CIENISTA DOLINA

 

Choćbym szedł ciemną doliną, zła się nie ulęknę… odgarnę te gęste chmury i rozpoznam to, co najważniejsze. Wśród cieni żyjemy i cieniste życie opisujemy, ale czasem zdarzy się raz i drugi, że jednak czegoś doświadczymy. Błysną przed oczyma iskry, czasem ogrzeją, czasem poparzą i oświecą nasze ciemne umysły. Raz będzie to słodkie, potem znowuż cierpkie i gorzkie, aż uronimy łzę najczystszą, która ożywi nieco nasze suche życie. Boli, prawda? Ale ma boleć, byśmy się czegoś nauczyli. „Sądzę, że Bóg nie chce, abyśmy byli zawsze szczęśliwi, ale żebyśmy potrafili kochać i byli kochanymi. Każdy ból jest jak uderzenie młota artysty, który wydobywa z kamienia naszą ludzką postać. Ból jest megafonem, przez który mówi do nas Bóg” – tłumaczy na jednym z wykładów C. S. Lewis.

Zabawne, jak to aktorskie żywoty lawirują między zimnymi łotrami, a psychopatami i dżentelmenami. Anthony Hopkins co dopiero zdjął maskę Hannibala Lectera, by zmienić się w zbyt poważnego kamerdynera w ekranizacji „Okruchów dnia”, który zawsze będzie żałował, że nie doświadczył prawdziwej miłości, a stąd już niedaleko do roli C. S. Lewisa, nieco sztywnego akademika, teoretyka, który z trudem doświadcza miłości do kobiety, w dramacie napisanym przez Williama Nicholsona i wyreżyserowanym przez Richarda Attenborougha.

Gdy słyszysz nazwisko C.S. Lewis, to pierwsze skojarzenie, jakie przychodzi ci do głowy, to oczywiście autor słynnych „Opowieści z Narnii”. To ciekawe, że zarówno C.S. Lewis jak i jego drogi przyjaciel John Ronald Reuel Tolkien, członkowie literackiego klubu Inklingów, wybitni uczeni, znawcy literatury, którym nie straszna gramatyka dawnych języków i teologia, zasłynęli przede wszystkim jako autorzy opowieści fantasy, które do dziś świetnie się sprzedają, zarówno jako książki, jak ich udane ekranizacje. Lewis podczas swojej kariery akademickiej zajmował się przede wszystkim literaturą średniowieczną. Naczytał się sporo rycerskich eposów o odważnych rycerzach i niespełnionych miłościach. Może to też w jakiś sposób ukształtowało go jako mężczyznę stroniącego od kobiet i romansów. Stronił zarówno od miłości, jak i duchowości. Był przede wszystkim racjonalistą i ateistą. Jednak pod wpływem Tolkiena zakosztował chrześcijaństwa i na tyle mu zasmakowało, że w końcu się nawrócił. A na dokładkę począł wykładać wszelkie zawiłości boskiej gramatyki w dość przystępny sposób. Przyjął wdzięczną posadę adwokata Pana Boga, pisząc swoją książkę na ławie oskarżonych. Można by zaryzykować stwierdzenie, że wyrobił sobie patent na tłumaczenie Boga mądralom i zagubionym. Stał się niczym Sherlock Holmes, któremu nie straszna żadna nielogiczność Wielkiego Stwórcy. A ten trop Holmesa nawet ładnie się wpasowuje do interpretacji „Cienistej doliny”, bo oto w roli brata pana Lewisa, zobaczymy Edwarda Hardwicke’ a, który parę lat wcześniej wcielił się w rolę Watsona, partnerując Jeremy’ emu Brettowi. Hardwicke pojawił się także w „Bunkrze”, gdzie Hopkins grał samego Führera. Jak Holmes wiedzie swój kawalerski żywot, tak i Pan Lewis jest starym kawalerem, mieszkającym wraz z bratem w wielkim domu, którym zajmuje się gospodyni, Pani Young. Co ciekawe aktorka, Pat Keen, grająca tą postać, wcieliła się w Panią Hudson w parodii o słynnym detektywie „Bez śladu” z Michaelem Cainem w roli głównej. Pana Lewisa poznajemy w tym filmie już jako dojrzałego pana, który wyrobił sobie pozycję mentora dla studentów, jak i dla zagubionych katolików. To autorytet, który potrafi napisać zgrabną opowieść dla dzieci i równie przystępnie wyłożyć najcięższe argumentacje logiczne. Nic dziwnego, że na uniwersytecie cieszył się sporą sławą, bo to, co kompletnie zawiłe, w jego ustach brzmiało jak największa oczywistość. Pan Lewis znalazł sposób na życie, okryty angielską powściągliwością i akademickim chłodem. A jednak nagle wszystko staje prawie do góry do nogami. Do świata uczonego wkracza kobieta i to bezpośrednia Amerykanka o jakże właściwym imieniu „Joy”. Wkroczyła radość, która zburzyła poukładane życie Jacka Lewisa.

Ich znajomość zaczęła się od słowa pisanego. W latach 50-tych poczytny Lewis dostawał wtedy sporo listów, przeważnie od dzieci, które pragnęły rozwiązać różne zawiłości narnijskiego uniwersum, ale i dorośli pisali, by poradzić się wielkiego teologa w kwestii Absolutu. Listy od Joy Gresham, amerykańskiej pisarki, żydowskiego pochodzenia od razu rzucały się w oczy ze względu na swoją odważność, a nawet bezczelność, co tylko dopełniało bezpośredniego, amerykańskiego stylu, który wyraźnie kłócił się z angielską powściągliwością. Listy od Joy na tyle zaintrygowały Lewisa, że postanowił się z nią spotkać. I oto Sherlock Holmes spotkał Irenę Adler i rzeczywiście coś zaiskrzyło. W filmie widzimy, jak angielski akademik zmaga się z bezpośrednią damą z Ameryki. Po wymianie ciosów, myśli, spostrzeżeń, Jack i Joy zaprzyjaźnili się na tyle, że już niedługo potem dwóch kawalerów Lewisów gościło w swoim domu samotną matkę z dzieckiem, jak przystało na chrześcijańską tradycją wigilijną. Joy odeszła od męża, który już był wtedy zajęty inną bohaterką i przyjechała do Anglii wraz synem, Douglasem (młodziutki Joseph Mazzello), dziś producentem narnijskiej sagi według Disneya, aby zacząć nowe życie. Jednak nie było to takie proste dla imigrantki. Znacznie łatwiej byłoby jej, gdyby miała obywatelstwo brytyjskie. Musiała wyjść za mąż za anglika. Tylko za kogo? Właściwie niewielu mężczyzn znała w angielskiej koronie, a i raczej była ostrożna w amorach, by nie fundować synom (miała dwóch synów, ale w filmie poznajemy tylko jednego) niepotrzebnych emocji. Lewis, kawaler, dobry przyjaciel i autor ukochanych książek Douglasa, wydawał się chyba najbardziej oczywistym wyborem. Nie trudno się domyśleć, że to Joy pierwsza „poprosiła o rękę” pana Lewisa, choć wtedy był to tylko związek papierowy. Jack się zgodził pomóc Joy, został jej mężem na niby i w ten sposób dał jej obywatelstwo. Od momentu ślubu niewiele się wydarzyło. Oboje żyli jak wcześniej, jak gdyby nic się nie stało, żyli osobno, jakby w separacji. W filmie pokazane jest, jak ich relacje coraz bardziej się ochładzają, bo Joy zaczyna rozumieć, jak pan Lewis zbudował swoje życie. Jak bibliotekarz uło/żył znajomych, niczym księgi, by w miarę potrzeby korzystać z ich złotych myśli i samemu być względem innych mentorem, opiekunem, autorytetem, ideałem. Jak wspaniale górować moralnie nad swoim bratem, Warniem, majorem, weteranem wojennym i alkoholikiem oraz sympatykiem herbatników, który coraz bardziej się pogrążał w nałogu. I jak wspaniale pouczać młodszych od siebie studentów, którzy wciąż mają za mało wiedzy, by pokonać wielkiego Lewisa w intelektualnej dyspucie.

Kiedy student Whistler (James Frain) postanawia przerwać studia, Lewis zupełnie nie rozumie tego szalonego kroku, za to student odpowiada mu, że nie widział tak jasno swego życia, jak wszechwiedzący profesor Lewis. „Zastanawiam się, czego wszyscy ode mnie chcą?” – pyta zrezygnowany profesor. Wtedy triumfujący student odpowiada mu :„ to chyba pierwsze pytanie, na które nie zna pan odpowiedzi”. Tak jak nie rozumie, czego od niego chce Joy. Teraz odpowiedź nie jest tak jasna, gdy wcześniej szukał tropu możliwej interpretacji średniowiecznego eposu. Odpowiedź iskrzy między cieniami, mgłami, widmami tego, co było i będzie.

Dla Joy życie Jacka jest zbyt ułożone i nudne. Może sama nie wie, czego chce? Przecież nie tak dawno użerała się z mężem alkoholikiem, który nieustannie fundował jej jakieś niespodzianki. Lewis to z kolei druga skrajność. Brakuje tu jakiegoś żywiołu. I oto los zdaje się, że wysłuchał Joy, która chciała poruszyć w Jacku jakąś nieznaną nutę. Jakże smutne to, że dopiero, gdy na Joy spadł wyrok — zaawansowane stadium raka bez szans na wyleczenie, wtedy dopiero pan Lewis przejrzał znad okularów akademika, ile ta kobieta znaczy dla niego. Dopiero teraz, gdy ona umiera, rodzi się między nim prawdziwa, dojrzała miłość. Nie byli już młodzi. Lewis miał już pięćdziesiątkę na karku, a Joy ponad czterdzieści lat. Niezwykłe w tej historii jest także to, że syn Joy, Douglas będzie przeżywał dokładnie to samo, co mały Jack Lewis podczas umierania własnej matki. Zupełnie, jakby widział w Douglasie siebie samego, samotnego, zagubionego, nie mogącego znaleźć wspólnego kontaktu z ojcem. Jakby w tej tragedii los teraz pytał wielkiego teologa, czy potrafi być oparciem dla tego chłopca? Dotąd Douglas znał Lewisa z jego niezwykłych opowiadań o Narnii. Potem zobaczył jego dom, odwiedził strych, zajrzał do starej szafy i czar prysnął. A na domiar złego właśnie w tym okropnym, sennym, smutnym kraju Joy dowiedziała się o swojej chorobie. Tu wszystko się skończyło. Tu żadna baśń już nie ma sensu. Douglas płacze, widząc, że Lewis nie może odczarować tej smutnej historii, która im się przydarzyła. Joy musi umrzeć. W „Siostrzeńcu czarodzieja”, chronologicznie pierwszej narnijskiej kronice, mały Digory Kirke pragnie uratować swoją chorą matkę. W końcu za sprawą magicznych pierścieni (aluzja do Tolkiena?) trafia do powstającej właśnie Narnii, gdzie na polecenie wielkiego Lwa ma zerwać jabłko (odwrotonie do narracji z księgi Genesis), które może pomóc wyzdrowieć matce chłopca. I tak w końcu się dzieje. W cudownych baśniach zawsze jest ratunek. Tam Lewis mógł uratować swoją matkę i również Douglas mógł sobie wyobrażać, że znajdzie to cudowne jabłko i nakarmi nim umierającą Joy. A jednak nic takiego się nie stało. Baśnie utraciły swoje gwarancje. Gdzie złożyć reklamacje!?

Lewis, twórca tych nieprawdopodobnych historii, którymi oczarował tyle dzieci, teraz miał stać się ojcem dla Douglasa i wraz z Warniem wprowadzić go w dorosłość. Najwyższy czas wyjść z szafy ku dorosłości. Czterdzieści lat później Douglas Gresham, jako producent filmowy wraz z ekipą Disneya przeniesie narnijską krainę na ekrany kin, by znów obudzić w sobie i w widzach cudowne dzieciństwo.

W samej „Cienistej dolinie” w gruncie rzeczy mało jest odniesień do narnijskich wątków. Lewis jest tu pokazany przede wszystkim jako nauczyciel, akademik. Ale nie opuszcza nas wrażenie, że to on jest tym Digorym Kirke, niegdyś chłopcem, który chciał uratować swoja matkę, a potem tym starym profesorem, który przyjął do siebie rodzeństwo Pevensie i uwierzył w ich relacje o krainie, znajdujące się w starej szafie. Lewis za sprawą Joy i jej syna, Douglasa, których przyjął do siebie, doświadcza narnijskiej przygody. Przenosi się do złotej krainy, której rysunek wisi u niego w gabinecie, do tej krainy, która w swym złotym blasku rozwiewa wszelkie cienie i smutki. Właśnie taki fundują sobie miesiąc miodowy nowożeńcy, Jack Lewis i jego żona Joy, wspierająca się na lasce. Spacerują, cieszą się słońcem i deszczem, cieszą się swoją obecnością i dotykiem.

 

A potem

 

Debra Winger po raz kolejny zostawia ukochanego, tak jak wcześniej w „Czułych słówkach”. Życie boleśnie doświadcza, ale uczysz się jak nigdy przedtem – mówi Lewis, nie kryjąc łez przed bratem, gdy już jest po wszystkim, gdy Joy już odeszła. To już nie ten sam Jack co na początku filmu: pewny siebie, wygadany, elokwentny, nie tak przemądrzały, gdy pouczał studenta Whistlera, który w końcu poszedł własną drogę. Rzucił studia i jak na złość Lewisowi i został zwykłym, wiejskim nauczycielem, jak jego ojciec. I może to jest najważniejsza wskazówka dla Jacka. Po stracie żony, po doświadczeniu prawdziwej miłości, może być wreszcie prawdziwym nauczycielem, który nie tylko będzie wspierał się na logice, cytatach i mądrych sentencjach innych, lecz swoim przykładem pokaże inną drogę do spełnienia w Złotej Krainie. Lewis zmarł trzy lata po śmierci swojej żony, w 1963 roku.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOLNY DZIEŃ FERRISA BUELLERA - DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI ŻYCIA NASZEGO

I STANIE SIĘ KONIEC

DOBRANOC MAMUSIU. CZYLI JAK ODEJŚĆ NA WŁASNYCH WARUNKACH