CUDOWNI CHŁOPCY

 


Ach co za koszmar! Latające dookoła kartki niedokończonej opowieści, wielka strata i zarazem ulga. Słodka pokusa porzucenia ciężaru swych ambicji, które nie mogą się odbić w wielkiej powieści. Czy jestem poważnym pisarzem, czy może grafomanem rzucającym słowa to tu, to tam, byleby zapełnić białą przestrzeń? Czy to wielka powieść, czy jakiś postmodernistyczny gniot, gdzie rzucam wątkami jak kostką do gry. Ile już za mną zapisanych stron, ile przede mną? Ile tak naprawdę dokonałem poważnych decyzji, by coś odjąć, skrócić, rozstać się z jakimś bohaterem? Najgorsze jest rozdwojenie jaźni. Raz jestem nierozgarniętym marzycielem, zarywającym noce na kolejny akapitach, a trzeźwym porankiem staram się być zimnym redaktorem, który nie może zrozumieć tych hieroglifów.

Gdzieś w głębi chciałbym napisać coś takiego jak Ewangelię, tak przełomowego, wielkiego, dającego ukojenie i mądrą radę, gdy czytelnika dopada kryzys. Wystarczy otworzyć na danej stronie, by znaleźć jakiś kojący cytat. Ale najpierw muszę uwierzyć, że mam coś sensownego do przekazania.


Najgorsze jest zapisywane swej bezradności, toksyczny autotematyzm, a nie pisanie przed siebie. Pamiętam jak miotałem się przypisaniu pracy magisterskiej, czując, że mógłbym pisać o wszystkim i zarazem niczym. Słodka filozofia kleiła tandetne wywody, przesycone poetyckimi metaforami, a po kilkudziesięciu stronach czułem, że stąpam pośród ruin i nie mam nic do przekazania poza swoją bezradnością. Najgorsze jest wtedy pośród tych strzępów szukać jeszcze jakiś połączeń. I najtrudniej nacisnąć klawisz backspace lub delete, by poczuć ulgę.

 

I zacząć jeszcze raz

 

Prościej, wyraźniej, konkretniej.

 


Każdy nosi w sobie ciekawą historię. Jak przebyć tą długą drogę między falami natchnienia i dobić do brzegu wykonania. Odpowiedzią jest wiara, wiara, że masz co powiedzieć i że ktoś cię wysłucha – powiada Qubert, poczytny pisarz, którego każda książka to bestseller, cichy rywal naszego głównego bohatera, pisarza w kryzysie. On zawsze ma dobrze ułożony plan powieści i wydaje je średnio co dwa lata. Cudowny chłopiec, który dorósł do swego sukcesu. Ale czyż taki systematyczny człowiek może być ciekawym bohaterem? Oczywiście, że nie. Michael Chabon w swojej bestsellerowej powieści kieruje uwagę czytelnika na cudownych chłopców, którzy w różnym okresie swego życia przechodzą obowiązkowy kryzys twórczy, nie mogąc powtórzyć swoich dawnych sukcesów. Wraz z reżyserem, Curtisem Hansonem kierujemy swoją uwagę na niejakiego Grady’ ego Tripa, który w swojej życiowej historii utknął na rozdrożu albo też wpadł w pułapkę zbyt wielu dygresji i wątków. Pochyla się nad maszynopisem powieści. Mruży oczy. Wszystko się rozmywa. Poprawia okulary, wzdycha. Nie wierzy, że to napisał. Co za bełkot. Nie wie, dokąd zmierza. 

Wydawałoby się, że profesor, prowadzący warsztaty z pisania, Grady Tripp powinien mieć patent na tworzenie dobrej i ambitnej literatury, a półki w jego gabinecie winny się uginać od nagród Pulitzera. Ale jak zwykle najciemniej pod latarnią. Wyuczeni rzemieślnicy słowa, znający dobrze triki innych pisarzy nie zawsze muszą być genialnymi pisarzami, strzelającymi powieściami rok w rok. Grady, który raczy nas tu swoją autoironiczną narracją już od dłuższego czasu zmaga się z kryzysem twórczym. Od wydania jego ostatniej wielkiej i jak na razie jedynej powieści: „Córka Arsonity” upłynęło siedem lat, a na horyzoncie jakoś nie widać drugiego wiekopomnego dzieła. Cóż, może już nie warto się wysilać. Może to była ta wielka idea, dzięki której Grady zabłysnął i przy okazji się wypalił.

Na szczęście ma co palić w domu. W kieszeni szeleści mu torebka z zapasem trawki, gdy dookoła zimno. Oto biała, zimna wyspa, gdzie żadnych słów i obiecujących scen. Niejeden pisarz tak rozpoczynał swoją historię, od bieli awangardy, na której próbował wyryć swoje nieśmiertelne wersy. Grady jednak uparcie kontynuuje kolejną podróż na haju, wszak w swoim nazwisku „Tripp” nosi słowo „trip”. Ale jak na razie po przebytych kilometrach stronic wciąż mamy zawieszone, zmarznięte dialogi, które trzeszczą pod stopami zbłąkanego pisarza, odwiedzającego raz dom swojej kochanki, a potem znowuż dom swojej byłej żony, „taki dom, w którym chciałbyś się znaleźć na święta”, by poczuć spokój i ciepło. Od jednego brzegu do drugiego. Wahadło. Zbyt zimno na kolejne frazy i metafory. Ręce grabieją. Czas się ogrzać. Wypić kolejny litr kawy i znów zapalić trochę magicznego ziela. Może otworzą się jakieś drzwi zaklętych światów, a może znów sprowokują potok dennych skojarzeń, które nie wnoszą nic do narracji? I znów ten nieznośny „zapchajdziura” autotematyzm. Oto powieść o rozterkach pisarza, który gdzieś zgubił wątek w swej życiowej opowieści.

 

Pociągnąłem łyk kawy i pacnąłem się zachęcająco w prawy policzek. Po raz tysięczny uciekłem się do dziewięciostronicowego szkicu fabuły, napisanego z pojedynczym odstępem wystrzępionego i poplamionego kawą, który spłodziłem pewnego pyszałkowatego kwietniowego poranka przed pięciu laty. Tego natomiast pięknego ranka byłem mniej więcej w połowie czwartej strony i miałem jeszcze pięć do przebrnięcia. (…) Tę scenę powinno się czytać jak jedną szeroką Międzystanowa Autostradę Języka, długą na trzy tysiące mil. (…) Raz jeszcze i ze zwykłą przyjemnością zacząłem roztrząsać pomysł rzucenia tej całej rzeczy. Usunąwszy tego opasłego potwora z drogi, mógłbym spokojnie zabrać się za Tresera węży.

(…)

Pracowałem przez cztery godziny, pisząc w miarowym tempie, opuszczając się na bardzo cienkiej linie w wilgotną i rojącą się od robaków dziurę zakończenia, które wypróbowałem już trzy razy. Zobowiązywało mnie ono do ponownego przedarcia się przez poprzednie dwa tysiące stron z okładem i spłaszczenia oraz zmarginalizowania  jeden z obecnych głównych postaci. (…) Podczas pracy okłamywałem siebie. Pisarze, w odróżnieniu od większości ludzi kłamią najlepiej, kiedy są sami. Wmawiałem sobie, że najlepiej będzie zakończyć pracę właśnie w ten sposób; było to w istocie zakończenie, do którego cały czas usilnie zmierzał moja powieść. Wizyta Crabtreego postrzegana właściwie, była czymś w rodzaju twórczego wydarzenia, darem od Boga, uderzeniem młota, które otwierało zatrzaśnięte od dawna na głucho okna mojej wyobraźni[i].

 

Dosyć! Przyznaję, że nie skończyłem tej przeklętej książki. W porządku! Cholera, to oczywiste. Daleko mi do końca. Pracuję nad nią od siedmiu lat i zdaje mi się, że potrzebuję kolejnych siedmiu. Jasne? Ale mam zamiar ją skończyć.

– Jasne, że masz zamiar skończyć. Oczywiście.

 – I może ma pewne wady. Błądzi, zbacza z tematu. Dobra. Ale to świetna książka. To ma podstawowe znaczenie. Wiem o tym. To jedyne, co wiem. (…)

 – To jeden wielki chaos. – Jego głos był cichy i nie pozbawiony litości. – Nie trzyma się kupy. Jest w niej zbyt wiele postaci. Styl zmienia się co pięćdziesiąt stron, I cały ten pseudomarquezowski sztafaż[ii]”.

 

Taki jest właśnie syndrom „cudownego chłopca”, który w krótkim czasie osiągnął wielki sukces, a potem nie potrafił dorosnąć do niego, nie był w stanie udowodnić, że nie jest tylko dzieckiem przypadku i szczęśliwej gwiazdy, ale świadomym twórcą, który potrafi stworzyć kilka niezwykłych dzieł.

Sam Michael Douglas w roli Grady’ ego zdumiewa tu swoją metamorfozą. Bo chociaż wszystko jest na miejscu, włosy, nos, oczy – po prostu Douglas, jakiego znamy, to jednak za okularami w grubych oprawkach, z nieco potarganymi włosami, z roztargnionym wyrazem twarzy, staje się kompletnym przeciwieństwem takiego choćby Gordona Gekko, samca alfa, który zawsze musi wygrać. Grady rysuje się nam tu jako przegrany bohater, który nadrabia wszystko swoją autoironiczną narracją. Na pierwszy rzut oka: profesor w okularach, w sztruksowej marynarce i z długim szalem jak poeta. Nie jest jednak typowym akademikiem, z przerośniętym ego, wykładającym sztywne reguły. Być może to specyfika tej delikatnej dziedziny, którą wykłada, czyli literatury, gdzie trzeba balansować między wrażliwością i otwartością no to, co nowe i oryginalne. A przecież i sama literatura amerykańska to w głównej mierze ta niesamowita otwartość i żywioł, zaproszenie do rozmowy a nie skostniała tradycja.

Profesor Tripp to wyluzowany nauczyciel, który popala sobie trawkę, rozmawia ze studentami jak równy z równym. Nawet swojej ambitnej studentce, Hannie Green (Katie Holmes) wynajmuje pokój w swoim domu za pół ceny. Pikanterii dodaje fakt, że Hanna podkochuje się w Gradym, ale to raczej fascynacja wielkim pisarzem niż ochota na stały związek. Zresztą profesor Tripp nie ma głowy do romansów ze studentkami. Zaliczył już trzy małżeństwa, a jeszcze jest uwikłany w romans z panią rektor, Sarą Gaskell (Frances McDormand), która właśnie mu oznajmiła, że jest z nim w ciąży. Ona się rozwiedzie z mężem, Grady już został porzucony przez żonę. Jakie to proste zacząć nowy rozdział.


Racjonalna Sara jednak czuje, że związek z Gradym, przeżywającym męki twórcze to najgorsza z możliwości zniszczenia sobie życia. Pani rektor jest dla niego muzą i cierpliwą matką, która ciągle go podnosi, gdy ten nieszczęsny się upali i straci przytomność. Ledwo co biedak otwiera oczy, a już pośród jasności widać zatroskaną twarz Sary. Tylko ile tak można matkować dorosłemu mężczyźnie, który nie potrafi doprowadzić fikcji literackiej jak i swoich problemów osobistych do końca. I żeby było jeszcze ciekawiej, mąż pani rektor, Walter (typowy, sztywny akademik, mający hopla na punkcie Marilyn Monroe i jej męża Di Maggia) jest dziekanem wydziału, który nadzoruje prace wykładowców, między innymi; Grady’ ego. Auuuć. Z kolei Sara jako rektor nadzoruje pracę Waltera. Ha, ha. A propos zemsty zdradzonego męża. W filmie twórcy zdecydowali się obejść ten wątek. I sympatyczny pan Walter Gaskell jakoś nie wpada w furię po tym jak się dowiaduje, że został rogaczem. Natomiast w książce Grady wspomina (rzecz jasna ironiczne) o pojedynku z Walterem.

A tak w ogóle, im więcej tych konfliktów z otoczeniem, im bardziej pisarz przyparty do muru, tym ma większe odbicie, by wreszcie coś stworzyć. Każdy wielki pisarz był skonfliktowany z otoczeniem — jak przyznaje profesor Skinner, wykładowca literatury na uniwersytecie Stanforda, w filmie „Kwaśne pomarańcze”.

Ale nie tylko Grady Tripp jest tutaj tym tytułowym „cudownym chłopcem”, który nie może sobie poradzić ze swoją historią. Na miejscu drugim plasuje się jowialny Terry Crabtree, czyli Robert Downey Jr. Późniejszy Ironman. Wzięty wydawca, który rozpaczliwie szuka bestselleru, czyli materiału na swój kolejny sukces. To on wydał książkę Tripa i zgarnął spore laury. Teraz, gdy odwiedza swego przyjaciela, ma nadzieję znów powtórzyć szczęśliwy los, tyle że Grady ma tylko notatki zmierzające do nikąd. Zarówno jeden jak i drugi boją się spojrzeć prawdzie w oczy, że chyba gdzieś przegapili swój kolejny sukces. A może już nigdy nie dogonią siebie z tamtych lat? Terry jednak potrafi się maskować i zawsze w porę zagłuszy swoją klęskę jakąś imprezą albo nowym romansem. W swoim życiu osobistym balansuje między różnymi przygodami erotycznymi zarówno z kobietami jak i mężczyznami, nie dając sobie szansy na jakiś długotrwały związek , czyli innymi słowy, długą opowieść. 


No i jest jeszcze trzeci cudowny chłopiec, najmłodszy w tym gronie. To zdolny student profesora Trippa, debiutujący pisarz, przechodzący wszystkie możliwe stany psychotyczne, James Lear, czyli Toby McGuire (późniejszy Spiderman). James to istna zagadka dla swoich kolegów, rodziców i nauczycieli. Jest jak awangardowy wiersz, w którym wciąż odnajdujesz nowe tropy. Może to zespół Aspergera, autodestrukcja znudzonego chłopca z dobrego domu? Materiał w sam raz na artystę. Refleksyjny, melancholijny James o kamiennym wyrazie twarzy potrafi z zimną krwią zabić psa dziekana, Waltera Gaskella jak i wykraść z jego cennej kolekcji żakiet Marilyn Monroe. Widać, że James, jako znudzony jedynak, mieszkający w wielkim, wygodnym domu, wraz ze swoimi majętnymi rodzicami, potrzebuje silnych doznań. Taki dzieciak z dobrego domu traktuje literaturę jako wielką przygodę, gdzie poznaje wszystkie zakazane owoce i bez przerwy wymyśla swoją biografię na nowo, nie żałując pikantnych szczegółów. A żeby móc pisać o jeszcze dziwniejszych rzeczach, dopuszcza się różnych „zbrodni”. Kolejny wers, kolejna przekroczona granica. Co chwila wpędza się w jakieś tarapaty i w wolnych chwilach rozpamiętuje samobójstwa sławnych ludzi, a wszystko po to, by uatrakcyjnić siebie jako potencjalnego bohatera literackiego. On już się uczy być legendą w towarzystwie i jak na złość profesorowi Trippowi, kończy swoją debiutancką powieść.

Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Oto Terry Crabtree, wydawca spragniony nowych powieści chętnie upoluje młody talent, a przy okazji jako otwarty na liczne romanse zaprosi tego zagubionego chłopca do swego łóżka, by porozmawiać czule o zawiłościach współczesnej narracji. Można i tak wychować początkującego pisarza.

Ale podupadający twórczo profesor Tripp woli bardziej tradycyjne metody. Widząc, że jego zdolny student, trochę jak „buntownik z wyboru” wikła się w różne problemy, próbuje być trochę jak ojciec dla Jamesa, tym bardziej, że za niedługo sam zostanie ojcem w związku z Sarą.

Przeżywając niemoc twórczą, Tripp pomoże wszystkim, uwikła się w każde możliwe tarapaty, byleby nasycić się jakimś doświadczeniem, przygodą i wykrzesać wreszcie ostatnie rozdziały swojej zbyt długiej książki. A jednocześnie to podświadome poszukiwanie przygód jest sprytną ucieczką od swego życia, które wciąż wymaga solidnej redaktorskiej korekty.  

Trochę pobrzmiewa tu echo kultowego „Stowarzyszenia umarłych poetów”, gdzie tym razem zagubieni są zarówno nauczyciel jak i uczeń. Krótkie wersy poezji, buntownicze rysy na szkle obojętnego życia już nie wystarczają. Minęły balangi, rock and roll, życie na haju. Trzeba w końcu dorosnąć i napisać swoją odważną opowieść życia. Chłopiec w końcu musi stać się mężczyzną, nawet jeśli ma już pięćdziesiątkę na karku.

Gdy Grady próbuje się podnieść, wytrzeźwieć ze swego narracyjnego kryzysu, zjawia się kolejny wariat, „przewodniczący fanclubu fryzury Jamesa Browna”, niejaki Vernon, który kradnie mu samochód, Forda Galaxy, a w tym Fordzie znajduje się także skradziony żakiet Marilyn Monroe, który wcześniej skradł James na przyjęciu u Gaskellów. Nadążacie?

I znów pozornie nudna życiowa historia profesora nabiera rumieńców. Ta ironiczna narracja w „Cudownych chłopcach” prowadzona z perspektywy upalonego Grady’ ego to jak rzucanie przypadkowymi scenami tu i tam, nie zawsze z zachowaniem logiki. Bo ileż razy główni bohaterowie mogli oddać skradziony żakiet Marilyn Monroe i pozbyć się trupa psa gdzieś na poboczu.

Ale mimo tego ciągu nieporozumień, transwestytów, martwych psów, kradzionych samochodów i niezrównoważonych studentów, tworzy się z tego ciepła, obyczajowa historia, osadzona w akademickim środowisku. To historia zbyt długo dręcząca samego Michaela Chabbona, który przed wydaniem „Cudownych chłopców”, podobnie jak profesor Tripp zmagał się zarówno z twórczym jak i uczuciowym kryzysem. Nieudany projekt poszedł do kosza, ale męki twórcze okazały się idealnym materiałem na książkę z potencjałem do ekranizacji w reżyserii Curtisa Hansona. Adaptacją scenariusza z kolei zajął Steve Kloves. Scenarzysta znany choćby z udanych adaptacji „Harry’ ego Pottera”, skądinąd epickiej historii o walce dobra ze złem, genialnego mitu popkultury, do którego warto czasem wrócić, gdy cierpi się na męki twórcze w swoim napoczętym dziele. Tak, czarodzieja nam trzeba i filozoficznego kamienia, o którym w soundtracku do filmu śpiewa Van Morrison. Ale tak na poważnie, gdy dochodzi się do takiego kryzysu pisarskiego, rzeczywiście najlepszą metodą jest czytanie cudzych książek. Jak radził Stephen King („Poradnik rzemieślnika”), pisarz nieustannie musi czytać, by wzbogacać swoją wyobraźnię i słownictwo.

Skoro już zaczepiamy tu popkulturę pośród tych pociętych wątków, to zwróćmy uwagę, jakie nam się tu zacne grono uzbierało w obsadzie: Ironman (Downey Jr.), Spiderman (McGuire), Rachel McAddams (Katie Holmes) i Hank Pyme (Douglas).

Ale w „Cudownych chłopcach” superbohaterów nie mamy. I to jest piękne! Wszyscy tutaj, w tej twórczej akademickiej atmosferze są zawieszeni między szkolnymi ławkami, odważnymi teoriami, a bolesnym żywiołem życia, w którym nieustannie pada deszcz albo śnieg. Pogoda nie nastraja, ale chęci zmiany swej fabuły są ogromne. Zwykli, szarzy bohaterowie próbują wydobyć swój niezwykły potencjał, ułożyć jakieś wersy do chmurek w komiksie, w jakim właśnie występują. Dobrze się składa, bo właśnie odbywa się zorganizowany przez uczelnię Festiwal Słowa. Dobra okazja, by nawiązać nowe relacje (z transwestytą) znaleźć wydawcę, znaleźć nowego pisarza no i przede wszystkim dobrą opowieść, która poprowadzi zagubionych odyseuszy do domu w rytm pieśni Vana Morrisona i Boba Dylana (który nota bene za piosenkę „Things have changed” otrzymał Oscara). Ale gdzieś między obiecującymi relacjami wciąż iskrzą ironia i żarty, nie dając szansy na coś poważnego i epickiego. Pisarz wciąż przekłada notatki jak karty w talii. Układa swoich bohaterów na szachownicy i przechodzi kolejną rundę rozdziału. Coraz bliżej do rozwiązania. Tak, Sara za niedługo urodzi dziecko. A Grady poczuje ten cudowny stan kończenia męczącej historii, zapisując ją już w wersji elektronicznej. Pamiętajcie. Ctrl Save, by ratować opowieść i delete, by ją ulepszyć, wycinając niepotrzebne akapity.

 


 

 



[i] (M. Chabon: Cudowni chłopcy. Przeł. A. Jankowski. Dom Wydawniczy Rebis. Poznań 2003, s. 121-270)

[ii] (M. Chabon: Cudowni chłopcy. Przeł. A. Jankowski. Dom Wydawniczy Rebis. Poznań 2003, s. 277-290)

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOLNY DZIEŃ FERRISA BUELLERA - DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI ŻYCIA NASZEGO

I STANIE SIĘ KONIEC

DOBRANOC MAMUSIU. CZYLI JAK ODEJŚĆ NA WŁASNYCH WARUNKACH