ALE JAZDA! INTERSTATE 60. PORADNIK DLA WSZYSTKICH ZAGUBIONYCH ABSOLWENTÓW

 


 

„Chodzi o to, abyś podążał za swoim talentem, za swoim błogosławieństwem, jakby powiedział Joe Campbell. Gdy jesteś młody, najtrudniejsze jest wiedzieć, co masz robić w życiu i nigdy nie wiesz do końca, co to może być. Ale jeśli podążasz za rzeczami, które cię cieszą – nie jestem pewien, czy kogokolwiek cieszy samo zarabianie pieniędzy – myślę, że ważniejszy jest proces. Jeśli znajdziesz proces, znajdziesz siebie”.

 

 

Tak mówił George Lucas (w wywiadzie z Billem Moyersem w programie „Mythology of Star Wars”). A przecież droga Lucasa nie była od początku ukierunkowana na film. Jak każdy młody człowiek, miał wątpliwości co do swojej przyszłości. Fascynowały go samochody, chciał być kierowcą wyścigowym. (ten motyw samochodowy potem wykorzystał w „Amerykańskim grafitti”). Ojciec Lucasa zachęcał go, aby razem z nim prowadził sklep z artykułami biurowymi. To była pewna robota, w której można było osiągnąć spory sukces. Niejeden wygodniś przystałby na tą propozycję, by mieć święty spokój, a jednak Lucas wybrał coś innego i dzięki temu (stety lub niestety) co parę lat znowu słyszymy o Mistrzach Jedi.

Czemu właśnie Lucasa wybrałem sobie za motto tej opowieści? Może dlatego, że ten reżyser to w pewnym sensie dla mnie patron „kina magicznego”, które tak mocno powróciło do dawnej mitologii, do eposów rycerskich, do baśni, by pokazać je światu w nowy sposób. Oto młodzieniec na rozstajnych drogach, który podąża za głosem mistrza, by wreszcie usłyszeć swój wewnętrzny głos pośród kaskady laserowych pocisków.

Gwiezdną scenerię na razie zdejmijmy z blue screenu i dajmy motyw z drogą prowadzącą gdzieś w dal. Dokąd ona prowadzi? Na to pytanie odpowie nam Bob Gale, scenarzysta kultowego „Powrotu do przyszłości”. „Interstate 60”, czyli „Ale jazda! Spotkania na drodze” to właściwie debiut reżyserski Gale’ a i wydaje się, że całą tą dziwną filmową baśń reżyser dedykuje właśnie debiutantom, którzy ścierają się ze swoją drogą lub jeszcze jej szukają. Bardzo dobrze pamiętam, kiedy obejrzałem ten film po raz pierwszy. To był maj 2012 roku, czyli dokładnie dziesięć lat od premiery (2002). Zbliżałem się dużymi krokami do końca studiów. Jeszcze parę wpisów, formalności, puste sale. I wciąż napięte nerwy, bo nie miałem tej kropki nad „i”, czyli nie miałem jasnej wizji na pracę magisterską, a tym bardziej nie miałem dobrego planu na przyszłość. „Bez planów życie to cały mój plan” jak śpiewał zespół IRA w utworze „Parę chwil”. Wstyd, po prostu wstyd. Czułem, że mogę być każdym i nikim. Znalazłem się na morzu możliwości profesji, które trudno nazwać konkretnymi i pewnymi. Okropne uczucie, gdy nie wiesz, co masz ze sobą zrobić, bo nawet jeśli gdzieś trafisz, odbębnisz swoje obowiązki, to czy wytrzymasz na sto procent, jak wymagał tego od ciebie Team Manager? Jakieś zakłócenia na falach. I znów na pełne morze. Aż niedobrze się robi, gdy łajba kołysze, istna Barka Dantego i żadnych znaków przed tobą i nad tobą.

Jeszcze inaczej jest, gdy wiesz, co chcesz robić, masz dokładny plan (punkt po punkcie), a mimo to wszystkie okoliczności, sytuacje sprzysięgają się przeciw tobie, jakby sam Bóg się śmiał z twoich ambicji. Tak jak to widzimy w filmie z tego samego roku (2002) „Kwaśne pomarańcze” w reżyserii Jake’ a Kasdana (syna Lawrence’a Kasdana, scenarzysty „Imperium kontratakuje”). Główny bohater, nad wyraz dojrzały Shaun (Colin Hanks) ma wszystko poukładane, priorytety, pasje, naukę, zdane egzaminy, wszystko jak w zegarku. Uparcie dąży do tego, aby dostać się na swoją wymarzoną uczelnię (Stanford) i studiować pisarstwo. Tyle, że nagle wszystko idzie jak po grudzie. A to pani sekretarka pomyli nazwiska uczniów przy wysyłaniu wyników z egzaminów końcowych i nasz bohater-prymus nagle stanie się nieukiem. Jego rodzina nie jest całkiem normalna. Rodzice się rozwiedli, znerwicowana, wiecznie pijana matka mieszka ze sparaliżowanym Bobem, który ciągle przyjmuje jakieś lekarstwa, ale przynajmniej ma dość kasy. Jedyny rozsądny powód, by z nim zostać w jego rezydencji. Ojciec natomiast mieszka gdzieś daleko z młodszą kobietą. Brat to entuzjasta narkotyków i trudno na nim polegać. Shuan pragnie wreszcie wydostać się z tego rodzinnego horroru. Na każdym kroku musi walczyć z absurdalnymi wypadkami, zupełnie jak biedny Kevin, ale to nie dziwne, w końcu jego neurotyczną matkę gra Catherine O’Hara.., a w ojca wciela się John Lithgow, ten sam, który grał głowę rodziny w „Trzeciej planecie od słońca”. Oj śmiechu jest co nie miara, ale i w tym całym zamieszaniu pobrzmiewa filozoficzne pytanie: „Czy na pewno to jest ci potrzebne do osiągnięcia szczęścia?” Może trzeba odpuścić, zaczekać, jak potoczą się dalsze losy? Emerson pisał w swoich „Esejach”, że jeśli jesteśmy czymś mocno zaabsorbowani, jeśli szukamy odpowiedzi, w końcu otrzymamy znaki. Zwykła ulotka, graffiti na ścianie, billboard, piosenka w radiu. Czasem je lekceważymy, a czasem ta podpowiedź zjawia się w idealnym momencie, gdy w głowie taki mętlik. Tak jak w tym tekście teraz chwytamy się różnych analogii i skojarzeń. A gdzie meritum? Gdzie główna autostrada, po której będą gładko sunęły nasze myśli? Odpowiedź brzmi: Teraz. Start!

Neal Olivier (James Marsden) kończy 23 lata, jest synem wziętego prawnika i ojciec liczy, że i syn pójdzie w jego ślady. Póki co Neal wiedzie żywot artysty. Mieszka w kawalerce, pracuje w magazynie na wózkach widłowych, a po robocie maluje. A wszystko po to, by uniezależnić się od wpływowego ojca. Wciąż jednak nurtuje go fundamentalne pytanie: co ma w życiu robić? Czemu ma się poświęcić na poważnie? Ma bogatych i troskliwych rodziców, kochającą siostrę i dziewczynę, studiującą psychologię, która zawsze jest gotowa przeprowadzić mu psychoanalizę i obrócić wszystkie obawy w żarty. Ale mimo tej wygodnej sytuacji, Olivier czuje wciąż jakiś dyskomfort. Dręczy go pytanie… QUEST…ION. To pytanie, jak twierdzi przywoływany już przez nas i Lucasa, Joseph Campbell, autor „Bohatera o tysiącu twarzy” jest jak wyzwanie. Bohater musi je podjąć, przyjąć zadanie, ruszyć w podróż i odnaleźć to, czego tak bardzo szukał. A jeśli tego nie zauważymy? Jeśli się spóźnimy na tą szansę, jak na pociąg w jednej z alternatywnych wersji „Przypadku” Kieślowskiego? „Czy zrobisz to, czy tego nie zrobisz, zawsze będziesz żałował” – pociesza nas Kierkegaard. Motto, jakie pobrzmiewa z tego filmu zaliczającego się gatunku „kina drogi” to poznasz siebie dopiero w niezwykłej podróży. Pytanie brzmi, jak rozpocząć tą podróż, dokąd się udać?

W dniu urodzin Neal wypowiada życzenie, chce odpowiedzi na życiowe pytanie: CO MA W ŻYCIU ROBIĆ? Olivier senior naciska go, aby wstąpił do towarzystwa prawniczego Bradford, stamtąd ma już wspaniały start na uczelnię i studia prawnicze. Aby jeszcze bardziej przekonać syna, ojciec daje mu w prezencie czerwony kabriolet BMW. Całkiem nieźle, ale to tylko jeden z wielu efektownych gadżetów, które mącą w głowie, a nie dają bohaterowi prawdziwego znaczenia w jego życiu.

Co naprawdę chcesz robić? Straszne pytanie, które zatka usta nawet wygadanemu „Buntownikowi z wyboru”. Pytanie wyzwalające w nas odpowiedzialność za siebie i za innych. Gdy tylko Neal zdmuchuje świeczki na torcie urodzinowym, wypowiada życzenie otrzymania odpowiedzi na swoje życiowe pytanie: „co chciałby robić w życiu?”. Dobrze się składa, bo na przyjęciu jest pewien jegomość, O.W. Grant (w roli kelnera), który spełnia życzenia. Jego inicjały to skrót od wyrażenia „one wish grant”. A życzenie Neala bardzo mu się spodobało. To zupełnie inne życzenie niż te, które dotąd słyszał w stylu: daj forsę, seks, samochód. Co za nuda! To gotowe produkty, zamiast interesującego procesu. Proście, a będzie wam dane. Ale wypowiadając życzenia, bądźcie ostrożni. Ludzie często sami nie wiedzą, czego chcą, stąd ich życiowe frustracje.

Już na samym początku filmu dostajemy takie ostrzeżenie. Oto Pan O. W. Grant o sympatycznej twarzy Gary’ego Oldmana jedzie sobie na rowerze i pali fajkę. Jest piękny słoneczny dzień, ale niektórzy nawet w takie piękne dni doświadczają nieustannego stresu. Biznesmen, pan Baker (Michael J. Fox) prowadząc ożywioną rozmowę przez telefon, nie zauważa nadjeżdżającego Pana Granta. Otwiera gwałtownie drzwi samochodu i potrąca rowerzystę. Panowie odchodzą na bok, a po chwili nadjeżdża rozpędzona ciężarówka, która miażdży rower Granta i telefon Bakera. Co za podły dzień! Ale podobno nic nie dzieje się bez przyczyny. Może tak miało być, może ten wypadek miał nas ochronić przed czymś innym, gorszym – pociesza pan Grant i od razu dodaje, że od dawna już chciał wymienić rower na lepszy. Ale pan Baker nie przyjmuje takich wyjaśnień do wiadomości. Poplamiony garnitur, zniszczony telefon i zawalone spotkanie biznesowe. Gorzej być nie może. Gdyby dało się cofnąć czas, gdyby się to nigdy nie zdarzyło. Gdyby tak powrócić do przeszłości – w końcu Bob Gale ma na to patent, a gdy w jednej z ról widzimy Michaela J. Foxa, no to już wiemy, że wskazówki zegara się cofną.

Pan Grant wysłuchuje narzekań roztrzęsionego Pana Bakera, aż w końcu pyta wprost: „Czy tego chcesz człowieku, chcesz, aby to nigdy się nie zdarzyło? Czy to jest twoje życzenie?”

„Żebyś wiedział!” – odkrzykuje poirytowany Baker. Skoro tak, trzeba przyjąć zamówienie. „Jak pan sobie życzy panie Baker” – odpowiada z zagadkowym uśmiechem Grant, a z fajki, rzeźbionej w głowę małpy, wylatuje zielony dym. Nie ma już czasu na wyjaśnienia, skąd ten wesołek zna nazwisko biznesmana. Wszystko się cofa do momentu, gdy Baker wysiada z samochodu i gada przez telefon na środku ulicy, a Pan Grant przezornie zatrzymuje się, by nie doszło do kolizji między nimi. Po chwili wyjeżdża rozpędzona ciężarówka prosto na Bakera, który w tym epizodzie kończy swój żywot. Niektórzy to już sami nie widzą, czego chcą – podsumowuje Pan Grant podnosząc głowę ku górze. Niektórzy w tej scenie dopatrują się drugiego sensu, dotyczącego choroby Parkinsona Michaela J. Foxa, który wykrzykując „tak bym chciał, żeby to się nie zdarzyło” mógł sobie życzyć, by ta ciężka choroba go nie dotknęła. Ale nie da się oszukać kamery, w niektórych ujęciach widzimy, że nerwowość biznesmana Bakera to paradoksalnie zasługa choroby Parkinsona Foxa, który walczy z tikami i szarpie się itd.

Wróćmy jednak do Neala, który wypowiedział na swoim przyjęciu urodzinowym Jedno Ważne Życzenie: Odpowiedź na życiowe pytanie. Gdy ogląda czerwony kabriolet BMW, szpanerski prezent od rodziców, na jego głowę spada nagle wiadro. Neal traci przytomność. Oczywiście wiemy już, że to sprawka pana Granta, kelnera z przyjęcia. Ale nie do końca wiemy, co naprawdę dzieje się z Nealem. Czy zginął na miejscu, czy zapadł w śpiączkę, czy wszystko mu się śni? To często we śnie otrzymujemy odpowiedź na nurtujące nas pytania, to we śnie człowiek redaguje swój rękopis życia – jak mówił doktor Freud. We śnie dostrzegamy te znaki, które mają nas doprowadzić do Odpowiedzi. Dalsze życie Neala po wypadku toczy się pozornie normalnie, ale co chwila prześladują go jakieś znaki, to na billboardach, to w telefonie, czy w chińskich ciasteczkach. Co się dzieje? Emerson miał rację, znaki są wszędzie. Trzeba tylko wyostrzyć zmysły. Chciałeś chłopcze odpowiedzi, to będziesz ją miał, ale musisz podjąć tą grę.

Nagle na billboardzie z tajemniczą dziewczyną, która śni się naszemu bohaterowi po nocach pojawia się tajemniczy numer, pod który należy zadzwonić. Okazuje się, że Neal jest umówiony z kimś na spotkanie, na piętrze 13, które formalnie nie istnieje. Chłopak postanawia to sprawdzić. Na miejscu wita go niejaki Ray (Christopher Lloyd, czyli niezapomniany Doc Brown), z którym Neal miał okazję się już spotkać w szpitalu, po wypadku, gdy to Ray w roli lekarza przeprowadzał test percepcji i udowodnił Olivierowi, że umysł często z przyzwyczajenia i lenistwa wybiera utarte ścieżki. Teraz trzeba jechać drogą, której nie ma na żadnej z map, drogą numer 60. Ta szóstka, niczym ślimak, spirala, zawijająca się w zerze, prowadząca gdzieś w głąb podświadomości i zataczająca koło do miejsca, z którego bohater wyjechał. Ale po co tam jechać? By dostarczyć paczkę dla niejakiej Robyn Fields. Masz trochę czasu, naciesz się drogą i oczywiście dostarcz paczkę – zachęca Ray. Pozostaje podpisać kontrakt, zobowiązanie, ale nie długopisem, tylko własną krwią – zaznacza Ray z powagą w głosie. Czy to cyrograf? Uczciwy człowiek nie zawaha się podpisać swoich słów własną krwią. I to jest właśnie wyzwanie, które musi podjąć bohater, dostarczyć paczkę do adresata i być otwartym na wszelkie przygody, które spotkają go na drodze.

Nie tak łatwo znaleźć drogę numer 60, ale od czego są autostopowicze, którzy służą swoją radą i doświadczeniem. Przypadkiem jednym z takich autostopowiczów jest pan Grant. Fajnie znów spotkać znajome twarze. A przy okazji Grant wręcza Nealowi zaległy prezent, Bilę numer 8, podającą zagadkowe odpowiedzi, typowy gadżet, który możemy sobie kupić na allegro. I Neal pewnie też tak myśli, że ta bila to raczej symboliczny prezent niż coś praktycznego, a jednak przeżywa spore zaskoczenie, gdy niepozorna bila wskazuje mu ukrytą autostradę 60, której od paru dni szukał bez skutku. To już pachnie magią. Jak to możliwe, że istnieje ta autostrada, mimo, że wszystkie mapy o niej milczą, a ludzie z ruchu drogowego patrzą na Neala jak na wariata?! Są zastrzeżone nazwy ulic i miast. A może to równoległa rzeczywistość, może zaświaty, słynna autostrada do nieba? Na drodze numer 60 przypuszczenia, możliwości, teraźniejszość, przyszłość spotykają się ze sobą, mieszając wątki w głowie wędrowca.

Neal zdaje sobie sprawę, że ta podróż będzie niezwykła. Grant mu tłumaczy, że trzeba wiedzieć, czego naprawdę się chce. Taki na przykład facet, kochający jeść zażyczył sobie wielki żołądek, by pomieścić w nim wszystkie pyszności. Nie zdawał sobie jednak sprawy z tego, że duży żołądek to konieczność kupowania dużych i drogich posiłków… męcząca to pasja, do której przydałby się zawsze pełny portfel. Ale wedle regulaminu Granta było tylko jedno życzenie. No i co cóż, życie przejedzone. Opowieść snuta przez Gale’ a staje się moralitetem, który poucza, by nie wybierać łatwego, konsumpcyjnego życia, bo łatwo przesadzić, jak ta panienka, szukająca na drodze miłosnych przygód. Tam pokusa seksu, a już dalej przystanek z bezproblemowym życiem. Witamy w mieście Benton, gdzie króluje legalny narkotyk o nazwie Euforia. Wyobraź sobie, że możesz go brać, jeżeli masz dosyć życia pełnego obowiązków, tyle że potem stajesz się typowym narkomanem na haju sztucznego szczęścia. Pracujesz jako sprzątacz, czyścisz kible, byleby dostać od władz miasta nową dawkę euforii i znów cieszyć się jak kretyn. Tracisz jakby siebie, własną świadomość. Nie czujesz wstydu, bólu, kryzysu metafizycznego, nie grozi ci bycie filozofem. Z euforią bawisz się cały czas i wykonujesz najbardziej niewdzięczne prace z uśmiechem na twarzy. To spora pokusa, by prowadzić takie proste i bezproblemowe życie. Może to jest odpowiedź na życiowe pytanie naszego bohatera. Może tu warto zostać i mieć święty spokój? Nieee, to chyba jednak zbyt proste. A Neal ma przecież obowiązki, zaświadczył własną krwią, że dostarczy paczkę do tajemniczej Robyn, więc nie w głowie mu teraz niekończące się balangi na haju. Rusza dalej, by przyjąć na swój pokład kolejnego autostopowicza, który chętnie zapłaci za transport. Czemu nie. Ostatnie oszczędności Neala stopniały. Nowy pasażerem okazuje się niejaki Bob Cody. To były pracownik reklamy, biznesman w dobrze skrojonym garniturze i o surowym wyrazie twarzy. Pan Cody nie znosi kłamstw i na każdym kroku je wyłapuje niczym prokurator, przygotowujący pozew przeciw całej ludzkości. A gdy ktoś się z nim nie zgadza, pan Cody ma na wszelki wypadek ze sobą dynamit. Ta obsesja prawdy i szczerości pana Cody’ ego da się we znaki Nealowi, ale takie są uroki podróżowania.

Na następnym przystanku Muzeum Genialnych Fałszerstw Sztuki, miejsce nieprzypadkowe, skoro Neal pragnie zostać malarzem. Pytanie tylko, czy chce powielać dzieła i style innych, czy może chce stworzyć coś własnego. Trzeba być naprawdę odważnym, aby być awangardowym w swoim życiu (uwzględniając smutny los van Gogha). Wizyta w tym nietypowym muzeum to kolejna lekcja percepcji dla Olivera i szok, że oryginały wielkich Mistrzów malarstwa wiszą na ścianach w podrzędnym muzeum, a podróbki goszczą w wielkich muzeach świata.

Co za żart, co za ironia. Lepiej zapomnieć o tym w obliczu następnego przystanku, którym jest Miasto Prawników, tu każde słowo może być wykorzystane przeciwko nam. Nomen omen, przecież Neal miał został prawnikiem – wedle życzenia ojca. Ale wizyta w tym mieście chyba zupełnie zniechęci bohatera do prawników, którzy wręcz kochają absurdy zawarte w kruczkach prawnych (liars-layers). To zwariowane miasto, w którym wszyscy się pozywają nawzajem, by prawnicy mogli z czegoś żyć. Wszyscy są jednocześnie adwokatami i oskarżonymi. I nie trudno się domyślić, że czasem w obliczu braku przestępstw, oskarżyciel nie zawaha się wykorzystać kłamstwa. Neal, jest oskarżony o wykroczenie drogowe i musi poczekać w więzieniu na swoją rozprawę, co jest mu nie na rękę, kiedy musi się śpieszyć z dostarczeniem tajemniczej przesyłki.

Nic nie dzieje przypadkowo, bo akurat w tym samym więzieniu znajduje się też tajemnicza blondynka, o której śnił. (W tej roli zjawiskowa Amy Smart, która ma szczęście do niebanalnych produkcji jak „Efekt motyla” czy „Siła spokoju”). Czy wreszcie Don Kichot odnalazł swoją Dulcyneę? Teraz musi ją uratować, by dowieść swego honoru. Pomoże mu w tym stary znajomy, czuły na kłamstwa, Bob Cody, który nie zawaha się użyć ostrych argumentów.

A gdy już wszystko powinno dobiec do szczęśliwego końca, na drodze 60 pojawi się morderca. Widmo innego scenariusza? Jak ostrzegał Grant, na tej dziwnej drodze przeszłość, teraźniejszość i przyszłość mieszają się ze sobą. Czy ten morderca to nie przypadkiem główny bohater — Neal? Czyżby zabiła swoje marzenia, albo zabił kogoś? Psychoza? Czy nie jest to efekt frustracji, lęków, złych wyborów, które za nami jadą i w końcu musimy je zgubić, zmylić, by wpadły w przepaść i spłonęły. Wizje wizjami, ale obowiązki wzywają. Neal musi dotrzymać terminu. Czy wszystko pójdzie zgodnie z planem? Kto będzie odbiorcą? I czy w ogóle to takie ważne wobec przygód, które Neal już zdążył przeżyć na swojej drodze? Jak głosi stare porzekadło: ważna jest droga a nie cel.

Choć film Gale’ a sprawia wrażenie dziwnej komedyjki, to ma w sobie urok baśni, których kiedyś słuchaliśmy z zapartym tchem, by odbywać potem we śnie takie niezwykłe podróże do własnej podświadomości. Pamiętajcie Złośliwy Dżin, Pan Grant zawsze nagradza tych, którzy mają mądre życzenia. Wystarczy wiedzieć, czego się chce. Szukajcie znaczeń.

 

 

 

 

 

 

 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOLNY DZIEŃ FERRISA BUELLERA - DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI ŻYCIA NASZEGO

I STANIE SIĘ KONIEC

DOBRANOC MAMUSIU. CZYLI JAK ODEJŚĆ NA WŁASNYCH WARUNKACH