JOAN Z ARKADII

 


Jeśli kojarzycie takie seriale jak „Siódme niebo”, „Dotyk anioła”, „Podróż do Ziemi Obiecanej”, czy „Autostradę do nieba” to „Joan z Arkadii”, wyprodukowana przez CBS jest zgrabnym połączeniem tych wszystkich serii. Po bloku reklamowym, gdzie starali się ciebie przekonać, żebyś koniecznie kupił paczkę chipsów, wchodzisz po cichu do domu Joan Girardi. Spokojnie, nie łamiesz prawa. Obserwujesz, co tym razem się stanie. A stało się już wiele. Starszy brat Joan, Kevin miał wypadek samochodowy i dziś jeździ na wózku. Wszystkim ciąży to okropne wspomnienie tamtej deszczowej nocy, gdy do ich domu zastukała policja, oznajmiając, że Kevin i jego pijany kolega mieli wypadek samochodowy. Dwa lata po tym wypadku rodzina Girardich przeprowadził się do Arkadii, jakże wymowna nazwa miejsca, w którym można by zacząć wszystko od nowa. Will Girardi, w tej roli Joe Mantegna, którego ostatnio podziwialiśmy w serialu „Zabójcze umysły”, gra tu również stróża prawa, a konkretnie komendanta policji. To pierwsze kierownicze stanowisko Willa, który w nowej mieścinie jest zupełnym outsiderem, nie związanym żadnymi układami. Will stara się być „prawym szeryfem”, ale zaczyna rozumieć, że nie wystarczy tylko łapać przestępców, trzeba też ich odpowiednio „sklasyfikować” w raporcie, by tak ich pogrążyć mocniej przed sądem. Charakterystyczne jest, że często sceny z Willem Girardim w akcji, czy to na posterunku, są filtrowane na kolor zimno niebieski, bije od nich chłód, bo przecież nie kto inny, jak właśnie policjant na każdym kroku widzi zło w akcji. Nie dziwne, że Will już od dłuższego czasu nie wierzy w Boga. Choć może coś w nim drgnęło, gdy jednak jego syn przeżył wypadek? O ile Will to bardziej typ flegmatyczny, to jego żona, Helen (Marry Steenburgen) jest typem neurotyczki. Artystka, malarka, w przeszłości również brutalnie doświadczona, zgwałcona. Poznajemy ją, jako matkę trojga dzieci, która stara się za wszelką cenę utrzymać domowe ognisko po ostatniej tragedii, jaka ich spotkała. Ta świadomość, że o mały włos nie straciła syna, wciąż w niej drży i alarmuje ją, by cały czas troskliwie czuwać nad swoimi dziećmi. Ma ku temu okazję, bo pracuje w tej samej szkole, do której chodzą jej młodsze dzieci, główna bohaterka Joan (Amber Tamblyn), oraz jej młodszy brat Luke (Michael Welsch), który jest kujonem. Na początku wydaje się być zupełnie bezproblemowym dzieciakiem, lekceważonym przez innych, bo wciąż gadającym o chemii i fizyce. Lekceważony do chwili, gdy nie odkryje chemii miłości do pewnej zbuntowanej dziewczyny, ale to dopiero za kilkanaście odcinków. Póki co skupmy się tym, co jest tu i teraz przed nami. Tylko pomyślmy, gorzej być nie mogło, czyż nie? Mieć brata kujona i matkę, sekretarkę w szkole, która widzi, jak się spóźniasz i jak po nieudanej klasówce musisz iść do wicedyrektora Pana Price’a, by go zapewnić, że się poprawisz. Co za obciach. Do tego, tata policjant stojący na straży prawa. Lepiej być grzeczną dziewczynką. No i jeszcze starszy brat, Kevin, nieco cyniczny, zmagający się ze swoim kalectwem. Gorzej być nie mogło? Nie do końca, bo oto nagle Joan się przekonuje, że ktoś ją śledzi. Może ma to związek z jej ojcem, komendantem policji, który się komuś naraził? Do głowy by nie przyszło Joan, która bardziej jest zajęta plotkami i ciuchami, że właśnie do niej przyszedł Pan Świata. Jakiś nieznajomy oznajmia jej wszem i wobec, że jest Bogiem. A który facet tak nie myśli, gdy chce zaimponować dziewczynie i rozpalić w niej wiarę do siebie samego? Po kilku takich przepychankach słownych, Joan wreszcie sobie zdaje sprawę, że nie ma do czynienia z podrywaczem, a Bogiem, który ma ją cały czas na oku. Inaczej mówiąc, nie masz dokąd iść i wszystko, co powiesz, zostanie użyte przeciw tobie. Więc lepiej słuchaj Boga. Oto Joan Girarrardi z Arkadii ma niejako powtórzyć los Joanny d’ Arc.

Producentka i scenarzystka Barbara Hall zawarła w tym pozornie lekkim serialu dla młodej widowni ciekawy koncept Boga, który jest przecież w każdym człowieku. Joan raz spotyka go w osobie pewnego przystojniaka, a innym razem jako przemądrzałą staruszkę, potem dziewczynkę bawiącą się piłką, elektryka, śmieciarza, serwisanta automatów, nauczyciela, bezdomnego czy wreszcie tego „gotyckiego” chłopaka z ostrym makijażem i fryzurą w stylu „Sid Vicious” itd. On zresztą zakańcza ten pochód różnych boskich wcieleń w ostatnim odcinku, błogosławiąc Joan na resztę życia.


Bóg jest w każdym. Jakie to proste, a zarazem skomplikowane. Każda z tych postaci, czasem bardzo irytująca, pojawia się w różnych sytuacjach, jest jak drogowskaz dla Joan, która nagle utknęła w swojej misji. A na czym te misje polegają? Przede wszystkim chodzi o to, aby nie zadawać zbyt często tego wrednego pytania „dlaczego, dlaczego?”. Bóg z uśmiechem to ignoruje i przekazuje Joan jasne instrukcje. Jedyne czego wymaga to posłuszności, ale i odrobiny improwizacji. Jednak trudno pohamować odruchowe „dlaczego”, gdy słyszy się tak absurdalne zadania, jak „zapisz na kółko chemiczne”. Joan przecież nie znosi chemii. Ale to właśnie chemia pokazuje boską zasadę działania reakcji. Bóg tworzy coraz to inne kombinacje, łańcuchy, relacje, by tak zmieniać świat. To właśnie na kółku chemicznym Joan poznaje różnych outsiderów jak niepokorną Grace czy Adama, artystę tworzącego ze złomu, który powszechnie uważany jest za narkomana. Ale to właśnie ci dziwacy staną się najlepszymi przyjaciółmi dla głównej bohaterki. Ale również na tym kółku Joan odkrywa na nowo relację ze swoim bratem kujonem, który dotąd był dla niej trochę jak przybysz z innej planety. Jedno spotkanie prowadzi do kolejnego i tak coś zmienia się na lepsze. Jeszcze ciekawsze jest, gdy Joan otrzymuje zadanie zbudowania łodzi. To jeszcze większy absurd. Intrygujące, jak nastolatka ma zbudować łódź w garażu? Bóg wie, że to słuszne, ale dla nas to zupełna głupota. Co to? Powtórka z życia Noego? Musimy zostać do końca odcinka. Okazuje się, że nie jest tu tak ważny cel, co raczej proces tworzenia. Bogu chodzi o to, abyś eksplorował swój potencjał na różne strony, aż znajdziesz własną drogę i przybijesz właściwy gwóźdź. Bo nagle przy budowaniu tej łodzi spotkają się wreszcie Will Girardi i jego sparaliżowany syn, Kevin, który ostatnio odciął się od rodziców i zajął się modelarstwem. Jakby chciał odbudować swoje życie w miniaturze. Ale wciąż stoi w miejscu. Życie to nie plastikowe modele. Ma dosyć, że rodzice za niego decydują. Teraz przy tej łodzi, która bardziej przypomina awangardową rzeźbę niż użytkową łajbę, syn i ojciec mają szansę zrobić coś razem. Trochę poprzekładać deski i powbijać gwoździ, a nade wszystko trochę porozmawiać. Bo ojciec żałuje, że Kevin nie został wielkim sportowcem, a Kevin będąc na wózku, czuje, że zawiódł jego oczekiwania i marzenia.

Innym razem z kolei Bóg nakaże Joan zrobić wyprzedaż staroci, co zmusi ją do porządków w garażu, gdzie natknie się na obrazy namalowane przez swoją matkę. Nie będą to zwykłe obrazy, ale kryjące w sobie mroczną tajemnicę Helen, która została zgwałcona. To także w pełni wyjaśni jej kontrolującą postawę wobec córki, o którą cały czas się niepokoi. Kolejne oczyszczenie atmosfery w domu. Joan będzie miała też znaleźć pracę w księgarni i dostanie ją, a tym zmotywuje swojego starszego brata do wzięcia się w garść. Łańcuch reakcji zmierzających ku dobremu.

Ale nie zawsze wszystko idzie tak gładko, jakby mogło się wydawać. Bóg cały czas wystawia Joan na różne próby, narażając ją na ośmieszenie. Bo nie zawsze to, co robisz zgodnie z wytycznymi Najwyższego, spotka z uznaniem otoczenia, nawet rodziców, którzy podejrzewają, że z ich córką jest coś nie w porządku. Gorzej być nie mogło. Prawda? Ale Bóg ze spokojem szachisty tłumaczy, że boska perspektywa to całość, a perspektywa Joan to tylko pewne kawałki sytuacji, składających się na łańcuch reakcji. A tak przy okazji Joan, jak tam ostatni test z chemii?

Ale wciąż nas korci, by zapytać wprost Boga, czemu tak wszystko komplikujesz? Nie to wy ludzie wszystko sobie komplikujecie, nie widzicie całości, tylko cząstki. Kolejne zadanie, sukces, porażka to tylko części większego procesu. Nawet śmierć przyjaciółki, Judith?! Nie ma lekko. Nawet jeśli Joan została wybrana jako boskie narzędzia do spełniania planu, to wcale nie znaczy, że ma taryfę ulgową. Wręcz przeciwnie. Zdarzają się momenty kryzysowe, jak ten, gdy Joan trafia do szpitala, zdając sobie sprawę, że te wszystkie boskie nawiedzenia to był efekt psychozy. Została oszukana?! A może jednak nie?

Właśnie w takim momencie, gdy mamy tzw. Zajawkę serialu, rozpoczyna się czołówka, do której piosenkę „One of Us” śpiewa Joan Osborne. To utwór autorstwa Erica Baziliana, który wraz grupą The Hooters stał za równie „ewangelicznymi” kawałkami jak „All you Zombies” (1985) czy „Johnny B.” (1987). W innych odcinkach tło muzyczne ubogacają tacy artyści jak R.E.M. ze swoim kultowym „Everybody hurts” czy „Bruce Springsteen. Główny motyw „One of us” został także wykorzystany w ścieżce dźwiękowej do filmu „Bruce wszechmogący”. Tu zresztą warto się zatrzymać w tych powiązaniach, bo właśnie relacja Joan z Bogiem przebiega właśnie tak jak relacja Bruce’a z Wszechmocnym (Ok, Bruce ma trochę łatwiej, bo posiada moc). Jedyną bronią Joan przed absurdalnymi zadaniami, jakie zleca jej Bóg jest ironia bądź sarkazm. Dziewczyna trochę pomarudzi, ale w końcu wypełni swoje zadanie. Ale wciąż ją przeraża, co jeszcze Bóg wymyśli. Szokujące jest, gdy Bóg rzuca jajkami w auto wicedyrektora szkoły, a cała wina spada na biedną Joan, która właśnie znalazła się w nieodpowiednim czasie. Namierzona przez wszechwidzącego dyrektora Price’a musi ponieść karę, podejmując się prac społecznych. Dziękuję Boże za ten efektywny sposób spędzania czasu. Ale innym razem Bóg da Joan szansę na uratowanie pewnej dziewczyny przed wypadkiem i tak Joan zostanie bohaterką, choć szybko zrozumie, że opinie ludzi są bardzo zmienne. Raz jesteś bohaterem, potem już tylko zwykłą osobą, której nic się nie należy. Ale najważniejsze, że ty się nie zmieniasz. Kto wie, może także uratowała swojego brata, gdy dwa lata wcześniej, jadąc do szpitala tamtej okropnej nocy, targowała się z Bogiem, by wyprosić życie dla brata.

I Kevin żyje, choć byłoby wspaniale, gdyby jeszcze chodził. Ale Bóg nie może uczynić wyjątku od reguły, nie może nikogo faworyzować. Niegdyś pewny siebie, zarozumiały Kevin, obiecująca gwiazda sportowa teraz musi zacząć wszystko od początku. Musi się wysilić, by coś otrzymać. Musi zacząć zauważać ludzi dookoła siebie, zwłaszcza młodszego brata, który mimo tego, że jest geniuszem naukowym, zawsze czuł się lekceważony z powodu starszego brata. Ta ciężka droga na wózku ku normalności sprawia, że postać Kevina jest jedną najciekawszych w serialu, ale nie dajmy się zwieść, bo każdy z bohaterów tu przechodzi wędrówkę w sobie.

Jason Ritter świetnie rozgrywa swoją rolę, balansując między ironią, a pretensjami do świata. Idzie trochę śladem Toma Cruise’ a w „Urodzony 4 lipca”, zmagając się ze swoim kalectwem, ale po chwili wszystko gasi czarnym humorem. Może to też sposób na to, co działo się w życiu osobistym samego aktora. Już na początku zdjęć do „Joan z Arkadii:, zmarł jego ojciec, John Ritter, znany szerszej publiczności z kultowego „Kochanego urwisa”. Kevin w wydaniu Jasona Rittera w pewnym sensie powróci za parę lat w sitcomie „Kevin probably saves the world”, gdzie główny bohater też będzie się porozumiewał z Bogiem, by uratować świat.

Sama narracja „Joan z Arkadii” nie koncentruje się tylko na tu i teraz. Twórcy nie żałują nam retrospekcji, sennych marzeń, wizji i alternatywnych wersji tej samej historii, które jeszcze bardziej intrygują. I mimo świetnej obsady, ciekawych wątków, oryginalnych postaci, serial jednak nie cieszył się tak dużą oglądalnością, jak telewizja zakładała. Nie dano mu szansy na kolejne sezony. Skończyło się na dwóch, w sumie 45 odcinków. Niedawno świętowaliśmy piętnastolecie premiery ostatniego odcinka i widz czuje wciąż niedosyt. Telewizja to prawdziwy paradoks. Jest w stanie stworzyć całkiem obiecujący serial, dotykający „niemedialnej” sfery wiary i Boga i równie szybko jest w stanie go zakończyć, bo trochę słupki oglądalności się obniżyły. Ale może to i lepiej niż gdyby „Joan z Arkadii” miała być kręcona na siłę jak dzisiejsze tasiemce.

Każdy odcinek jest trochę jak przypowieść, lekcja, do której warto wracać i odczytywać ją na nowo, bo dialogi z Bogiem balansują tu na metaforze. Moją ulubioną była chyba ta z żonglowaniem swoimi problemami i ciężarami. Nie przejdziemy z nimi przez most życia, bo są za ciężkie. Musimy nimi umiejętnie żonglować, by tak się odciążyć. Po czym Bóg w przebraniu bezdomnego rzuca Joan świecące kule, a ona zaczyna żonglować trzema naraz, starając się ugasić ból po śmierci swojej przyjaciółki, Judith, która przedawkowała narkotyki. Ciekawostką jest, że w tej scence w Boga wciela się Russ Tamblyn, ojciec Amber Tamblyn , odtwórczyni Joan. To trochę tak, jakby prawdziwy ojciec udzielał córce życiowej porady, dotyczącej żonglowania ciężarami, jakie na nas spadają. Jeśli bowiem nie nauczymy się tej żonglerki, przytłoczy nas ból, złość i wreszcie grzech.

Dopiero w dwóch ostatnich odcinkach pojawia się spersonifikowany antagonista Boga, czyli zło, Szatan w osobie gwiazdy „Skazanego na śmierć”, Wentwortha Millera, który ze swoim urokiem przekonuje większość otoczenia do siebie. A sam fakt, że uratował on Adamowi w górach życie, również powinien za nim świadczyć. Jednak przy Joan szybko się demaskuje i obiecuje jej wielką walkę o duszę, po czym odchodzi przed siebie przy silnym wietrze, w rytm piosenki Bruce Springsteena „Trapped”. Tak kończy się cały serial. Jednak Joan przez te wszystkie epizody zdołała nabrać doświadczenia i zebrała przy sobie silną armię przyjaciół, z którymi może pokonać złego ducha. Błogosławiona Joan.

 

 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOLNY DZIEŃ FERRISA BUELLERA - DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI ŻYCIA NASZEGO

I STANIE SIĘ KONIEC

DOBRANOC MAMUSIU. CZYLI JAK ODEJŚĆ NA WŁASNYCH WARUNKACH