COLUMBO. SOKRATES W MIEŚCIE FAŁSZYWYCH ANIOŁÓW



„Całe życie napotykałem bystrych ludzi (…) W szkole było mnóstwo bystrych dzieciaków, a kiedy wstąpiłem do służby poznałem wielu spryciarzy. Wiedziałem, że nie będzie mi łatwo im dorównać, ale pomyślałem, że pracując ciężej i poświęcając pracy więcej czasu, dam radę”

(z odcinka „Test na inteligencję”)

 

Oj da radę. I to niejeden raz ku zdziwieniu zbyt pewnych siebie morderców, którzy odbijają się w jego szklanym oku jak w kuli czarnoksiężnika, gdzie widać już przyszłość. Nasz bohater dlatego tak jest skuteczny, ponieważ jest pracowity i kocha swoją pracę. A ta robota może się wydawać niewdzięczna, bo przecież o każdej porze dnia i nocy trzeba być w pełnej gotowości, potem jeszcze nieprzyjemny widok nieboszczyka, mozolne zbieranie informacji (bez internetu!), cierpliwe podążanie za podejrzanym i zadręczanie go, a tym samym narażanie się na różne ataki. Ale mimo wszystko w tej pracy można spotkać ciekawych ludzi, jak reżysera, dyrygenta, biznesmana, prawnika, wynalazcę, autora kryminałów, chirurga, dentystę… aż zęby bolą, że wszyscy oni popełnili morderstwo i dali się złapać tak łatwo w pułapkę sprytnego policjanta.

Columbo? Niepozorny, spokojny, sympatyczny, ciapowaty – no wręcz antybohater, gdyby go przyrównać do współczesnych mu detektywów z topowych seriali. Odporny na wszelkie żarty, zniewagi, cierpliwy, namolny jak rzep lub kleszcz (jak nazwał go zirytowany pan architekt, który wcześniej zabił pewnego bogacza). Nie jest tak dystyngowany jak Poirot czy Holmes, ale jest równie spostrzegawczy, mimo że jedno oko ma szklane, to drugim nadrabia za dwoje.

Uważany za włóczęgę, patałacha, niechluja, śmiecącego popiołem z cygara, dziwaka, który trzyma śniadanie razem z tenisówkami ofiary morderstwa, kogoś z niższych sfer, kogoś mało błyskotliwego, kto z tym zezem zupełnie nie kontaktuje, co się do niego mówi. „Taką mizerotę łatwo wyprowadzić w pole” – myśli niejeden morderca z wyższych sfer i cieszy się, że trafił na takiego nieudacznika. Jak bardzo się myli.

Największą siłą porucznika Columbo jest jego wytrwałość. Potrafi nieustannie odwiedzać podejrzanego i wypytywać go o jakieś szczegóły. Z drugiej strony sam sporo opowiada o sobie, swojej rodzinie i przede wszystkim żonie. Mówi tak dużo, że doprowadza tym do szału swoich rozmówców. Jednak, gdyby, ktoś nas zapytał, co naprawdę wiemy o poruczniku, jego rodzinie, okazałoby się, że tak naprawdę niewiele możemy powiedzieć o prywatnym życiu porucznika Columbo. To on jest najbardziej tajemniczym bohaterem całej tej serii. I pomyśleć, że już więcej wiemy o zamkniętym w sobie Gillu Grissonie z „Kryminalnych zagadek Las Vegas” niż o poczciwym poruczniku Columbo, którego nawet imię jest tajemnicą.

Columbo przemierza ulice Los Angeles, odwiedza bogatych, wpływowych, zwiedza rezydencje i apartamenty, podgląda różne style życia, zachwyca się tym blichtrem dookoła, ale sam jest wciąż niezmienny, gdy w tych pięknych scenografiach zapala cygara i namyśla się nad ostatnimi godzinami z życia danej osoby. Osnuty mgłą dymu, ubrany w stary, wyblakły, pomięty płaszcz zdaje się przypominać anioła melancholii, który próbuje przywołać duszę zabitego i poznać z nią szczegóły zbrodni.

Pan porucznik to Mistrz przeszkadzania, nawet gdy trwają zdjęcia do filmu, próby w teatrze, zajęcia, wykłady, a nawet rozprawa sądowa, porucznik nie chcąc przeszkadzać, w dziwny sposób wprasza się w sam środek zdarzeń i oznajmia wszem i wobec, że był właśnie w okolicy i chciałby jeszcze poruszyć pewną kwestię, która go dręczy. „Taak, pan zawsze jest w okolicy” – odpowiada zniecierpliwiony Jack Cassidy w „Morderstwie z książki”. Zawsze w okolicy, zawsze przygotowany na kolejną szermierkę słowną, choć nie zawsze przygotowany ze swoją prezencją, gdy wezwanie jest w środku nocy. Wygnieciony, potargany, rozczochrany, nieprzytomny, jakby był pijany.

„Czy pan wyszedł z chlewu?” — pyta wściekła gospodyni, która właśnie widzi, jak niewyspany Columbo w pomiętym płaszczu pali cygaro, a popiół spada na dywan ( z odcinka „Podwójny szok”). Columbo nie dba specjalnie o prezencję. Nie obchodzą go najnowsze trendy w modzie, choć często pyta o cenę butów. Nie musi mieć najlepszego samochodu, nie musi wyglądać jak superman. On jest ponad tymi wszystkimi oczekiwaniami. Po co mu koszula za kilkaset dolarów, czysty krawat, czy nowy płaszcz. Idzie w gruncie rzeczy do brudnej pracy, jak robotnik, rozkopujący świeżo zakopany dół, w którym ukryta jest tajemnica.

Mimo że Columbo jest porucznikiem i wykonuje szanowany zawód jakoś nie zarabia zbyt dużo, a może nie inwestuje zbyt wiele w siebie. Jest oszczędny do bólu. To może kwestia wychowania. Columbo to syn włoskich imigrantów, pochodzący z wielodzietnej rodziny, gdzie się nie przelewało. Dziś także, mimo minimalnego awansu społecznego, porucznik liczy każdy grosz na benzynę, pyta z ciekawości o podatki, jakie płacą bogacze, dziwi się, że pasek do zegarka jest tak drogi, a na sugestię, by wreszcie zmienił swój samochód, odpowiada, że nie odczuwa takiej potrzeby. Ale to wszystko, co widzimy to zwykła przykrywka. Jedni bohaterowie przebierają się za nietoperzy, a Columbo przywdziewa szaty przeciętnego obywatela, szaraczka, którego można minąć na ulicy. W tym niemodnym, nieciekawym, podniszczonym stroju nasz bohater wkracza do wyższych sfer i poznaje ludzi, którzy uwierzyli , że mogą pomiatać każdym. Mogą rządzić, mogą zabijać i nie muszą za to ponosić żadnych konsekwencji, do czasu aż nie usłyszą tego sennego, zmęczonego głosu „mam jeszcze jedno pytanie”, które będzie się ciągnęło z innymi wątpliwościami jak ból po kościach.

„Columbo” to oczywiście zupełnie inna poetyka kryminału. My już wiemy, kto zabił i porucznik również (co może jednak trochę irytować widza) po zaledwie paru spotkaniach z przesłuchiwanymi, wie, kto zabił, a przynajmniej ma już swoje domysły. Konstrukcja typowego odcinka Columbo wygląda następująco: przez pierwsze dwadzieścia minut poznajemy bohaterów tragedii. Ktoś z kimś zadarł, podpadł, stał się niewygodnym bohaterem i za chwilę będzie leżał na dywanie w kałuży krwi lub w innych okolicznościach. Zbrodnia! Cięcie. Potem przybywa porucznik i przez kolejne czterdzieści parę minut czasu antenowego dręczy podejrzanego różnymi pytaniami. A to pyta o jedno, wspomina jeszcze o rodzinie, palnie jakąś anegdotkę, a pod koniec zapyta o COŚ takiego, że podejrzany zupełnie czuje się jak zbity z tropu. Oj coś jest nie tak. Czy to jego wymysły, wyrzuty sumienia? I wreszcie dochodzi do udowodnienia winy. To najbardziej typowy układ, ale są jeszcze inne strategie obrane przez scenarzystów. Zdarza, że to podejrzani wręcz zabiegają o kontakt z policjantem, by celowo wprowadzić go w błąd. Jak choćby ci dwaj sprytni studenci kryminologii, typowe „synalki z bogatych domów”, którzy do końca myśleli, że przechytrzyli roztargnionego porucznika („Columbo goes to College”). Wszystko było idealnie. Mieli doskonałe alibi (byli akurat na zajęciach, które prowadził sam Columbo) i mieli również potencjalnego kandydata na mordercę, do tego mylenie tropów, romans ofiary, groźby ze strony mafii, podrzucenie narzędzia zbrodni. I ten genialny mechanizm, uruchamiający pistolet na odległość. Takie śledztwo z nowinkami technicznymi to spore wyzwanie dla staromodnego porucznika. Ale już dobrze wiemy z takich odcinków jak „Playback” czy „Morderstwo szkodzi zdrowiu”, że nawet dobrze zmontowane zbrodnie, odkrywają przed porucznikiem jakiś dziwny szczegół, który w końcu demaskuje zbyt pewnych siebie morderców.

Ale czy Columbo zawsze wygrywa? Przecież to w gruncie rzeczy dość nudne? Żeby nie szło tak gładko naszemu bohaterowi, trzeba trochę wzmocnić napięcie. Są takie odcinki, w których jak dotąd stoicki, uprzejmy porucznik traci nagle cierpliwość, jak w przypadku tego sprytnego chirurga (Leonard Nimoy grający Spocka), który schował nici chirurgiczne czy Milo Janusa (Robert Conrad). No i jeszcze ten specjalista od hipnozy (George Hamilton), który jednym zdaniem-zaklęciem przez telefon sprowokował swoją pacjentkę do popełnienia samobójstwa: czasem trudno coś takiego udowodnić. Doskonałym spadkobiercą tych wrednych, złośliwych morderców jest postać grana przez Iana Buchanana o obliczu Jokera, który wręcz śmieje się w twarz porucznikowi, gdy nabiera go na fałszywe morderstwo w odcinku „Columbo cries wolf”. Columbo wie, że dane morderstwo miało miejsce, ale nie ma dowodów. Traci cierpliwość, a my do ostatniej minuty nie wiemy, czy porucznik wreszcie udowodni podejrzanemu swój trop, podczas gdy trup stygnie, ukryty w ścianie.

Opowieść zaczyna się od Trupa… tam gdzie trup, tam trop i Columbo zaczyna zbierać śmieci, okruchy, fragmenty. Gdyby nie znalazł gumy do żucia albo kawałka sera w gabinecie pewnego adwokata, pewnie nie udowodniłby morderstwa. Ciekawski zagląda nawet do toalety, skupiony zwraca uwagę na różne pozornie nieistotne szczegóły, biega, schyla się, wącha, zadaje dziwne pytania i patrzy w różnych kierunkach. Niejeden zaniepokojony świadek zapyta, czy w czymś pomóc? „Co ten człowiek tu robi?” – krzyczy oburzony wojskowy na miejscu wybuchu armaty. Wszyscy myślą sobie, że ten rozkojarzony biedak z kawą, jajkiem i cygarem pewnie potrzebuje pomocy. Wtedy to porucznik ma już ich w garści. Gdy wszyscy uznają go za słabego, on staje się silny i jeszcze bardziej dociekliwy. A najważniejsze to iść za swoją intuicją i nie zdradzać wiele za swoich domysłów (jak mówi na wykładzie do studentów kryminologii).

 

„Jest pan najbardziej upartym człowiekiem jakiego poznałem, a jednocześnie jest pan miły i zabawny. Jest pan książkowym przykładem kompensacji, ma pan zdolność adaptacji. Jest pan inteligentny, ale pan to ukrywa. Udaje pan kogoś innego. Dlaczego? Ze względu na wygląd. On nie jest pańską mocną stroną, ale przekuł pan go na swoją zaletę. Bierze pan ludzi pod włos, nie doceniają pana i popełniają błąd”

 

Podsumowuje psychiatra, który zabił żonę w pierwszym odcinku „Przepis na morderstwo” z 1968 roku. I oczywiście kto, jak nie psychiatra idealnie nam sportretował porucznika Columbo pod kątem jego metod. W tym pierwszym odcinku porucznik jeszcze nie wygląda tak, jak przywykliśmy go oglądać. Starannie uczesany, w garniturze, który jeszcze trzyma fason, ale już z nieodłącznym cygarem, które również uchwyci w portrecie porucznika podejrzany o morderstwo, malarz Barsini. Artysta pośród sennych wizji ukaże nam porucznika z nieodłącznym cygarem, zasnutym oparami dymu. Ten malarski epizod to także mały ukłon w stronę plastycznych pasji samego Petera Falk’ a. Co do samego portretu porucznika osnutego oparami dymu, to jest w tym także pewna metafora. Columbo lubi mącić w głowach podejrzanych, zasnuwa mgłami swoje i tak wątłe oblicze. Jest jak złośliwy Dżin, który wypuszcza z ust mgłę spokoju, bezpieczeństwa. Gada o wszystkim, nawet o tym co niezwiązane ze śledztwem, żartuje, prosi o autograf, nawet przynosi batonika pewnemu reżyserowi i tak sobie zyskuje sympatię podejrzanego. Ot taki rozgadany gość. Z czasem te spotkania między porucznikiem a podejrzanym przypominają spotkania dwóch kumpli przy piwie. Antagoniści nie szczędzą sobie uprzejmości czy zawoalowanych złośliwości, ale zarówno jedna strona jak i druga przez większość odcinka tej „pokerowej rozgrywki” ma zawsze „wymuszony” uśmiech na twarzy, dopóki porucznik nie odkryje ostatniej karty.

Trzeba przyznać, że tzw. mordercy z wyższych sfer potrafią być uroczy i nie sposób z nimi rozmawiać jak ze zbirami: grozić, krzyczeć – to dziecinada. To przecież zupełnie inny poziom kultury, wykształcenia, obycia. Tu lepiej się sprawdza kulturalna rozmowa, co automatycznie nadaje całemu serialowi pewnej statyczności rodem ze sztuki teatralnej, jakże odległej od kryminalnej poetyki, gdzie co parę minut powinny być pościgi i paść jakieś siarczyste przekleństwo. Ta zupełnie inna strategia czyni ten serial tak wyjątkowym.

Ten przykład kulturalnej rozmowy, w której dwie strony wzajemnie ze sobą walczą (bierna agresja), widzimy dobrze na przykładzie kultowej już sceny w „Wilku z Wall Street”, gdzie Leonardo DiCaprio rozmawia w całkiem grzeczny sposób z agentem FBI Kylem Chandlerem (nota bene całkiem podobnym do Falka), panowie nie żałują sobie uprzejmości, a gdzieś między wierszami obrzucają siebie mocnymi pociskami sarkazmu.

Policjant to ten głupi, naiwny, podczas gdy zbrodniarz to ten wyjątkowy, zwycięzca, który obalił prawo, wymknął się regułom. Zabawne, jak za chwilę się odwrócą role. Columbo jest trochę jak błazen, który uprawia z przesłuchiwanym słynne dialogi sokratejskie. Im bardziej zarozumiały klient, tym większa radość patrzeć na jego zdumioną twarz, gdy nagle porucznik wspomni o jakimś niewygodnym szczególe. Tu porucznik zagaduje, mówi o swojej żonie, kolegach, rodzinie, rzuca anegdoty, rozluźnia rozmówcę, aż nagle strzela między oczy jakimś pozornie nieistotnym pytaniem. I już morderca czuje się niepewny, aż wreszcie widzi swoją winę czarno na białym. Columbo wskazuje winowajcę i pokazuje dowody, ale czy rzeczywiście morderca odbierze sprawiedliwą karę, o tym zadecyduje sąd i sprytni adwokaci, na których stać jaśnie państwa z wyższych sfer.

Zbrodnia to efekt wewnętrznego chaosu, jaki rozsadza psychikę mordercy. Musi dokonać rewolucji, by coś definitywnie zmienić. Myśli kategoriami mściwego dzieciaka, który chce usunąć przeszkadzający mu element, by bawić się dalej. I choć później stara się działać bardzo metodycznie, chowa wszystkie porozrzucane dookoła zabawki, to wciąż potyka się o różne ostre elementy układanki. W końcu sam nie rozumie, co zrobił, nie rozumie siebie i otoczenia, gubi się w odpowiedziach, przeżywa wewnętrzny chaos. Wtedy to pojawia się przemiły Columbo, który jak psychiatra, odkrywa kolejne mroczne sekrety. Pomaga przejść mordercy od punktu A do punktu B, aż wszystko da się zrozumieć. I pojawia się ulga, że jest po wszystkim, że sprawa jednak została rozwiązana i morderca poniesie karę.

Zazwyczaj jest po wszystkim, kiedy już porucznik spokojnym tonem relacjonuje cały przebieg zdarzeń. Mordercy słuchają z niedowierzaniem, jak taki niepozorny Columbo wszystko to odkrył. Stoją jak wryci, z otwartymi szeroko oczyma i z trudem przyjmują do wiadomości, że to już koniec. Bohater grany przez potężnie zbudowanego Johnny’ ego Casha nawet się dziwi, że porucznik jedzie z nim na posterunek bez żadnej obstawy i broni. Na co Columbo mu odpowiada, że w głębi duszy ten morderca jest dobrym człowiekiem. „Ma Pan rację. W końcu bym się przyznał” – dodaje z ulgą Cash. To zresztą ciekawy moment dla samego porucznika, jak dany morderca reaguje, gdy policjant przystawia do jego oblicza zwierciadło ze zbrodnią. Jedni wznoszą toast za porucznika i piją do dna, czując dziwną ulgę, że to koniec mistyfikacji, inni mimo wszystko próbują się bronić, jak ten krytyk kulinarny, chcący otruć porucznika podczas wspólnej kolacji, czy pewna mściwa agentka nieruchomości, podsuwająca policjantowi zatrutą marmoladę. No i jeszcze ten psycholog, kierujący na porucznika wściekłe psy, które dziwnym trafem staną się nagle łagodne w stosunku do stróża prawa (odcinek „Różyczka”). Columbo jest zawsze sprytniejszy i zawsze w ostatniej chwili podmieni kieliszki, słoiki, cygara czy zmieni komendę wobec psów.  Są też tacy, którzy będą próbowali przekonać porucznika do swojej wizji rzeczywistości, w której zbrodnia to tylko iluzja. Tak starał się pewien młody reżyser od efektów specjalnych z odcinka „Murder, Smoke and Shadows”, który doprowadził do porażenia prądem swoją ofiarę (co ciekawe odtwarzający tą rolę, Fisher Stevens rok wcześniej grał w kultowym filmie „Krótkie spięcie”). Między młodym panem reżyserem, a podstarzałym porucznikiem rozgrywa się niezwykły spektakl doprawiony mgłą i cieniem.

 


„Ja jestem treścią a pan cieniem. To ja pana stworzyłem i ja pana zniszczę” – oświadcza filmowiec w swoim monologu. Bo sens pracy policjanta z wydziału zabójstw jest tylko wtedy, gdy dochodzi właśnie do zbrodni i gdy morderca wciąż jest na wolności. Te zabawy z materią, cieniem, mgłą, światłem, między pozorami a faktami oglądaliśmy już wcześniej, choćby w odcinku „Now you see him”, gdzie Columbo po raz trzeci starł się z Jackiem Cassidy, grającym mistrza magii (to zresztą jego jedna z ostatnich ról, bo w tym samym roku zmarł tragicznie). Gdy ogląda się tych dwóch świetnych aktorów trudno urządzać sobie konkurs na najlepszą scenę w epizodzie, ale mimo wszystko odważę się. Moją uwagę zwróciła scena, w której arogancki mistrz magii zdejmuje kajdanki, które przed chwilą założył mu porucznik. Choć jest to tylko popis w stylu Houdiniego na pokazie sztuk magicznych, to jednak Santini powoli wyczuwa, że porucznik nie przyszedł się tu bawić, tylko szuka dowodów na zbrodnię wielkiego maga, który sobie postanowił wyczarować zbrodnię doskonałą. Zbrodnia doskonała? To iluzja – puentuje Columbo. Koniec przedstawienia. Columbo wyciąga z kieszeni dowód, kompromitujące pismo, pochodzące z nieszczęsnej maszyny do pisania. A ten rekwizyt dość często pojawiał się z rolami Cassidy’ ego, („Morderstwo z książki”, „Pisz albo giń”).

Dobre przedstawienie to dobrzy aktorzy. I nie mówimy tu tylko samym Falku. Mówimy o całej obsadzie i twórcach. Columbo to w sumie trzydzieści pięć lat emisji (z przerwami) na przełomie lat 70- tych, 80-tych, 90-tych i początek 2003, ale tylko 69 odcinków, w których wystąpiła cała plejada wybitnych aktorów wcielających się morderców z wyższych sfer o jakże niskich pobudkach. 69 odcinków?! Czuć pewien niedosyt, ale może to i lepiej, niż gdyby odczuwać przesyt tą produkcją. Wnikliwi telewidzowie, fani serialu przyznają zgodnie, że złoty okres serialu Columbo to lata siedemdziesiąte, potem coraz więcej przerw w emisji i coraz mniej ciekawych pomysłów. Porucznik przyprószony siwizną nadal potrafi przechytrzyć mordercę, ale nie ma już w tym tego uroku, co kiedyś. Swoją drogą to ciekawe, że po rozwiązaniu tylu skomplikowanych morderstw, porucznik jest nadal porucznikiem, a nie kimś więcej w strukturach policji. Może Columbo nie potrzebuje tych wszystkich zaszczytów i awansów. On się najlepiej czuje w terenie, gdy rusza na łowy.

„Columbo” już się skończył, choć wciąż możemy sięgać po luksusowe wydania na DVD z miłymi upominkami w formie modelu samochodu porucznika: Peugot 403 i figurki Detektywa. Ale dziś gdy trudno o jakieś oryginalne pomysły, producenci często zastanawiają się, czy znów nie wrócić do legendy i ją wskrzesić, nakręcić na nowo. Just one more thing – just one more film?! Na niektórych forach internetowych krążą takie propozycje, a i w świecie filmowym odbijają się echem takie pomysły jak beknięcie po niestrawionym jeszcze do końca obiecującym serialu kryminalnym. Kto mógłby zatem odtworzyć postać porucznika Columbo? Kto odważyłby się zmierzyć z krytyką w stylu „nie tak jak Peter”

 Podobno były takie przymiarki co do osoby Marka Rufallo, choć ja bym dodał jeszcze Kyle’ a Chandlera. Co do nazwiska tego aktora: Chandler, to oczywiście przypomina się tu słynny autor kryminałów, Raymond Chandler i jego bohater Marlowe. Columbo trochę podąża tropem chandlerowskiej poetyki, choć zawsze w porę potrafi odgarnąć mgły posępnego klimatu noir i zaprowadzić w porę porządek.

Ten serial to przede wszystkim świetny pomysł, scenariusz, formuła. To wszystko zawdzięczamy duetowi Richarda Levinsona i Williama Linka, którzy jednak nie napisali wszystkich odcinków „Columbo”. Jedynie zapoczątkowali ten cykl i udzieli licencji innym scenarzystom, a sami potem przyjęli rolę producentów wykonawczych. Można by się pokusić o stwierdzenie, że odcinek „Morderstwo z książki” napisana przez Linka, Lewinsona oraz Stevena Bochco (znanego choćby z Nowojorskich gliniarzy), a reżyserowany przez Stevena Spielbierga luźno nawiązuje do duetu Linka i Levinsona. W odcinku tym mamy przedstawiony duet pisarski autorów poczytnych kryminałów, które sięgają na szczyty bestsellerów. Problem w tym, że pierwszy pisarz z duetu, odpowiedzialny za całą treść, chce zamknąć spółkę i pracować na własny rachunek. Nie jest to po myśli drugiego, który postanawia zabić swojego partnera. Dochodzi do zbrodni, a potem zjawia się porucznik Columbo.

Tylko Levinson i Link wiedzą, ile zabili swoich pomysłów i koncepcji na dany odcinek, by wreszcie formuła wypaliła jak cygaro naszego bohatera, gotowego zmierzyć się z kolejnym spryciarzem. W takiego spryciarza wcielił się choćby Jack Cassidy, ze swoim obliczem przebiegłego lisa wystąpił aż w trzech odcinkach. Uwielbiam, go, gdy się przemądrza jako dumny autor kryminałów przed niepozornym porucznikiem. Z kolei Robert Culp o obliczu pewnego siebie inteligenta wystąpił w czterech odcinkach. Z tym, że w ostatnim, z 1990 roku zagrał nie tyle mordercę, co ojca mordercy, który bezczelnie poucza jak porucznik ma postępować w śledztwie. I nasza trzecia gwiazda: Patrick McGoohan o arystokratycznej fizjonomii, który zagrał w czterech epizodach. A w odcinku „Ashes to ashes” zagrał nawet razem ze swoją córką.

Warto tu jeszcze przypomnieć dobrego przyjaciela Petera Falka, Petera Cassavetesa, który zagrał podstępnego dyrygenta w epizodzie pt. „Etiuda w czerni”.  Inną ciekawostką z tego serialu jest to, że aktorka grająca żonę dyrygenta to mama Gwyneth Paltow, Blythe Danner, która podczas kręcenia tego epizodu była w ciąży. Tak więc można żartobliwie powiedzieć, że Patrolow zaczęła bardzo wcześnie swoją karierę aktorską i to jeszcze pośród tak doborowego towarzystwa.

Co do morderców z batutami, to równo trzydzieści lat później motyw sfrustrowanego dyrygenta-kompozytora powróci w odcinku pt. „Śmiertelna partytura” z 2003 roku w reżyserii Patricka McGoohana, kiedy to Billy Connolly zabije swego asystenta, a Columbo jak zwykle odegra swoje złośliwe scherzo na koniec. W odcinkach „Murder under glass”, „Murder of a rock star” „Fade in to murder”, „Undercover” , „Murde, a self portrait” i „Trace of murder” możemy zobaczyć drugą żonę samego Patera Falka, Sherę, Danesę, która gra partnerki morderców i równie bezczelnie odnosi się do pana porucznika.

A propos żony… porucznika Columbo? To ta kwestia owiana jest też sporą tajemnicą. Nigdy nie widzieliśmy pani Columbo, choć na każdym kroku porucznik sypie jakąś anegdotką o swojej żonie. Raz tylko zagrała martwą w odcinku „Spoczywaj w pokoju pani Columbo”, ale i tak nie zobaczyliśmy jej twarzy, tylko trumnę. Kim jest ta druga połowa? Czasem mam wrażenie, że to ona rozwiązuje te zagadki, a ciapowaty mąż po prostu relacjonuje jej tok myślenia. Tajemnicza pani Columbo, zaradna pani domu, uwielbiająca rozwiązywać kryminalne zagadki nawet doczekała się własnego serialu, emitowanego w latach 1979-1980. Ale jak widać serial nie przetrwał próby czasu. A może porucznik nie ma żony, może to tylko jego inna strona – anima – pani Columbo?

Columbo to dla mnie wzór opanowania i niezwykła indywidualność, która tak cudownie wymyka się ciężkim stereotypom. Być jak Columbo, totalnie skoncentrowanym na rozwiązaniu problemu i powoli składać w jedną całość wszystkie elementy tragedii, jaka nas spotkała – oto wielka sztuka Columbo równa się dociekliwość, cierpliwość, spokój, poczucie humoru i skuteczność.

 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOLNY DZIEŃ FERRISA BUELLERA - DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI ŻYCIA NASZEGO

I STANIE SIĘ KONIEC

DOBRANOC MAMUSIU. CZYLI JAK ODEJŚĆ NA WŁASNYCH WARUNKACH