie miały one zapewnić tanie pożywienie dla niewolników. To taka daleka wyprawa do warzywniaka. Ale trzydziestotrzyletni Bligh traktował tą wyprawę bardzo ambitnie, nie zapominając o starannym skompletowaniu załogi i zadbaniu o codzienny porządek i rytuał taneczny, by załoga nie uległa melancholii.
Melancholia może nie była tak straszna, jak sztormy, które paradoksalnie wprowadzały trochę akcji do nudnego życia na morzu. Sztormy były oczywiście zmorą samego kapitana, który uparcie, a wręcz ślepo dążył do tego, aby przy okazji tej „sadzonkowej misji” okrążyć Przylądek Horn. Ten przerost ambicji, a może nawet brawury Bligha powoli dawał się we znaki całej załodze. Ale na szczęście ląd już wyciągnął ku nim szerokie ramiona i wszystkim zdawało się, że to piękna kobieta, matka, przyjaciółka, kochanka o obfitym biuście i zniewalającym uśmiechu, już czeka na marynarzy zmęczonych musztrą Bligha. Ten służbista z kolei z trudem znosił leniwy pobyt na Tahiti. Pięciomiesięczny pobyt na wyspie, będącej niemal rajem, wystarczył, by załoga zupełnie się rozleniwiła i zapomniała o horyzoncie swej misji. Większość tu zapuściła korzenie, żyjąc sobie ze swoimi wybrankami. Tymczasem sadzonki jak i miłość dojrzewały i jednoczenie narastał konflikt między rozpasaną załogą a kapitanem. Znudzony Bligh chwytał się tego, czego umiał najlepiej czyli dyscypliny, by tak jakoś przeżyć kolejny dzień na tej wyspie. Wreszcie, zmęczony tym czekaniem, kiedy to sadzonki będą gotowe na długą podróż, uderzył pięścią w stół i zdecydował, że czas ruszać w drogę powrotną. Sadzonki trzeba spakować, a rozpoczęte romanse z pięknymi Polinezyjkami przerwać. Szabla przecina linę. Żagiel się rozwija. Wiatr dmucha. Dzwon bije. Christian Fletcher czuje się coraz bardziej rozbity tęsknotą za ukochaną. Bligh z kolei odżywa na statku, gdzie wreszcie może spełniać się jako kapitan tyran, chcący dyscypliną wyleczyć załogę z ich rozpasania na wyspie. Ale jest już za późno. Ten kto zaznał raju na Tahiti, nie chce już twardej musztry.
I tak dochodzi do przewrotu.
Fletcher w przypływie furii mógłby zabić Bligha. A jednak zostawia go łaskawie przy życiu i wraz z częścią wiernej załogi pakuje do małej łódki. Szanse na to, że kapitan bez odpowiednich map dotrze do domu są naprawdę nikłe. A jednak dzieje się inaczej. Wszystko się odwraca, jakby los ukarał buntowników, a nagrodził wierną załogę, która powraca, by ogłosić złą sławę Fletchera Christiana, który pogubił się w swoich emocjach, a w końcu pozabijał się z innymi buntownikami na zbyt małej wyspie.
Z jednej strony wierność marzeniom, uczuciom, z drugiej wierność twardym rozkazom, dyscyplinie i Koronie angielskiej. Chcesz mieć spokój – trzymaj z Koroną, chcesz ekstremalnego życia, zostań buntownikiem. Czy mimo wszystko warto było się buntować? Może tylko tam, w tej dziczy Fletcher Christian doświadczył prawdziwego życia, prawdziwych uczuć, od miłości po nienawiść? Postawa Christiana zdaje się być apoteozą burzliwej młodości, a postawa Kapitana Bligha to synonim dojrzałości. Wydaje się, że jako młodzi, upojeni idealizmem i emocjami zawsze weźmiemy stronę Fletchera, ale gdy dojrzejemy, zrozumiemy srogiego Bligha. Tak jak dorastamy i coraz bardziej rozumiemy, dlaczego nasi rodzice, wychowując nas często trzymali twarda dyscyplinę. Gdy spojrzymy na obu bohaterów to rysują się w nich dwie postawy: nieposłusznego syna i groźnego ojca, który trzyma wszystkich twardą ręką. Choć początkowo są oni przyjaciółmi, a Bligh nawet awansuje średnio doświadczonego Fletchera na wyższe stanowisko, to wszystko się zmienia, gdy Fletcher zakochuje się w kobiecie na Tahiti.
Niektórzy twierdzą, że twardy Kapitan Willam Bligh ukrywał swoje homoseksualne skłonności, a największą słabość miał do Fltechera. Tym bardziej bolało go, że jego ulubiony oficer odnalazł miłość na wyspie, podczas gdy czekał ich jeszcze powrotny rejs. Christian ozdobiony nowymi tatuażami, coraz bardziej upodabniał się do tubylców. Zamienił sztywny mundur na swobodny strój z odkrytym torsem.
Bligh nie mógł na to patrzeć. Jego zazdrość, urażona duma zmieniły go w tyrana, który na każdym kroku uprzykrzał życie Christianowi, wydając coraz bardziej absurdalne rozkazy. A te z kolei wykrzykiwane w czasie upalnej pogody, rozzłościły by każdego marynarza. W końcu iskra powoduje pożar. I dwóch przyjaciół, którzy dzielili swoje troski, radości, ambicje, marzenia na niebezpiecznym morzu rozstaje się jako wrogowie w raju.
Fletcher jak uparty dzieciak stawia na swoim, a kapitan Bligh jak odpowiedzialny, surowy ojciec doprowadza swoją załogę do domu. Mimo, że wcześniej mógł wydawać się tyranem, despotą o szalonych ambicjach dla załogi, to jednak jego dyscyplina zwycięża w odmętach szaleństwa. Najważniejsze jest dla niego bezpieczeństwo załogi na tej małej łajbie, którą dysponują po haniebnym buncie. Podczas gdy niedojrzałość, impulsywność Fletchera mści się na nim. Bunt na Bounty jest dla niego jak pierwsza kostka domino, przewracająca następne granice moralności. Strach i desperacja zaczynają rządzić jego duszą, podobnie jak u innych buntowników, którzy w końcu przestają działać jednomyślnie.
Bligh po powrocie do domu znów przyjął obowiązki kapitana. Szczęśliwie, że znów rozpoczęły się potyczki wojenne, bitwa Kopenhaska, a potem na dokładkę Rebelia Rumowa, w której Bligh był nawet zakładnikiem. Ale i tu niezłomny kapitan wyszedł jakoś cało, wzmocniony tymi wcześniejszymi wydarzeniami, ugodzony w samo serce, gdy jego przyjaciel wydalił go ze statku.
Kapitan Bligh to symbol kogoś upartego, kto zawsze wróci do siebie, wymagający i szorstki, ale nade wszystko dokładny, ktoś kto jest opoką i gwarantem bezpieczeństwa. Fletcher z kolei to symbol uciekiniera, który zawsze będzie uciekał od jednych do drugich, będzie gnał ku namiętności, oddalając się coraz bardziej od samego siebie.
Niezwykła to historia, konflikt dwóch mocnych osobowości, który rozpalił wyobraźnię wielu twórców, próbujących spisać dzieje legendarnego statku a potem przerzucić je na soczyste kadry.
Historia buntu na Bounty doczekała się w sumie trzech ekranizacji. I kto wie, czy Hollywood znów się nie pokusi o kolejną ekranizację z wielkimi nazwiskami, skoro „Piraci z Karaibów” ostatnio przeżywają kryzys wizerunkowy.
Póki co uważam, że to trzecie podejście, produkcja Dino De Laurentisa w reżyserii Rogera Donaldsona, ze scenariuszem Roberta Bolta na postawie książki Richarda Hougha pt. „Kapitan Bligh i pan Christian” jest tą najlepszą interpretacją tamtych wydarzeń. A nie było łatwo z tym filmem, którego idea sięga roku 1978, gdy David Lean postanowił nakręcić historię Bounty, ale rozdzielić go na dwa filmy. Pierwszy opowiadałby o buncie, a drugi miał ukazać podróż skazanych buntowników do Anglii statkiem Pandora, który zatonie. Był to projekt dość duży, ambitny i niestety drogi. Worek bez dna, do którego Dino De Laurentis nie chciał już dokładać. Lean do tego stopnia się nakręcił, że nawet wybudował replikę statku Bounty za miliony dolarów, lecz projekt stanął w miejscu, zamiast wypłynąć na pełnych żaglach. Bolt natomiast zaliczył zawał serca. Wszystko zmierzało ku temu, że trzeba skrócić ambitną wizję Leana i Bolta. To, co widzimy teraz na ekranie w wersji z 1984 roku, to zgrabne upchnięcie najważniejszych wątków, skupienie się na rozbitej przyjaźni i płomiennej miłości, które rozgrywają się na tle pięknego statku.
W tym filmie obsada jest wręcz idealna. Fletcher Christian o twarzy idola lat osiemdziesiątych, Mela Gibsona, Mad Maxa, któremu szaleństwo udzieli się także w tym filmie, gdy będzie wyrzucał Kapitana ze statku, mierząc do niego z „Zabójczej broni”. Do roli Fletchera brany był pod uwagę także Christopher Reeve. Z kolei High Grant miał zagrać Petera Heywooda. Ci dwaj spotkają z Hopkinsem za parę lat na planie filmu „Okruchy życia”.
Choć gdy widzę w roli Fletchera Marlona Brando (ekranizacja z 1962 roku) to słyszę chichot losu, bo przecież siedemnaście lat później Brando wcieli się w równie słynnego buntownika, Pułkownika Kurtza, który też odetnie się od armii, by zamieszkać w dziczy i udawać Boga. Choć Fletcher raczej nie chciał być Bogiem, to jednak postanowił stworzyć sobie mini państwo. Gdy wraz z buntownikami porwał z Tahiti kobiety i paru mężczyzn wbrew ich woli, robił to z myślą o stworzeniu sobie małej społeczności, w której zaprowadzi swoje prawa, ale zapędy dyktatorskie buntownika z kompleksem kolonizatora niestety doprowadziły do jego końca.
Z kolei kapitan Bligh o twarzy Anthony’ego Hopkinsa to prawdziwy strzał w dziesiątkę. Choć Hopkins w tamtym czasie miał grubo po czterdziestce, a jego pierwowzór miał trzydzieści cztery lata. Do roli kapitana Williama brany był pod uwagę także Oliver Reed. Patrząc na Hopkinsa, widzimy ambitnego mężczyznę w średnim wieku, który jeszcze chce sporo osiągnąć, żyje pod presją sukcesu i pragnie awansu. Spójrzmy na niego, gdy zwraca się z prośbą do Fletchera o udział w wyprawie. Scena ta była kręcona w słynnym Reform Club (Klubie Dżentelmenów) w Londynie. Bligh jest tu zniecierpliwiony, podniecony, w jego oczach widać determinację, a na czole zbiera się pot. Chce skompletować dobrą załogę i tą wyprawą zdobyć sobie renomę i awans. Choć nie powróci jako zwycięzca ze statkiem i cennym towarem, to moralnie zwycięży, a sam fakt, że doprowadził prawie całą swoją załogę bezpiecznie do domu na małej łódce, z pewnością zostanie doceniony przez historię. Był świetnym nawigatorem i jeszcze lepszym kartografem. A to potem się przyda w dramatycznych okolicznościach powrotu na małej łajbie, gdy kapitan będzie musiał na środku morza odtworzyć drogę powrotną, utrzymać morale załogi, niejako wyznaczyć nowy kodeks na tym zapomnianym, morskim pustkowiu i trzymać się z dala od kanibali (Archipelag Tonga i Fidżi). W tym ostatnim puncie trochę mu nie wyjdzie, bo straci jednego człowiek w starciu z ludzkimi bestiami. To nie przylądek Horn, który tak bardzo chciał opłynąć, tylko troska o załogę i żelazna dyscyplina zdefiniują go jako skutecznego kapitana, podczas gdy Christian Fletcher zaślepiony rajem w końcu straci kontrolę nad swymi ludźmi, tak jak kontrolę stracił doktor Huggan, okrętowy lekarz zmagający się z alkoholizmem.
Determinacja Bligha przekłada się także na ważny moment w życiu samego Hopkinsa, który, w tamtych latach wychodził powoli z nałogu alkoholowego i znów wkraczał na salony Hollywoodu, żył po presją, żeby osiągnąć wiele. Sam fakt, że Hopkins jako Bligh staje przed sądem, gdzie sędziego-admirała gra jego dawny dyrektor teatru, z którym wielokrotnie się kłócił, sam Laurence Olivier, nadaje tej historii jeszcze ciekawszego wydźwięku. W końcu jednak ta presja, stres i szukanie wielkiej roli doczekały się zwycięstwa, by Kapitan otrzymał Oscara za „Milczenie owiec”. Lecz Bligh w wydaniu Hopkinsa to bynajmniej nie milcząca owieczka, to raczej przy nim załoga to milczące owieczki. Szczególnie gdy kapitan-pasterz się zdenerwuje, cały czerwony na twarzy przypomni panu Fryerowi, kto tu rządzi. Ambitny, zimny służbista Fryer może być Frajerem. Ale Daniel Day Lewis odtwórca tej roli będzie grał jeszcze wielkiego dowódcę, prezydenta Lincolna. Z kolei Hopkins wcześniej był Hitlerem a potem Nixonem. Aż za gęsto tu od dowódców, przerost ego.
Reszta załogi równie ciekawa. I tylko pomyśleć, że na Bounty płyną Hannibal Lecter, Mad Max, Szakal (Edward Fox jako kapitan Greetham przesłuchujący Kapitana Bligha w sądzie) Ras Alghul, Rob Roy, czyli Liam Neeson jeszcze nie tak znany, choć w roli marynarza, awanturnika Churchilla, łobuza, zbója, wybija się z tłumu. Do tego jeszcze Kapitan Smith z „Titanica” i Król Theoden z „Władcy Pierścieni”, czyli Bernard Hill w roli posłusznego Bosmana Cole’a. Pete Lee Wilson ze swoją fryzurą w stylu Roda Stewarta przypomina o teledysku „Sailing”. No i jeszcze Dexter Fletcher (jakże adekwatne nazwisko), ten z hotelu Babylon, który pojawił się także na planie „Człowieka słonia”, gdzie grał Anthony Hopkins. O Fletcherze ostatnio było głośno w kontekście „Bohemian Rhapsody” i „Rocket Man”.
Skoro już przeszliśmy na muzyczne obrazy, to oczywiście muzyka w tym filmie odgrywa niebagatelną rolę, zwłaszcza gdy gra tu Vangelis. Wciąż zaskakuje mnie fakt, że to właśnie mistrz muzyki elektronicznej, którego syntezatory wręcz były obowiązkowe w „Blade Runner”, tak pięknie dopełnia niezwykłymi dźwiękami ten film, w którym raczej winniśmy słyszeć więcej akustycznych instrumentów ze względu na epokę, w której rozgrywa się cała akcja. Ścieżka dźwiękowa, która niestety nie doczekała się oficjalnej realizacji jako album muzyczny, jest rzeczywiście niesamowita już od pierwszych minut. Gdy z ciemności wyłaniają się tytuły, nazwiska twórców na tle palm i wschodzącego słońca, w tle słychać pulsujący dźwięk jednego z wielu syntezatorów mistrza, po czym słychać jakiś gwizd fletni, fujarki, albo czegoś innego, następnie soczyste dzwonki podbite mokrym pogłosem, jakieś dziwne jęki, jakby dzikich stworzeń zamieszkujących dżunglę. Napierający monotonny dźwięk syntezatorów, niskie tony brassów, jakiś odgłos przelewania się wody i ten przenikliwy dźwięk fletni, fujarki, którą potem usłyszymy w późniejszym utworze „Moxica and the Horse” ze ścieżki do filmu „1492. Wyprawa do raju”. Czujemy, że coś niepokojącego wisi w powietrzu. Cisza przed burzą. Sztorm i bunt.
Vangelis umiejętnie podkreśla spokój morza, sielankę miłosną jak i sztorm, nie żałując „blachy-burzy”, i wreszcie zatonięcie statku, który płonąc w końcu zanurza się w czeluściach morza. Wtedy w tle rozbrzmiewa ciemna barwa gongu, podczas gdy wysokie dźwięki zdają się obrazować promienie słońca odbijające się w tafli morza, a po chwili następują napisy końcowe i chwytliwy motyw z cowbellem jako pulsem, na który kompozytor nakłada klawisze z mokrym pogłosem, przypominające trochę w brzmieniu marimbę/Kalimbę, charakterystyczne instrumenty „muzyki hawajskiej”. Ten motyw doczekał się oficjalnej realizacji na płycie „Vangelis. Themes” jednak w trochę innej aranżacji.
Przede wszystkim charakterystyczny puls perkusyjny został tu wyciszony, akcenty bardziej padają na bęben basowy, przez co sam utwór zdaje się zwalniać. Ale oprócz Vangelisa muzykę tu zapewniał także folkowy skrzypek, Barry Dranfield, który swoim głosem i skrzypcową muzyką z irlandzkim klimatem dodawał swojskiego charakteru. To przy jego muzyce załoga Bounty miała odreagować swoją melancholię i tańczyć, wesoło podskakiwać. Muzyka łagodzi obyczaje, czyż nie? Ale i ta najpiękniejsza muzyka nie wyleczyła buntowników, którzy postanowili zagrać swoją pieśń wolności.
Komentarze
Prześlij komentarz