ROCK STAR

 

To nie pierwszy film muzyczny w reżyserii Stephena Hereka. W 1995 roku nakręcił on „Symfonię życia” z Richardem Dreyfussem w roli głównej. W tym filmie zrobił ukłon w stronę rockowych klimatów. Zresztą nieważne czy w tle grają smyczki czy jazgoczą gitary – dla obu bohaterów, pana Hollanda i Chrisa Cole’a muzyka jest równie ważna i każda nuta opowiada ich życie. Ale ten film opowiada także o tych dzikich czasach, gdy muzyka rockowa naprawdę potrafiła wstrząsnąć światem. Artyści z tej złotej epoki lat 70, 80 i 90-tych mieli w sobie jakąś aurę tajemnicy. Nie obnażali się tak na Instagramie, nie żebrali o uwagę. Wychodzili na scenę w blasku jupiterów, a potem znikali ze swoją karawaną, za którą jeszcze długo jechali fani. Gwiazdy tamtych czasów były naprawdę gwiazdami, odległymi, jasnymi i niedostępnymi, o których krążyły legendy i mity. To jeszcze bardziej wzmacniało wierność fanów do nich, którzy koniecznie chcieli od nich autografy, by potem traktować je jak relikwie.

Większość artystów w szczytowej formie nie żałowała sobie wtedy luksusów. Żyli jak arystokraci pośród blichtru, udając obszarpanych i zaniedbanych na scenie, by dodać pazura swojej muzyce. Mam wrażenie, że wtedy sam przemysł muzyczny kręcił większe lody niż obecnie – słuchacz pokornie kupował płyty lub taśmy, dziś wszystko jest na wyciągnięcie ręki, wystarczy mieć playlistę na YouTube a artysta niejednokrotnie musi sam zawalczyć o swoją widownie na profilu facebookowym i odsłonić sporo prywatności, by wreszcie się sprzedać. Dziś zresztą nie mamy tylu wyrazistych gwiazdorów, co raczej mnóstwo popularnych artystów, którzy pojawiają się jak grzyby po deszczu i równie szybko znikają po kilku większych numerach. Dziś bardzo łatwo zaistnieć. Ilość programów typu talent show jest naprawdę spora i każdy znajdzie coś dla siebie. Pytanie tylko, o co tym wszystkim uczestnikom chodzi? Czy chcą być gwiazdami, legendami, czy może chcą przeżyć niezwykłą, choć krótką przygodę. Artystą jest dzisiaj nie ten, kto tworzy dobrą muzykę, ale ten, kto potrafi dobrze zarządzać swoim biznesem i wizerunkiem, tak, aby przez lata być popularnym ale nie infantylnym.

„Rock star” to powrót do szalony lat osiemdziesiątych, na tle których śledzimy historię Chrisa Cole’ a, który we dnie pracuje w biurze (wtedy wiąże włosy w kucyk i zakłada krawat), popołudniami śpiewa w chórze, by trenować głos a wieczorami przebiera się za swojego idola, wokalistę zespołu Steel Dragon, by jak najwierniej odtworzyć muzykę swoich mistrzów. Wtedy zrzuca krawat i rozpuszcza włosy, nie żałując gardła i decybeli. Chris umiejętnie równoważy życie zawodowe i muzyczne pasje. Podobnie zresztą jak wcześniej wspomniany pan Glenn  Holland w filmie „Symfonia życia”, który zapowiadał się na świetnego muzyka jazzowego, a w końcu został nauczycielem muzyki w wielkiej szkole, gdzie raczej żaden nastolatek nie miał głowy do teorii muzyki, gdy w tle dudnił rock and roll. Glenn jednak jako nauczyciel w końcu zyskuje sobie przychylność uczniów, a jednocześnie zmaga się z rodzinnymi problemami jak głuchota swego syna. Ciekawostką jest, że jego syn ma tak samo na imię, jak nazywa się bohater „Rock star”, Cole.

Po latach pracy w szkole, Holland jako oddany nauczyciel i niespełniony muzyk czuje jakiś niedosyt, że być może zmarnował swoją szansę na bycie wielkim kompozytorem, który mógł zrobić karierę na Broadwayu. Pokusa ucieczki zostaje szybko ugaszona, a w moralnym kompasie igła wciąż wskazuje rodzinę i szkołę, które potem okażą się tą największą tytułową „Symfonią życia” pana Hollanda.

Chris nie ma ambicji pisania symfonii, chociaż trzeba przyznać, że do muzycznej pasji podchodzi bardzo profesjonalnie, korzystając z lekcji śpiewu i udzielając się w chórze. To zupełnie nie pasuje do stereotypu przyszłej gwiazdy rocka, która ma się wydzierać przed rozwrzeszczaną publicznością. Chris marzy, by kiedyś wystąpić przed taką publiką, póki co uparcie naśladuje swoich idoli ze Steel Dragon, grając ze swoim zespołem nuta w nutę to, co ich mistrzowie. Chris jest do tego stopnia pedantyczny, że zwraca uwagę na każdy niuans w oryginalnym nagraniu, by przekazać go w „swojej” wersji. „Swoja, własna” wersja to jednak pewien oksymoron, bo Chris z uporem maniaka chce po prostu grać tak jak Steel Dragon. Mają być te same instrumenty, te same mikrofony, te same efekty, te same fryzury i stroje. Przyjemność grania zamienia się w udrękę kopiowania za wszelką cenę. Gdzie wtedy jest sam wykonawca-artysta? Gdzie jest miejsce na jego własną interpretację? Takie wątpliwości mają koledzy Chrisa z zespołu, którzy wolą ewoluować i grać coś własnego niż coverować wielki, mityczny, niedościgniony Steel Dragon. Już dosyć ta bestia wypaliła w nich własnej energii twórczej.

Sfrustrowany Chris nie mogąc znaleźć porozumienia z kumplami, w końcu odchodzi z kapeli, a może to oni go wyrzucają? Duma nie pozwala mu przyznać, że wszyscy mieli go dosyć. Na szczęście jego dziewczyna, Emily jest przy nim w tych najgorszych chwilach. Pora stawić czoła kryzysowi. Ale nie na długo. Tak się składa, że jego idol, Bobby Beers także odszedł ze Steel Dragon. Zespół znalazł się w trudnej sytuacji znalezienia nowego głosu. Szczęśliwie ktoś im pokazał występ Chrisa na wideo, kiedy koncertował w jakimś małym klubie.

No i stało się to, co jeszcze parę lat temu mogło być snem, który Chris opowiadałby rozbawionym kolegom. Chris pojechał na przesłuchanie do Smoczej Jamy, okazałej rezydencji, gdzie zespół Steel Dragon ma swoje studio. Piosenka „And we all die young” zaśpiewana przez Cole’ a ze sporym wyczuciem zrobiła na wszystkich takie wrażenie, że już za parę tygodni zespół ruszył z nowym wokalistą w wielkie tournée. Upojony blichtrem i sławą Chris powoli zaczął się przyzwyczajać, że tak będzie wyglądało jego życie.

 

Ale gdy odgarnął ten cały show na bok, doznał sporego szoku.

 

Okazało się, że jego nowe pomysły na piosenki nie są w ogóle uwzględniane. W Steel Dragon każdy ma swoją rolę, jedni piszą, a drudzy wykonują i nie dyskutują. Chris musi przełknąć ambicję i być po prostu wykonawcą, czyli właściwie tym, kim był wcześniej. Już po paru koncertach i szalonym życiu w trasie główny bohater jakoś nie potrafi przywyknąć do tego towarzystwa. Hedonistyczny styl całej grupy, typowe rock and rollowe ekscesy, zalewane alkoholem i doprawiane prochami coraz bardziej męczą Chrisa, który jednak był przyzwyczajony do dosyć regularnego stylu życia. Zaczyna rozumieć, że on i chłopaki ze Steel Dragon nigdy nie będą kumplami, co raczej współpracownikami. Czarę goryczy przelewa rozstanie z Emily, która jakoś nie może się odnaleźć w roli dziewczyny bardzo sławnego chłopaka, którego chcą też inne dziewczyny.

Mogłoby się wydawać, że twórcy filmu snują nam tu typową historię chłopca, który spełnił swoje marzenia, a potem pogrążony w tym rock and rollowym rauszu będzie zmierzał do zatracenia, jak większość sław z wielkiego panteonu. Ale jednak nie. To by byłoby zbyt proste.

A co by było, gdyby na szczycie sławy rzucić to wszystko i stać się znów zwyczajnym jak kiedyś? To dopiero sztuka. Na jednym z ostatnich koncertów Chris doświadcza dziwnego uczucia, jakby wyszedł ze swojego ciała i wdział wszystko z boku. Jakby ten cały blask i chwała już go nie dotyczyły. Już poznał, jak to smakuje, a teraz odchodzi od stołu pełnego smakołyków, od których mu już niedobrze. W tłumie rozwrzeszczanych fanów zauważa w pierwszym rzędzie młodego chłopaka, który przypomina mu, jak sam chodził kiedyś na koncerty i wiernie śpiewał partie wokalne, a nawet przekrzykiwał samego wokalistę. Chris widzi, jak ten młodzieniec rwie się do występu. Jest nawet identycznie ubrany. Cole zaprasza go na scenę i oddaje mu mikrofon. Nawet nie widać różnicy, przyznaje z ironią Chris, po czym znika za sceną. Spokojny jak nigdy przedtem.

Idzie świetlistym korytarzem, jak w scenach ze śmierci klinicznej. Bo w pewnym sensie umiera dla rockowej sceny by odrodzić się jako nowy artysta, który będzie teraz grał tylko swoją muzykę. Może nie na stadionach, tylko w podrzędnych klubach. Ale dla Chrisa najważniejsza jest zgoda z samym sobą. Tylko wtedy artysta może być autentyczny.

Sporym atutem tego filmu jest ścieżka dźwiękowa nagrana przez zespół specjalnie wykreowany przez Warner Bros. Filmowy Steel Dragon to odbicie zespołu Steel Heart. Czuć w tej muzyce klimaty Whitesnake, Kiss, Bon Jovi, Scorpions, czy Aerosmith, zresztą tu nawet ten trop się pokrywa ze słynną szarfą przy mikrofonie, których także używał Steve Tyler. W filmie oprócz aktorów, udział wzięli też zawodowi muzycy jak Jason Bonham (urodzony w czepku potomek największego perkusisty wszechczasów Johna Bonhama), Zak Wylde, Jeff Pilson, Michael Starr, Miles Kennedy, czy Blas Elias. Z kolei za samą ścieżkę dźwiękowa odpowiada Trevor Rabin, były gitarzysta zespołu Yes, któremu zawdzięczamy taki hit jak „Owner of lonely heart”.

Również Mark Whalberg, odtwórca głównej roli ma za sobą muzyczną karierę, która wprowadziła go jako nastolatka do showbiznesu. Brat Marka, Donnie Whalberg, występujący w grupie New Kids on the Block, zachęcił młodszego brata do występów pod pseudonimem Marky Mark i sam skomponował dla niego parę utworów w konwencji hip-hopowej. W przypadku Marka wystarczyło zaistnieć przez chwilę w muzyce, by potem przejść do granica w reklamówkach, aż w końcu przyszły filmy.

W rolę Emily, wiernej dziewczyny i przyjaciółki Chrisa wcieliła się jak zawsze zjawiskowa Jennifer Aniston, próbująca zerwać z etykietą Rachel z „Przyjaciół”. A propos Rachel. Na planie filmu może też zobaczyć równie piękną Rachel Hunter, jako żonę jednego z muzyków Steel Dragon, a w tamtym czasie, prywatnie żonę Roda Stewarta. Uwagę zwracają też postacie drugoplanowe jak Tanya –biseksualna asystentka zespołu, Tania Asher, w którą wcieliła się polska aktorka Dagmara Domińczyk, czy postać menadżera grupy, Matsa. W tej roli Timothy Spall, który szerszej publiczności zapisał się pewnie w roli Pete’a Petigrewa z cyklu przygód o Harrym Potterze. Mats widzący niejedno w czasie koncertów i po koncertach, on przyglądający się uważnie swoim podopiecznym i samemu Chrisowi, doskonale rozumie, że miejsce zastępcy w zespole jednak nie pasuje głównemu bohaterowi. Sam używa barwnej metafory, że czas się odlać i zmienić filozofię. W taki sposób on zmienił swoje życie i wszedł do showbiznesu. Dla Chrisa ta wizyta w toalecie będzie odejściem z showbiznesu.

Co ciekawe ta myśl z odlewaniem się pojawia się na początku, przed debiutanckim koncertem Chrisa ze Steel Dragon i pod koniec, gdy Chris ustępuje miejsca rozwrzeszczanemu fanowi (Milesowi Kennedy’ emu). Koło się zamyka. Czas spuścić po sobie wodę i stworzyć siebie od nowa.

 


 


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOLNY DZIEŃ FERRISA BUELLERA - DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI ŻYCIA NASZEGO

I STANIE SIĘ KONIEC

DOBRANOC MAMUSIU. CZYLI JAK ODEJŚĆ NA WŁASNYCH WARUNKACH