NASTĘPNY DO RAJU

Marek Hłasko zabiera nas jak zwykle w nieprzyjazne i nudne scenografie, gdzie ma się rozegrać dramat jednostki nienawidzącej swego losu i miejsca, w którym przebywa. Tym razem jesteśmy w bazie transportowej, gdzie każdego dnia kierowcy przestarzałych ciężarówek, przewożąc drzewo w ciężkich warunkach pogodowych, codziennie ryzykują życie. Dookoła biało, zima, czasem zamieć, górskie, niepewne drogi. Jakieś siarczyste przekleństwo pod nosem i znów do roboty. Tak ciągną swój żywot Warszawiak, Dziewiątka, Orsaczek i Apostoł, licząc się z tym, że w najbliższych dniach może znowu pożegnają kogoś ze swego skromnego grona. Nikt tu nie mówi sobie po imieniu, a może w ogóle nie chcą pamiętać swoich imion i dawnych żywotów. Tu lepiej nie przywiązywać się do siebie za bardzo. Byłeś, jutro cię nie będzie. Przyjdzie kto następny. Tak już jest w tych szeregach. Nie dość, że muszą transportować drzewo, to czasem również muszą zamienić się w grabarzy, którzy zapakują kolejnego nieszczęsnego kierowcę do skrzyni. Tu nie ma życia. To rosyjska ruletka, do której już się przyzwyczaili, zatapiając swoje smutki w alkoholu. „Cena strachu”. Robota, potem picie i spanie. Czasem na ostrym zakręcie człowiek jeszcze poczuje ten dreszcz, jakby pragnienie życia się dopominało o nich, ale potem znowu trzeba jechać. Jechać w tą białą otchłań. Co za paradoks, że pośród tej bieli śniegu człowiek jest jak zjawa, niewidoczny, blady i dopiero gdy się skaleczy, zostawi ostry czerwony znak po sobie. Chociaż tyle na tej białej bezdusznej karcie, niczym cyrografie. Tak, jeśli tu przybyłeś, to tak, jakbyś zaprzedał już swoją duszę temu dziwnemu miejscu.

A może uciec gdzieś tam daleko? Chciałoby się. To białe, zimne, nudne miejsce wręcz prosi się o to, by wypełnić się marzeniami ludzi, którzy tu codziennie przebywają. Biel jest nie do zniesienia, więc od czasu do czasu służy jako płótno do wyświetlania snów Uciec stąd nie tak łatwo, bo i tak nie wiadomo, jakie życie by czekało tych wykolejeńców gdzieś w mieście. Przez te wszystkie lata nie byli w stanie pokierować swoim życiem dobrze, albo tracili ster, albo wpadali w tarapaty, dramatyczne okoliczności, wojna, za dużo pili, nigdzie nie mogli zagrzać miejsca, więc w końcu trafili tutaj. Do bazy transportowej, gdzie zgłaszają się najwięksi desperaci, odludki z kryminalną przeszłością, nieprzystający do tego zwyczajnego życia. Tu chociaż przez chwilę czuć te emocje, że życie i śmierć biją się o ciebie każdego dnia. No i Partia nie daje o sobie zapomnieć, przysyłając swojego człowieka o ironicznym nazwisku Zabawa. Zabawa ma dopilnować, by wypełnić plan do końca i przetransportować drzewo. Ha, ha! Zabawa pilnuje pracy. Tak Panowie, przybył do nas Zabawa i to jeszcze z obrażoną żoną Wandą. Zatem będzie i o Wandzie, co nie chciała Zabawy w tym okropnym miejscu.

Z początku, gdy Zabawa przybywa do bazy, wszyscy myślą, że to zwiastun lepszych zmian. Że może kierownictwo wreszcie dostarczy lepsze samochody, bo na tych gratach to tylko do grobu można pojechać. Ale jednak nie. Kierownictwo przysyła jakiegoś faceta, który ma dopilnować już i tak mocno zirytowanych bohaterów, by wypełnili plan. Na dokładkę przybywa z nowym człowiekiem, niejakim Partyzantem. Ale co z tego. Tu trzeba lepszego sprzętu a nie ludzi, którzy jak mięso armatnie, za chwilę polegną.

Zabawa zupełnie głuchy na ich argumenty o wadliwym sprzęcie, chce się wykazać, w końcu Partia na niego liczy. Zabawa zamierza doprowadzić wszystko do końca, nawet swoje małżeństwo. Żona już się do niego nie odzywa. Trafiła z nim na to zesłanie. Trudno, tak wybrał. Oto zasiadł do rosyjskiej ruletki nowy gracz, który będzie obserwował, jak jego towarzysze niedoli po kolei będą odpadać na rozklekotanych autach. Jedyna kobieta w tym brutalnym towarzystwie powinna łagodzić obyczaje, tymczasem ona każdego z nich: Dziewiątkę, Orsaczka, Warszawiaka próbuje przekonać do wspólnej ucieczki, by tak sprzeniewierzyć się mężowi i wybrać życie z dala od tego miejsca. Rozdarci między pracą, a marzeniem o wolności, którą roztacza przed nimi piękna kobieta, stracą zupełnie dusze. Zupełnie, jakby byli pionkami w małżeńskiej rozgrywce między służbistą Zabawą a jego żoną. Jedni zginą, drudzy przez nieuwagę i pijaństwo zmarnują swoje marzenia o własnej Taksówce i warsztacie. Biedny Orsaczek. Tak długo ciułał tą kasę i wciąż go nie stać na porządny wóz, którym mógłby wjechać w nowe życie. Ale spokojnie wyjedzie taksówką, ale do Urzędu Bezpieczeństwa, by się wytłumaczyć ze swojego wybryku niszczenia portretów miłościwie panujących nam włodarzy.

Zresztą o co tu mieć pretensje? O tą nędzę życia, która dookoła? Iiii tam. W końcu przyjadą nowe wozy do bazy, do bazy pełnej umarłych, bo prawie wszyscy zginęli albo wybyli gdzieś przed siebie, by szukać gdzie indziej takich samych miejsc, gdzie znów zmarnują parę lat, wyczerpią arsenał przekleństw, papierosów i wódki. Przyjechały nowe wozy jak marzenie dla tych, których już nie ma. A i Zabawa ze swoim uporem do dokończenia karkołomnego zadania jakby umarł, jakby przestał wierzyć w to wszystko, co kiedyś robił. Dopiero pod koniec tej historii Zabawa i Warszawiak jako jedni z ostatnich na tym placu boju przedstawiają się sobie po imieniu. Stefan i Tadeusz. Teraz trudniej się pożegnać, gdy zna się swoje imiona w tym strasznym miejscu, które tak zbliża do siebie ludzi.

 

 

 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOLNY DZIEŃ FERRISA BUELLERA - DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI ŻYCIA NASZEGO

I STANIE SIĘ KONIEC

DOBRANOC MAMUSIU. CZYLI JAK ODEJŚĆ NA WŁASNYCH WARUNKACH