UWIERZ W DUCHA
Johnattan Rivers, wzięty architekt pewnie nigdy nie przypuszczał, że po śmierci swojej żony, Anny, pozna zupełnie inną, niewidzialną architekturę, gdzie głównie urzędują duchy, dobre i co gorsza te złe, które mogą mieć wpływ na nasze życie. Mogą nami sterować, mogą doprowadzić do naszej zguby. Samo polskie tłumaczenie sugeruje, że być może bohater ma objawy schizofrenii. „Słyszałem głosy, które kazały mi zabić”. Czy to te duchy kumulujące się w naszym świecie, które co bardziej wrażliwi niczym anteny, wychwytują na swoich radarach? Oryginalny tytuł filmu to „White noise”, biały szum. Rodzaj szumu akustycznego, charakteryzującego się płaskim widmem. Jego nazwa nawiązuje do widma optycznego fali elektromagnetycznej. Białe światło to właśnie szum elektromagnetyczny, mieszanina wszystkich możliwych barw, które w zakresie widzialności mają płaskie widmo. I tak jak w białym świetle mieszają się różne barwy, tak w białym szumie możemy bardzo wnikliwym uchem usłyszeć różne głosy.
Przeglądając i przesłuchując nagranie z kasety czy z dysku nagle zauważamy, że w tym szumie i na zaśnieżonym ekranie słyszymy jakieś głosy, wypowiadające pojedyncze słowa lub frazy i widzimy jakieś tajemnicze sylwetki, czasem kontury twarzy. Bez jaaaaj! Być może to zakłócenia nadajników? Jesteśmy otoczeni falami różnych przekazów, które się wzajemnie nakładają, a ci bardziej podatni na niezwykłe zjawiska, wmawiają sobie, że nagle usłyszeli wiadomość od osoby zmarłej. Usłyszeli to, co chcieli usłyszeć. Ale w takim razie, jak wyjaśnić eksperymenty Konstantine’ a Raudive’ a, który nagrywał w kabinie odizolowanej od fal elektromagnetycznych, nie zbierając tym samym do swego mikrofonu przypadkowych sygnałów z różnych nadajników. W tej sterylnej atmosferze nagrał za to różne wiadomości głosowe (Electronic Voice Phenoma), jakby w kabinie było mnóstwo zawieszonych głosów i rozmów. Czyich? Zmarłych?
Tak jak ciekawski człowiek może w pewnym stopniu przekroczyć granicę dwóch światów, tak i co bardziej niesforne duchy o wrednym charakterze mogą mieszać w naszej ludzkiej architekturze i niejednokrotnie doprowadzać do tragedii, jak to widzieliśmy w ekstremalnych przypadkach („Duch” 1982) czy tych bardziej śmiesznych jak wujowie duszka Kacperka.
Ale od czego jest Batman… przepraszam, Johnattan Rivers. Gdy jego żona ginie w wypadku, staje się on bardziej wyczulony na pewne znaki, jakie go dotykają. To zupełnie tak, gdy o czymś bardzo intensywnie myślimy. Zdaje nam się, że podpowiedzi wysuwają się z talii losu na każdym kroku. Grafitti na murze, piosenka w radiu, artykuł w gazecie, dziwne przeskoki w stacjach radiowych, jakby jakaś niewidzialna ręka układała z wypowiedzi spikera własny komunikat. Może to autosugestia, psychoza, mania prześladowcza, schizofrenia, a może po prostu racjonalny dotąd Johnattan, tak twardo stąpający po pewnym gruncie, ma wielką potrzebę wierzyć, że jego żona wciąż gdzieś tam jest. Nie odeszła na zawsze, ale jest po prostu w innym świecie, po drugiej stronie lustra, gdzie tylko poeci znają klucz. Czemu akurat teraz ją usłyszał? Właśnie wtedy, gdy w dziwnych okolicznościach zginął Raymond Price, wielki entuzjasta systemu EVP, który przez ponad dwadzieścia lat nagrywał głosy duchów. Gdy Raymond ginie, jego dziedzictwo przejmuje właśnie Johnattan. Dysponując słabymi wskazówkami od swojej żony, próbuje uratować ludzi, którym zagrażają złe duchy. Trzeba wam jednak wiedzieć, że bycie bohaterem na usługach duchów nie jest proste, a wręcz uciążliwe. Trzeba być cały czas na wyłączność. Johnattan zrywa z pracą architekta i całe dnie i noce spędza na nagrywaniu martwej ciszy, która go otacza. Dookoła siebie ma jeszcze staromodne kasety VHS i wpatruje się usilnie w śnieżący się ekran. Czysta obsesja! Świat duchowy zaczyna niszczyć życie Riversa, jego tu i teraz.
Dziś w dobie zaawansowanej technologii, wybitni inżynierowie, producenci muzyczni i filmowi dokonują cudów za konsoletą, wywołując ze starych taśm wielkie gwiazdy i ich nieznane utwory. Znów ich słyszymy w całkiem nowych utworach, znów widzimy ich w nowych produkcjach dzięki cyfrowym maskom, tak jak to było z Oliver Reedem w „Gladiatorze”, Brandonem Lee w „Kruku”, Johnem Candy w „Karawanie” czy Peterem Cushingiem w „Gwiezdnych Wojnach. Łotr 1”. W radio rozbrzmiewa znowu Presley czy Freddie Mercury z zupełnie nowymi utworami, jakby wciąż nagrywali w obecnych czasach. A tak naprawdę zostali znów sprytnie wywołani w tym seansie „technologiczno-spirytycznym”.
A jak tam Johnattanie twoja sesja terapeutyczna z duchem żony? Czasem jakiś nieostry sygnał. Pogłośnij, no jeszcze, jeszcze trochę. Co za napięcie. Widz nigdy nie jest na to przygotowany. Aż tu nagle bije po uszach jakiś zniekształcony wrzask. Podskakujemy wraz z bohaterem. Ściszamy głośniki. Tam jednak coś, ktoś jest i nie jest zadowolony, że znów przekroczyliśmy tą granicę.
Z zewnątrz wygląda to rzeczywiście tak, jakby Rivers popadł w jakąś paranoję, próbując się uporać z żałobą po ukochanej żonie. Johnattan otulony niebieską poświatą, rzucaną z ekranu, wygląda trochę jak duch. Jakby on już umarł dla tego świata, dla swego syna, którego oddaje pod opiekę swojej byłej żony. Pogrążony w nieostrych obrazach i dźwiękach, szuka uparcie śladów umarłych, aż wreszcie odkryje tajemnicę i poniesie za to najwyższą karę. Choć może to wcale nie będzie kara, tylko szansa na spotkanie swojej zmarłej żony?
Jak znaleźć tą idealną przestrzeń, w której można by spokojnie skontaktować się z osobą, której już nie ma i zrozumieć w pełni jej komunikat? Gdyby istniał taki Facebook z zaświatami. Choć właściwie zmarli są dość lakoniczni w swoich komunikatach, więc chyba dla nich lepszy byłby Twitter.
Tymczasem, co bardziej sentymentalni kolekcjonerzy wspomnień zaopatrują się w dobrej jakości aparaty i rejestratory, by za wszelką cenę utrwalić ważne momenty z życia rodzinnego i zatrzymać czas. To o wiele lepsze niż biżuteria, zegarki, ubrania po zmarłej osobie. Dziś możemy sobie stworzyć multimedialne archiwum, gdzie zawsze nasi bliscy będą obecni. Wystarczy, że postąpimy tak jak sprytny Zdzisław Beksiński, który oprócz tego, że utrwalał na płótnach straszne, niepokojące rzeczy, to nade wszystko chciał utrwalić wspomnienia związane ze swoją rodziną. Baaa, on chciał ich zatrzymać w tym świecie. A najdoskonalszym odpowiednikiem rzeczywistości jest właśnie film, gdzie widzimy i słyszymy poruszające się postacie, które żartują, płaczą, mówią do kamery, mówią właśnie do nas. Czyż przeglądanie tych archiwów rodzinnych nie było dla samego Beksińskiego swoistym seansem spirytycznym, dzięki któremu nie czuł się sam? Czy zatem mamy teraz każdą chwilę filmować, jak żarłoczni paparazzi i gromadzić je na półkach lub dyskach? Tylko czy wtedy będziemy w pełni obecni w tej chwili, jaką chcemy utrwalić z naszymi bliskimi? Czy będziemy uczestnikami czy obserwatorami z obiektywem kamery albo smartfona, który jeszcze nie doczekał się funkcji łączenia przez chmurę ze zmarłymi.
I my, opuszczeni przez bliskich czujemy się źle i nasi bliscy czują się dziwnie zostawiając nas. Jak to jest z ich perspektywy? Będąc duchem nie trzeba już przejmować swoją powierzchownością i całym tym materialnym dziadostwem. Ale może bycie duchem oznacza wyższy poziom życia i nowe obowiązki. Może potem zostaje się opiekunem kogoś tu na ziemi? No nie! Znowu niańczyć ludzi! Nie wiemy, ale kino oczywiście służy taką podpowiedzią.
Duch Kacperek nie chciał opuścić swego ojca, pogrążonego w żałobie więc został z nim do końca jego życia, zawieszony w świecie ludzi. Bohater „Ghost Dad” również musiał zostać ze swoimi bliskimi jako duch, by załatwić różne ziemskie formalności. Johnattan Smith, zmarły od kilkudziesięciu lat, staje się aniołem pomagającym zagubionym ludziom na autostradzie do nieba, podobnie zresztą jak Pete w filmie „Na zawsze” (z 1989 roku). Z kolei Eric Draven powróci jako mściciel Kruk, by rozprawić się ze swoimi zabójcami. I również detektyw Marty Hopkirk, jako świeżo upieczony duch postanowił, że musi odnaleźć swego mordercę z pomocą żyjącego partnera, detektywa Randalla, a przy okazji mieć oko na swoją ukochaną żonę.
I tym tropem zmierzamy do równie kultowej produkcji: „Uwierz w ducha” z roku 1990, gdzie główny bohater Sam Wheat, bankowiec musi się zmierzyć ze swoją śmiercią, która nie była przypadkowa, jak mu się wydawało na początku. To dziwne uczucie, gdy nagle widzi on siebie jako leżącą na ulicy powłokę, jakby był on widzem swojego życia, w którym również nie zabraknie sensacji. Oto Sam doświadczy syndromu „przyjaciela Brutusa”, który wbił mu sztylet w plecy (podobnie jak Richard Kimble w „Ściganym”), a wszystko dlatego, że Sam wiedział zbyt dużo o pewnych przekrętach finansowych.
Zawieszony w świecie ludzkich, brudnych spraw na tle ponurego Brooklynu, niczym niezłomny stróż prawa, postanawia odszukać swego mordercę i mieć oko na narzeczoną, artystkę, Molly, która wciąż jest w niebezpieczeństwie i zmaga się z depresją. Nie jest to takie proste, bo Sam z początku jest tylko obserwatorem życia zwykłych ludzi, nie może w żaden sposób ingerować w ich świat, ratować ich lub robić im psikusy.
Ale duchy potrafią się uczyć i sięgać do sprawdzonych klasyków. Koncentracja i jeszcze raz koncentracja. „Musisz się skoncentrować” — mówi to smutny duch z pociągu (jak z „Drabiny Jakubowej”), który potrafi przewracać wszystko do góry nogami. Uparty Sam ćwiczy, aż w końcu jest w stanie poruszyć puszką, a potem czymś większym. Chce w ten sposób zemścić się na swoim mordercy i zobaczyć na jego twarzy obłęd i przerażenie. Na duchy nie ma mocnych. Każdy twardziel robi w portki. Ale mimo tak ambitnego planu Sam potrzebuje jeszcze zaufanego medium, narzędzia, dzięki któremu dokona parę sprytnych operacji finansowych, by tak pogrążyć swojego kumpla, który zaczął kręcić na boku interesy z handlarzami narkotyków. Takim odpowiednim narzędziem będzie niejaka Oda Mae Brown, która podobno jest spirytystką, a przynajmniej na tyle jest przekonująca, by wyciągnąć od swoich klientów grube pieniądze za teatralny seans. Ale bardziej od przejmowania tożsamości duchów podczas seansu, wychodziło jej w życiu zmienianie tożsamości i oszukiwanie. Niestety pani Brown jest oszustką. Ma już sporą kartotekę policyjną z różnymi nazwiskami. Ale nie wiedzieć czemu, to właśnie do niej zwraca się zdesperowany Sam, by była jego głosem i rękami. Dziś pewnie skorzystał by z usług Alison Dubois (Patricia Arquette) z serialu „Medium” albo „Zaklinaczki dusz” Melindy Gordon (Jennifer Love Hewitt). Ale cóż, mamy rok 1990, monopol trzyma nieustraszona Oda Mae Brown. Co za ironia, że fałszywa spirytystka doczekała się chwili, kiedy zjawił się u niej prawdziwy duch i co dziwne ona go potrafi usłyszeć. Z cyklu „Przychodzi duch do oszusta”. Sam czuje, że Oda nie jest złą osobą. Ma temperament i jest sprytna, choć czasami zbyt krzykliwa w swoim stylu, gdy akurat w banku ma dokonać ryzykownej operacji przelewu. Ona właśnie może pomóc Samowi wyrównać rachunki moralne, pieniężne i przede wszystkim pocieszyć Molly, która jest w żałobie. Kto wie, czy w tym cierpliwym znoszeniu kapryśnego ducha, który momentami traktuje ją jak sekretarkę, nie odkupi także swoich win za poprzednie oszustwa. To ciekawe jak historia filmowa uzupełnia się z rzeczywistością. Patricka Swayze już z nami nie ma, podobnie jak Vincenta Schiavelliego (Duch w pociągu) czy Ricka Avilesa (Willie Lopez), który fenomenalnie zagrał przerażonego zbira, czującego, że traci rozum, gdy zewsząd prześladuje go duch Sama. Ten fakt, że już ich nie ma, powoduje, że film o duchach ogląda się właściwie jak quasi dokument.
Co do samego iskrzącego duetu Swayze-Goldberg, to także tu historia prawdziwa nakłada się na scenariusz. To Patrick Swayze postawił warunek producentom, że koniecznie chce wystąpić z żywiołową Whoopi Goldberg, która zdaniem producentów mogła za bardzo przytłoczyć swoją charakterystyczną osobą cały film. Sama Goldberg też nie była przekonana do tego projektu. Ale jednak Swayze miał intuicję, by postawić na nią jako swoją filmową partnerkę, z którą będzie się nieustannie droczył, wprawiając widzów w uśmiech. To był strzał w dziesiątkę, a sama Whoopi za swoją komediową rolę otrzymała Oscara.
Ale to oczywiście nie oznacza, że sam film ma tylko wydźwięk komediowy. Goldberg ze swoją jowialną kreacją Ody równoważy smutny temat filmu, jakim jest śmierć, od której zaczyna się cała ta dziwna opowieść. Film rzeczywiście momentami przygnębia ponurymi scenografiami Nowego Jorku, brudnymi stacjami metro, ciemnymi ulicami i podejrzanymi typami, a już w następnym ujęciu kontrastuje z industrialnymi apartamentami, w których nowe życie zaczynają ambitni karierowicze jak choćby Bud Fox z „Wall Street”, gdzie na tle wieżowców rozkwita uczucie między Samem i Molly. Gdzieś w pamięci migoczą nam znajome plenery z „Flatliners”, „Drabiny Jakubowej”, czy nawet „Batmana”. Oto miasto, w którym można wspiąć się na szczyty, osiągnąć sukces zawodowy i miłosny, a potem jak gdyby nigdy nic spaść na samo dno… albo stać się duchem uwięzionym w tym podłym przedsionku. Snuć się tu i tam, nie mogąc zaznać spokoju, widząc tyle niewykorzystanych w życiu szans.
Również przerażająca jest wizja śmierci złoczyńców, którzy zabili Sama. Choć z niecierpliwością czekamy aż sprawiedliwości stanie się zadość. Kibicujemy Samowi, gdy ściera się z bandytami doprowadzając ich do obłędu. To jednak nawet widząc, jak jego oprawcy i fałszywi przyjaciele cierpią i umierają, głęboko im współczuje. Oto zagubiona dusza drania wychodzi z ciała i z trudem pojmuje, że jest duchem. Nie długo trwa ten proces rozpoznania siebie w lustrze umarłych, bo oto już nadciągają te okropne zjawy, demony, wysłannicy piekieł i zabierają nieszczęśnika do siebie, wydając przy tym okropne dźwięki, zawodzenia i jęczenia. Zawsze zdumiewa mnie, jak w sumie prosty jest projekt tych zjaw, cieni, które momentami przypominają trochę halloweenowe duszki, ledwie widoczne twarze trochę jak z kościotrupa trochę jak te wycięte w dyni buźki, bez zbędnych szczegółów. Cieniste strzępy, które potem zobaczymy w „Harrym Potterze” w postaci Dementorów czy we „Władcy pierścieni” jako Nazguli. Otaczają nieszczęśnika, prześlizgują się między nim, duszą go, obezwładniają, wciągają w otchłań. A biednej, zagubionej duszy pozostaje tylko krzyk. Przeraźliwy krzyk. Sam zaciska usta, zamyka oczy, chce płakać. Chce wybaczyć, zapomnieć, nie popadać w żal. Przechodzą go ciarki. Czuje ból. Nie tak dawno żartował ze swoim kumplem w windzie na temat zaraźliwej wysypki, a teraz widzi jak jego towarzysz odchodzi w otchłań, przerażony, zgubiony przez chciwość. Bo żaden człowiek, nawet najgorszy drań nie zasługuje na taką okropną karę, jak spotkanie z tymi zjawami. Ale to nie Sam ustala reguły. Już widzi światło, otworzył się tunel, być może do jakiegoś lepszego miejsca, o którym zapomniał na jakiś czas. Teraz gdy dopełnił swych spraw, gdy po raz ostatni przytulił Molly, jest gotów. Chętnie byśmy zobaczyli, dokąd trafi. Może kiedyś się z nami skontaktuje za pomocą EVP.
Komentarze
Prześlij komentarz