W LABIRYNCIE
Biały szczur rozgląda się nerwowo po ścianach, zapomniał już, jak tu przyszedł. Wszystkie ściany takie same, a nagrody wciąż nie ma. Witaj w labiryncie życia. Pan Leon poprawia okulary i uśmiecha się dobrotliwie, sprawdza coś w swoim zegarku. Za niedługo przejdzie na emeryturę i będzie mógł zająć się swoimi kochanymi zegarami. Może mógłby być zegarmistrzem? A jednak wybrał pracę w Pracowni Farmakologii Klinicznej Instytutu Medycyny Klinicznej i Doświadczalnej. Tu również cierpliwie pochyla się nad mikroskopem, gdzie bada jakiś preparat. Spokojna to i nudna praca, ale i wspaniałe remedium na bolesną przeszłość pana Leona. Nigdy byście nie pomyśleli, że ten człowiek (z głosem Gargamela) o tak dużym poczuciu humoru przeszedł tak wiele. Ma już sześćdziesiąt pięć lat i pamięta jeszcze tą zrujnowaną Warszawę. Brał udział w Powstaniu. Teraz, gdy idzie sobie spokojnym krokiem, nie musząc się już śpieszyć na żadne szczyty ambicji, spogląda tu i tam. Trzyma pod rękę swoją przyjaciółkę z pracowni, Marię, pogodną kobietę, wdowę, która już odchowała dzieci, a teraz poświęca się pracy. Leon marzy, że może kiedyś będzie tak szedł z Marią do ołtarza. Miło o tym marzyć, gdy dookoła odbudowana Warszawa wraz z całą ojczyzną powoli wstaje z klęczek. Zmienia się ustrój, wchodzi nowa rzeczywistość. Nowe perspektywy, wygłodniali ludzie cieszą się coraz większą wolnością i niejeden rusza na Zachód, by sobie odbić stracone lata w komunie. Dookoła raczkujące firmy przyszłych kapitalistów i te zakurzone, ohydne meblościanki u dyrektorów zakładów pracy, którzy już czują, że za chwilę zostaną zdmuchnięci przez wiatr zmian. Stadion dziesięciolecia, targowisko, zachodnie produkty lub ich podróbki. Jeszcze się zachłyśniemy tym zachodem i zrozumiemy, że i my potrafimy wiele ciekawych rzeczy tworzyć w spartańskich warunkach.
Tyle, że nie zawsze to doceniamy. Doktor Duraj zaciska zęby, bo właśnie dyrektor Stopczyk informuje go, że przełomowe badania nad Adoloranem, lekiem przeciwbólowym muszą zostać przerwane. Nie ma nic gorszego dla ambitnego naukowca niż dyrektor-biurokrata, który co chwila stopuje ambitne projekty, na które potrzeba zagranicznych komponentów. Teraz, gdy już tak blisko kolejnego etapu i testowania leku, właśnie teraz! Ciach. Dyrektor Stopczyk (Leon Niemczyk) to typowy prl-owski biurokrata, który jak zwykle musi trzymać budżet, by rozdzielić środki sprawiedliwie (wedle swoich widzi mi się). Ale póki co, tak jest w państwowym instytucie. Pan Leon jak zwykle sypie żartem. Przeżył wojnę, więc humory dyrektora Stopczyka to dla niego drobnostka. Niejeden ambitny projekt był zawieszany, by potem powrócić na salony. Wystarczy, że jakiś koncern farmaceutyczny zainteresuje się polskim projektem i od razu kochany dyrektor Stopczyk podpisze się pod nim rękami i nogami. A tak poza tym szczury cały czas chodzą w labiryncie i szukają wyjścia.
Ewa Glinicka (Agnieszka Robótka-Michalska) niedawno skończyła studia i równie szybko została wdową. Próbując sobie jakoś poradzić z tą traumą, chce jak najszybciej podjąć pracę w swoim zawodzie. Przez rekomendację swojego teścia, profesora Sucheckiego, trafia właśnie do Pracowni Farmakologii Klinicznej Instytutu Medycyny Klinicznej i Doświadczalnej, by tu cierpliwie przyglądać się białym szczurom, które są poddawane kolejnym doświadczeniom. Ewa jednak po dość traumatycznych przeżyciach nie zostaje przyjęta zbyt ciepło w zespole, zwłaszcza przez doktora Duraja, który nie kryje swojego oburzenia. Najpierw zablokowany projekt Adoloranu, a teraz jeszcze jakaś dziewczyna po studiach i bez doświadczenia, która pewnie została przyjęta po znajomości. Jednak Ewa potrafi zaskoczyć nawet tych najbardziej uprzedzonych do niej. Zaskakuje też swoją obecnością Adama Racewicza, kierownika pracowni, który kiedyś miał z nią romans. On był wykładowcą, a ona studentką. Znany schemat, ale zakończenie trochę niebanalne. To ona wykazała się większą dojrzałością. Przerwała tą znajomość, żeby nie rozbijać małżeństwa Adama, nad którym ostatnio i tak gromadzą się czarne chmury. Joanna (czyli Bronka?), dziennikarka woli bardziej rozmawiać szczerze ze swoimi znanymi gośćmi niż z mężem i dziećmi. Aby odreagować napięcie chętnie sięga po butelkę. Sama już nie wie, czy warto walczyć o ten związek. To by było jej drugie nieudane małżeństwo. Chyba warto się upić. Czarę goryczy przelewa przyjazd jej byłego męża, Grzegorza, cwaniaczka, hochsztaplera, wiodącego żywot tułacza w USA. Zatęsknił do ojczyzny, w której już zachodzą ciekawe zmiany. Jako „ wielki obywatel USA” imponuje swojej nastoletniej córce, Marcie, która jest już zmęczona szarą Polską. Jak łatwo daje się nabrać na drogie prezenty od tatusia, jak ten biało-zielony dres z Pumy!
Chętnie by wyjechała z ojcem do Stanów. Tylko, żeby nie skończyła tak jak bohaterowie „Szczęśliwego Nowego Jorku” czy „Emigranci” Mrożka. Grzegorz oczywiście nie przyjechał tu tylko z powodów rodzinnych, ale żeby zwietrzyć dobry interes. Chce sprzedać swoje mieszkanie, w którym aktualnie mieszka Joanna i jej rodzina. Kolejny labirynt problemów, z których Adam i Joanna będą musieli jakoś wyjść, a problem z mieszkaniem jeszcze powróci do nich pod koniec całego serialu, gdy tych dwoje zagubionych odnajdzie prawdziwy dom w swoim małżeństwie.
Również małżeństwo Doktora Jana Duraja (Piotr Skarga) i jego żony Krystyny (Renata Pękul) przechodzi kryzys. Zabawnie się ogląda te pierwsze odcinki, gdy tych dwoje nieustannie podejrzewa siebie o zdradę. Raz Janek widzi żonę stewardessę w towarzystwie przystojnego kapitana Wernera (Leszek Teleszyński), a to znowuż Krysia widzi męża w towarzystwie jakiejś młodszej kobiety. Resztę stanowią domysły. A między nimi skłóconymi drży córka Ola, która ciągle płacze i straszy widza swoim… słabym aktorstwem. Do Piotrusia, syna Racewiczów, można też mieć sporo zastrzeżeń. Po prostu te dzieci są jakieś niemrawe. Za to wspaniale z nimi kontrastują dorośli. Zwłaszcza ta scena, gdy Adam Racewicz odpytuje syna z historii. Zupełnie, jakbyśmy oglądali „Dzień Świra” dwadzieścia lat wcześniej. Swoją drogą Marek Kondrat zawsze pięknie się wkur…za.
Ciekawe, jakie będzie dziecko Ewy? Dziś Mateusz ma pewnie trzydzieści trzy lata i nawet nie zdaje sobie sprawy, jak wiele przeszła jego matka. Najpierw śmierć męża, miłosne rozterki z Adamem, potem samotne macierzyństwo, użeranie się z nadopiekuńczą, martwiącą się na zapas teściową (Anna Lenartowicz) i starszą siostrą Renatą (Anna Chodakowska), która niedawno wróciła do stolicy, by znów „mamić, zwodzić i okradać naiwnych”. Przy anielskiej Ewie, Renata to istny demon, femme fatale, wulgarna i gotowa na wszystko, by się tylko wzbogacić cudzym kosztem. Ale można ją do pewnego stopnia zrozumieć. Nie miała łatwego dzieciństwa. Oj długi labirynt będzie musiała przejść Renata, żeby znowu zaprzyjaźnić się ze swoim ojcem, wyjść z nałogu alkoholowego i wyjść na ludzi. Ewa natomiast równie pokrętną drogę przejdzie, by spotkać tego właściwego mężczyznę, który pokocha ją i jej dziecko. Tym kimś będzie właśnie Paweł Hanisz, który niedawno wrócił z Zurychu, by znów kontynuować prace z pozostałymi nad Adoloranem. Ten wątek Ewy i Pawła zresztą będzie miał dość ciekawy przebieg, a widzowie przeżyją grozę zastanawiając się czy tych dwoje nie jest przypadkiem rodzeństwem. To ci dopiero.
Takim lustrzanym odbiciem dla tej młodej pary jest kolejna dwójka młodych bohaterów, którzy dołączą w drugiej serii. Będzie to playboy Marek Siedlecki (Dariusz Kordek) oraz zdystansowana do wszystkich, kulejąca na prawą nogę Dorota (Marta Klubowicz), mająca za sobą przeszłość opozycjonistki. Tych dwoje na początku nie będzie się lubiło, a raczej będą się kąsali złośliwymi żartami na swój temat, ale potem zaprzyjaźnią się ze sobą, aż wreszcie pokochają.
Co za ironia, że gdy ich miłość zostaje zwieńczona ślubem, rodzice Marka mają wypadek samochodowy. Ojciec Marka ginie na miejscu, podczas gdy niechętna Dorocie matka Marka, zostaje sparaliżowana. Niezwykłe jak to scenariusz serialu miesza się z życiem. Rola ojca Marka była tą ostatnią rolą Mieczysława Voita, męża Barbary Horowianki, która w serialu grała od początku Marię, wdowę. Teraz została wdową w życiu prywatnym. Śmierć w serialu również nałożyła się na śmierć aktora Janusza Bylczyńskiego, który grał Franciszka Hanisza, ojca Pawła. Hanisz, podobnie jak Bylczyński miał także przeszłość wojenną.
A teraz kierujemy obiektyw na inną, nowoczesną rodzinę. Karol Strasburger w roli Davida Meyera, korespondenta, który teraz jest zaabsorbowany sytuacją polityczną u nas i w Moskwie. A tuż obok jego seksowna żona Danka (Dorota Kamińska). Państwo światowcy z willą w komplecie i ciuchami z zachodu. Nowocześni i bezkompromisowi. Oboje mieli sposób na udane małżeństwo, zostawiają sobie margines swobody na różne romanse. David gustował w pięknych sekretarkach, a Danka podrywała Adama Racewicza. Danka to także dobry portret kobiety wyzwolonej, przebojowej i przedsiębiorczej, która próbuje swoich sił jako właścicielka butiku z modnymi kreacjami i sięga bez wyrzutów sumienia po cudzego męża.
„W labiryncie” to pierwsza polska telenowela obyczajowa, ukazująca niemal panoramicznie (z pewną jaskrawością) różne środowiska zawodowe i społeczne: od lekarzy, studentów, naukowców, weteranów wojennych po drobnych biznesmanów, cinkciarzy, nastolatków, emerytów, ambitnych dorobkiewiczów na emigracji itd. Ale chyba ta seria pomagała w pewnym sensie przejść tą transformację ustrojową, po której każdy Polak szukał nowej roli w labiryncie, w którym upadało coraz więcej murów.
Lubię klimat tego serialu, końcówka lat 80 i początek lat dziewięćdziesiątych. Ten dreszczyk podniecenia na nowe zmiany. Te luźne ubrania, dresy z pumy, plakat z Donem Johnsonem, gdy Miami Vice gościło na ekranach telewizorów, luksusowe towary jak klocki LEGO, walkman SANYO, radiomagnetofon na płyty kompaktowe sprowadzane z Pewexu, ekspres do kawy (przywieziony przez Krystynę z Dubaju) książki i czasopisma zagraniczne oraz płyty traktowane z wielkim szacunkiem jak relikwie, coca-cola, samochody, maluchy, trabanty, od czasu do czasu jakieś BMW, mieszkania z meblościankami lub typowe wille wyłożone drewnem aż po sufit. A nade wszystko ta klimatyczna muzyka z syntezatorem Roland i oczywiście tytułowa piosenka zaśpiewana przez Grzegorza Markowskiego, a napisana przez Krzysztofa Marca (Pana Tik-Taka) oraz Wojciecha Niżyńskiego (producenta i scenarzystę serialu).
Sądzę, że ten kto chce oglądać wciąż ten serial, tak naprawdę chce przywołać tamte chwile z dawnych lat. Może rzeczywiście było wtedy lepiej, ciekawiej? Może wtedy bardziej ekscytowały nas proste rzeczy? To się tyczy zwłaszcza relacji międzyludzkich, choćby tego, jak często bohaterowie ze sobą rozmawiają, o tym co ich dręczy, a co cieszy. Gdy oglądamy sceny z laboratorium, gdzie pan Leon kończąc swoje badania, znów podrzuca jakiś żart, po którym inni pracownicy dają swoje anegdotki, można odnieść wrażenie, że to nie zakład pracy tylko klub towarzyski. Pani Maria parzy kawę, a pan Rysio, opowiadając jakąś historyjkę, kończy naprawę aparatu pomiarowego, po czym uważnie mierzy okiem wdzięki roześmianej pani Mariolki. A może kiedyś ludzie w pracy mieli więcej czasu, żeby rozmawiać ze sobą o wszystkim? W końcu to zakład państwowy, gdzie może nie było aż takiej presji na wyniki jak w prywatnych firmach, które już wyciągały rączki, by w późniejszych latach zrobić sporą konkurencję.
To serial, który po prostu ogląda się z sentymentu, przymykając oko na trochę tandetną realizację, dialogi, zwłaszcza gdy patrzy się na nią dzisiaj na tle innych seriali zrealizowanych sprawniej, z oryginalniejszym konceptem i atrakcyjniejszymi scenografiami, oddającymi osobowość danego bohatera. „W labiryncie” miał w sobie jakąś naiwność, naturalność, odbitą z tamtych czasów, trochę jak „reality show”. Zupełnie jakby twórcy serialu zapukali do cudzych mieszkań i w ich wnętrzach realizowali kolejne sceny.
Oglądam ten serial z uśmiechem i wzruszeniem. Czuję się jak dziecko, siedzące na starym tapczanie przed wielkim, szerokim telewizorem nieznanej mi marki. Mam to szczęście, że już mogę bawić się klockami Lego, kupionymi w polskim sklepie i nie zdaje sobie jeszcze sprawy, jaki będzie mnie czekał życiowy labirynt.
Minęło 120 odcinków, jakoś mało jak na obiecującą telenowelę. A może w sam raz, żeby nie obrzydzić widzom losów bohaterów. Jak zwykle przerwane w decydującym momencie. Jak każdy poprzedni odcinek. Sama narracja serialu nie przechodziła tak płynnie z jednego punktu do drugiego. Jakiś wypadek, zdarzenie, a w następnym odcinku, skutek tego wydarzenia widzimy po paru dniach.
Poniekąd kontynuacją „W labiryncie” jest nasz długowieczny „Klan”, również stworzony przez Pawła Karpińskiego i emitowany już od ponad 25 lat, gdzie także możemy zobaczyć znajome twarze z labiryntu, m.in.: Andrzeja Grabarczyka czy Renatę Pękul. Pamiętam, że gdy był emitowany pierwszy odcinek „Klanu”, ja po raz pierwszy przekraczałem próg szkoły. Pierwsza klasa, to były emocje. I może dlatego zapadły mi w pamięci te telewizyjne obrazy z rodziną Lubiczów w tle. I tak mijały lata. Teleexpress, gość Jedynki no i „Klan”. Po szkole czasem zaliczałem taki seans, by przez chwilę poczuć, że inni bohaterowie mają większe problemy niż ja, próbujący zdać po raz kolejny kartkówkę z matmy.
Warto tu zauważyć, że „Klan” w przeciwieństwie do „Labiryntu”, był powrotem do rodzinnej sagi, rodziny Lubiczów, której członkowie, realizujący się w różnych zawodach i środowiskach codziennie stawiali czoła życiowym labiryntom w nowej rzeczywistości. Teraz jednak bohaterowie widzieli, dokąd wrócić. To dom na Sadybie, dom rodzinny Lubiczów był takim punktem na mapie, mocno akcentowanym zwłaszcza podczas świąt, gdy cała rodzina się spotykała przy wspólnym stole, by przypomnieć sobie, że zawsze mogą na siebie liczyć. Lekarze, prawnicy, biznesmeni, farmaceuci, sportowcy, uczeni odnajdujący się w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych. Goniący za sukcesami, pieniędzmi i miłością, wciąż gubiący w labiryntach swój rodowód. To potem odbije się także w narracji równie długo emitowanego serialu „M jak Miłość”, gdzie takim powrotem, przystanią dla bohaterów będzie ich dom rodzinny w Grabinie, świeże powietrze i sad jabłkowy, prawie raj na ziemi po burzach codzienności w miejskiej dżungli. I kolejna proteza życia rodzinnego dla nas samych — telewizyjnych nomadów.
Komentarze
Prześlij komentarz