Posty

SLEUTH

Obraz
SLEUTH  CHŁOPCY BAWIĄ SIĘ W ZBRODNIĘ DOSKONAŁĄ      Jeśli na ekranie spotykają się tacy aktorzy jak Michael Caine i Laurence Olivier, można założyć w ciemno, że będzie ciekawie.   Film o dość lakonicznym tytule „Sleuth” czyli „Szpieg” albo „tajniak” czy „detektyw” to adaptacja sztuki teatralnej Anthony’ego Schaffera, gdzie od początku do końca mamy tylko dwóch aktorów i niezwykłe scenografie starej angielskiej rezydencji, kryjącej mnóstwo uroczych pamiątek, mechanicznych zabawek i skarbów. To właśnie na tle tych scenografii spotykają się dwaj mężczyźni z dwóch różnych środowisk. Starszy to Andrew Wyke (Laurence Olivier), arystokrata i ceniony twórca kryminałów. To do niego należy ta piękna posiadłość, kryjąca mnóstwo różnych osobliwych rekwizytów. Młodszy to z kolei Milo Tindle (Michael Caine), właściciel zakładu fryzjerskiego. Co ich łączy? Milo jest kochankiem żony Andrew. Wyke już od dawna o tym wie i właściwie mu to nie przeszkadza. Sam zresztą też nie jes...

ZA ŚCIANĄ

ZA ŚCIANĄ. KRZYSZTOF ZANUSSI    Ten film to właściwie wizytówka Zanussiego, gdzie mamy wszystkie charakterystyczne motywy przebijające się w jego późniejszych dziełach jak środowisko akademickie, dylematy moralne uczonego, samotność, a nade wszystko niezwykły realizm/autentyzm danych scen, tak jakby to rozgrywało się przed ukrytą kamerą niż było starannie wyreżyserowane. Jak zwykle na pierwszym planie widzimy Zbigniewa Zapasiewicza w roli stoickiego docenta, badającego szczury w laboratorium, gdzie asystuje mu Piotr Garlicki. To scenografie, które za kilkanaście lat pojawią się w jednym z najpopularniejszych polskich seriali, kręconych w ostatnim okresie komunizmu. Mowa tu o produkcji „W labiryncie”.   Za parę lat Zapasiewicz i Garlicki spotkają się na planie „Barw ochronnych”, gdzie będą badać na obozie naukowym nie tyle zawiłości językowe, co różne aspekty, labirynty ludzkiej natury, która lubi się kamuflować, jak zwierzęta dookoła. W tym filmie również docent Jan...

POWRÓT DO TAMTYCH DNI

  Tamte dni. Takie proste i szczęśliwe, gdzieś między huśtawką a trzepakiem, gdzieś między tymi wysokimi blokami, między którymi ustalaliśmy granice naszych królestw, żując z satysfakcją gumę. Zamki budowane ze sztachet i kartonów, miecze tak na szybko zerwane z drzew, by skrzyżowały się w porę i rozpoczęły pojedynki o jedną z koleżanek, która obiecała dać całusa. Tamte dni zapisane na tych czarnych taśmach, odtwarzanych w złotej sepii sentymentalnego słońca. Tamte dni niesione z wiatrem, gdy czekaliśmy na dziewiczych plażach, widząc już na horyzoncie piękne plastikowe okręty Lego obiecane przez dalekiego wujka z zagranicy. Tamte dni w tych w małych mieszkaniach, gdzie na meblościankach był cały świat. I telewizor i jakiś stary komplet encyklopedii PWN. Codziennie budowaliśmy sobie rzeczywistość od nowa, przekładając klocki tu i tam, bo przecież wciąż było za mało. I nie ten kolor i nie ten rozmiar. Klocek, ubranie, jedzenie, cokolwiek. Ale zawsze można było inaczej. Tak rozw...