1492. WYPRAWA DO RAJU



Monotonny rytm, hiszpańska gitara zaczepiająca znudzone ucho, leniwy głos starca przywodzący na myśl wszystkie mądrości i świszcząca fujarka w utworze „Moxica and the Horse” Vangelisa. Uparcie wpatrujący się w pustkę Krzysztof Kolumb (Gerard Depardieu), ściskający coraz mocniej sznury. Dookoła morze i mnóstwo wątpliwości. Czy tak bardzo się pomylił, czy uparcie wierzył w swój sen? Co czuł wtedy, gdy jego wizja nie mogła dogonić horyzontu obietnicy? Co czuł tam na statku wpatrzony w marzenie, podczas gdy jego załoga w duchu go przeklinała, cierpiąc katusze, choroby, głód. Po co to wszystko? Nie lepiej było zostać w swojej ojczyźnie?

Ale żeglarza nie zrozumiesz, zwłaszcza gdy jest to ambitny żeglarz, który zbyt długo czekał na swoją życiową szansę. Włoski żeglarz na usługach Hiszpanii. Mówią, że najlepszym domem żeglarza jest jego statek, kajuta, parę map, kwadrant, kompas, ubranie na zmianę, a nade wszystko nadzieja na odkrycie nowego lądu i wierność przygodzie oraz morzu. Kolumb swoją przygodę na morzu zaczął jako przedstawiciel banku Centurionich. Odbywał wiele morskich podróży w celach handlowych. Port, po porcie. Takim poważnym portem w życiowej drodze Kolumba było małżeństwo z Filipą Perestrello da Moniz, która urodziła mu syna Diega. Filipa należał do portugalskiej szlachty, co pomogło Kolumbowi w dostępie do portugalskich map i poznawaniem nowych szlaków oraz dowodzeniem portugalskimi statkami. A wszystko to bez wątpienia miało zaprocentować w przyszłości. Pięć lat po zawarciu małżeństwa, Filipa zmarła. Kolumb został sam z synem. Czyżby to był ten moment by ruszyć w jakąś niezwykłą podróż i zapomnieć o śmierci żony? Tym razem remedium na ból po stracie, okazał się wolny związek z Beatriz Enríquez, która z kolei urodziła mu syna Fernanda. Kolejny port, by poczuć ciepło miłości, by wiedzieć zawsze, że ktoś czeka. Ale i cierpliwa Beatriz musiała się przekonać, że związek z żeglarzem nigdy nie jest rutyną w domu.

Żeglarza nie zatrzymasz w żadnym porcie. On musi ruszać dalej. Ambicja mu nie pozwala. „Krzysztof”, w imieniu tym zawiera się Krzyż, wirująca róża wiatrów na tarczy kompasu.

 


 

„A morze daje każdemu nową nadzieję, tak jak noc przynosi sny o domu”

 

Może to niezwykła ruletka, gdzie można zyskać bardzo wiele lub zniknąć w jej ciemnej otchłani. Ale co tam. Indie już czekają, błyszczą złotem i pachną wonnymi przyprawami, pieprzem, cynamonem, goździkami i wanilią. Bartłomiej Diaz już opłynął Przylądek Dobrej Nadziei. Czas na ciebie Krzysztofie!

I chociaż najwyższa rada na uniwersytecie w Salamace odrzuciła argumenty Kolumba na wyprawę w poszukiwaniu zachodniej drogi morskiej do wschodniej Azji (według ówczesnego nazewnictwa – do Indii, gdyż pod tą nazwą w jego czasach rozumiano całość południowego, południowo-wschodniego i wschodniego wybrzeża Azji aż po Kataj – obecne Chiny i Cipangu – dzisiejszą Japonię), To znalazła się inna, równie uparta i ambitna kobieta, która niedawno świętowała zdobycie Grenady. Izabela Kastylijska (Sigourney Weaver, późniejsza, przybrana matka Mojżesza w „Exodusie” Scotta) okazała tą kolejną ważną kobietą w życiu Kolumba, która umożliwiła mu samorealizację.

 

Niech płynie i przywiezie tyle przypraw i złota, byśmy stali się potęgą, imperium!

 

 

Złoto, złoto, złoto. Legendy o złotych dachach, które oślepiają chciwych żeglarzy. Kto jeszcze wsiądzie na nasz statek? W tle słychać patetyczne zawodzenie chórów. To najbardziej znany motyw muzyczny z całej ścieżki dźwiękowej autorstwa Vangelisa. Jest w tej melodii coś takiego, co doskonale podkreśla ludzki wysiłek. Podążamy za naszym marzeniem, jest ciężko, ale ufamy, że któregoś dnia słońce rozświetli nasze twarze i znajdziemy raj. Tą nadzieję słychać zwłaszcza w „trąbach” syntezatorów, które jednak zgrabnie wpasowują się w klimat tego filmu historycznego, gdzie raczej powinny dominować instrumenty dawne jak lutnia, harfa, flety, czy wreszcie hiszpańskie gitary. Vangelis to wszystko umiejętnie miesza, zachowując wciąż tą niezwykłą przestrzeń w muzyce, która dobrze oddaje nastrój na pustym morzu.

 


To nie pierwszy rejs Vangelisa statkiem z dawnej epoki. Osiem lat wcześniej skomponował muzykę do „Bounty” (1984 r.) podkreślając swoimi syntezatorami dramatyczny rejs, który zakończył się buntem. W tym filmie też wydawało by się, że powinniśmy usłyszeć przede wszystkim instrumenty z dawnej epoki, a jednak Vangelis wszystko zgrabnie opracował na swoich klawiaturach, dodając gdzieniegdzie akustyczne instrumenty, jak choćby kotły czy gongi, ukazujące ciemną otchłań, w którą zanurza się statek, a wraz z nim nadzieja na powrót do domu. Christian Fletcher (Mel Gibson) już zdecydował, że nie wróci do Anglii. Rozstał się z jednym domem, by założyć dom na zupełnie nieznanej wyspie.

A trzysta lat wcześniej Krzysztof Kolumb wypatrywał brzegu tej nieznanej wyspy która przyniosłaby mu chwałę, majątek oraz tytuły państwowe. Kadłub statku zatapia się w falach, a potem znów wynurza, w żagle uderza nowy podmuch, jakbym słyszał dźwięk dzwonu, jakby sam Bóg dawał powód, że jednak jest sens, by dalej płynąć. Nawet Alonso, marynarz, który wiecznie narzekał, zabiera się do pracy. Sceptyczny Pinzon uśmiecha się pod nosem. Dobrze wie, że Kolumb oszukuje przy pomiarach, by uśpić czujność załogi. Niewiele już zostało zapasów jedzenia. Nie da się zawrócić. Trzy Galery płyną po złotej tafli obietnic w kierunku zachodzącego słońca.

Kolumb to marzyciel, można mu wiele wybaczyć. Przemawia do swojej załogi, jak natchniony poeta. Wreszcie między mgłami, niczym sen objawia się ląd. Ocean Atlantycki pokonany. Przed nami Indie Zachodnie, wybrzeża Ameryki. Wszyscy krzyczą, radują się, wyskakują ze statków i chciwie rzucają się na brzeg, klękają, kładą się na piasku, który w blasku słońca przypomina złoto. Wreszcie gdzieś dotarliśmy. 

 


 

Wyruszyliśmy 3 sierpnia, a dziś jest 12 października. Jesteśmy na brzegach wyspy San Salvador, znajdującego się w archipelagu Bahamów, które Kolumb uznał za jedną z wysp japońskich.

 

Tylko co dalej?

 

Pozostaje najtrudniejsze.

 

Trzeba się jakoś dogadać z tymi nagimi ludźmi, którzy poruszają się zwinnie jak zwierzęta między drzewami. Jak ich oswoić, jak do nich przemówić? Są oni prawie tacy sami jak my. Niechciane odbicie w zwierciadle. Czujemy się względem nich lepsi. Oto przybyliśmy oświeceni i mądrzejsi w naszych pięknych szatach i nawrócimy tych dzikusów na naszą lepszą drogę. Doprawdy? Czy rzeczywiście jesteśmy od nich lepsi? Kapitan Kolumb nie chce używać siły ani gwałtu. Chce się zaprzyjaźnić. Udaje niby turystę zachwyconego tym wszystkim, co dookoła siebie widzi. Marynarze bawią się z dziećmi i uczą się od myśliwych, jak zabijać za pomocą strzały, gdy z pistoletu tylko pudłują i robią mnóstwo hałasu. Cywilizacja sięga do korzeni. Wycisza się i próbuje się wczuć w zwierzynę, którą chce upolować.

Ale w tej miłej wizycie jest też sporo hipokryzji, bo przecież Kolumb przybył tu ze swoimi ludźmi, by znaleźć cenne kruszce, inne odmiany warzyw, przypraw, by w końcu pod rozkazem samej Królowej Izabeli wziąć we władanie tą ziemię i ludzi. Nie dziwne, że miejscowi są bardzo podejrzliwi, gdy Kolumb proponuje, że zbuduje tu fort i sprowadzi więcej marynarzy i robotników, jakby ta ziemia zawsze należała do nich. Nawet wąż atakuje jednego z żołnierzy, jakby to był znak, że nie ma tu miejsca dla nowej cywilizacji. Jesteśmy niczym wobec tej dzikiej natury.

I rzeczywiście, gdy Krzysztof przybywa tu raz jeszcze z większą liczbą ludzi i ekwipunkiem, by rozpocząć budowę nowego świata, to z przerażeniem odkrywa, że po jego załodze, która miała tu wcześniej zbudować fort, pozostały jedynie czaszki. Wedle relacji wodza plemienia, z którym już nawiązał w miarę przyjazne stosunki, wyspę najechało inne karaibskie plemię kanibali, które uwielbia urządzać takie rzezie. Ale część żołnierzy i szlachta nie wierzy zeznaniom wodza. Uważają, że to jego plemię próbuje skutecznie zniechęcić Kolumba przed kolonizacją ich ziemi i chrystianizacją.

Mimo wszystko Kolumb nie poddaje się i wznosi powoli nowe domy i Kościół. Trzeba głosić słowo Boże ludom, które Boga widzą i czują w naturze. „Niech żyje nam gubernator moskitów”, wznosi ironiczny toast dumny szlachcic Adrian de Moxica (Michael Wincott, Top Dollar) wraz ze swoim towarzyszem Gueverrą (Arnold Vosloo, późniejszy „Mumia”). Ci dwaj próżni szlachcice robią wszystko, by skompromitować Kolumba, który szlachcicem się nie urodził.

Ale zbuntowana szlachta to nie jedyny problem Kolumba. Podczas gdy jedno plemię współpracuje z nowymi robotnikami, inne z kolei przybywa, by znów zabijać i niszczyć. Niefortunna to lokalizacja dla nowej ojczyzny handlu. Nie tak łatwo oswoić te bestie, co bardzo cieszy sceptyczną szlachtę, która tylko czeka na kompromitację nowego gubernatora przed królową.

I już pewnie szykuje się donos, gdzie troskliwy nadawca stwierdza wprost, że oto Krzysztof Kolumb jako Gubernator, pierwszy namiestnik hiszpańskich kolonii w Ameryce Środkowej sobie nie radzi. Po tylu trudach na morzu, jeszcze większa męka czeka człowieka na lądzie, by zbudować tu nowy, być może lepszy świat. Tam gdzie różni ludzie, tam zaczyna się piekło. Dookoła panuje chaos. A gdy dobrocią się nie da, krzyż miłosierdzia zamienia się w miecz i przemoc. Im bardziej Kolumb chciał zapanować nad tym wszystkim, by się wybić jako idealny zarządca, tym bardziej stawał się autorytarny i zrażał do siebie załogę. W końcu na nowe tereny przybył wysłannik królewski, ambitny sędzia Francesco Bobadilla, aby zakończyć ten cyrk i aresztować Kolumba.

Naszemu bohaterowi udało się zrealizować w sumie cztery wyprawy, w których opłynął Kubę, Haiti, wybrzeża Wenezueli, Panamy i Hondurasu, które wszyscy w tamtym czasie uznawali za azjatyckie. Dopiero po latach Amerigo Vespucci rozpoznał, że Kolumb odkrył zupełnie inny, nieznany ląd, nazwany Ameryką. Ale nie ma czego żałować. Dokonał wiele, zainspirował kolejnych żeglarzy do podróży i odkryć, a jego brat Bartolomeo w 1496 założył na Haiti miasto Santo Domingo, będące najstarszym hiszpańskim miastem w Ameryce. Kolumb miał co wspominać na stare lata, nawet gdy trochę zgorzkniał. To niezwykłe wspomnienie, gdy zza mgieł wyłaniał się nowy ląd. Nadzieja na coś innego. Dreszcz podniecenia i spotkanie z nieznanym

Ridley Scott snuje nam tu słodko-gorzką opowieść o marzeniach i ambicjach, by gdzieś dalej poza tym starym, zakurzonym światem, stworzyć coś lepszego. Zebrać doświadczenie, mądrość pokoleń i zaszczepić na tych nieznanych ziemiach esencję człowieczeństwa i cywilizacji. I przy okazji rzecz jasna ubić niezły interes. Ale jak zwykle kończy się to wyzyskiem, niewolnictwem i tymi wszystkimi wygodnymi sloganami.

Ale gdzieś dotarliśmy, nieprawdaż? Ułożyliśmy trochę cegieł, zasialiśmy zboże. Trochę posunęliśmy się do przodu, by spojrzeć z jeszcze większą tęsknotą za naszym domem i smakiem chleba.

 

 

 

 

 

 







Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOLNY DZIEŃ FERRISA BUELLERA - DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI ŻYCIA NASZEGO

I STANIE SIĘ KONIEC

DOBRANOC MAMUSIU. CZYLI JAK ODEJŚĆ NA WŁASNYCH WARUNKACH