BRAZIL. 1984 WEDŁUG GILLIAMA
Nigdy specjalnie nie zachwycałem się filmem „1984”, który swoją szarością i chłodem wręcz przytłaczał i przygnębiał. Ale przecież o to chodziło twórcom, aby wykreować tak smutną, nudną rzeczywistość, z której chcemy się wyrwać wraz z głównym bohaterem: Winstonem. Tylko dokąd? Gdzie szukać tego świata?
Rok po premierze tego filmu na ekrany kin wszedł film utrzymany w podobnym, futurystycznym klimacie, jednak odrobinę zabawniejszy. Był nim „Brazil” w reżyserii Terry’ego Gilliama, który już blisko od pięćdziesięciu lat intryguje widzów swoją sztuką, na początku przez animacje i kolaże, potem przez współpracę z Monty Pythonem i wskazywanie wszelkich absurdów świata i wreszcie przez solową twórczość reżysera. Sam tytuł filmu to w gruncie rzeczy nawiązanie do piosenki Ary Barroso "Aquarela do Brasil", znanej też jako "Brazil" Geoffa Muldaura. To piosenka, którą Gilliam usłyszał, przekręcając gałką w radiu. Jakby pośród tego szumu informacyjnego znalazł coś zupełnie innego, słodki, swobodny hymn.
Ale do rzeczy! Trzeba wypełnić kolejny formularz, a nie oddawać się marzeniom sennym! Sam Lowry (Johnattan Price, późniejszy papież próbujący zrozumieć katolicki system) to zwyczajny urzędniczyna o poczciwym wyrazie twarzy, pracujący w dziale akt, jednej z wielu komórek wielkiego systemu biurokratycznego, w którym najważniejszy jest formularz podbity pieczęcią i odpowiednia formuła, aby w ogóle coś ruszyło do przodu. Ironicznie rzecz ujmując musi być napisane: „niech się stanie”, aby coś w ogóle się stało.
Wszędzie system, kartoteki, bazy danych, no i komputery, wyglądające trochę jak tradycyjne maszyny do pisania z wielkimi soczewkami zamiast ciekłokrystalicznych ekranów. Dookoła wysokie budynki, szare ściany, rury, oraz stalowe konstrukcje. Industrialnie, zimno, mrocznie, depresyjnie. Obywatele pod pełną kontrolą i jakoś funkcjonuje ten doskonały świat. Ale wystarczy najmniejszy błąd w rejestrze, aby zwykły szary obywatel dostał po głowie. Tu zarówno przyszłość jak i teraźniejszość niczym się nie różnią. System ma zawsze rację, a urzędnik jest nietykalny.
Oto złośliwa mucha wpada do maszyny wypisującej protokół aresztowania i zmienia szyki. Przestawiają się litery i tym samym zmienia się tożsamość skazanego. Złośliwa natura zawsze wykręci kawał maszynie. Tak się dzieje w przypadku niejakiego Archibalda Buttle’ a, szewca, który właśnie świętuje Boże Narodzenie z rodziną, gdy nagle zamiast Mikołaja odwiedza go zastęp policjantów/żołnierzy/agentów i czego tam jeszcze chcecie. Wchodzą oni drzwiami, oknami, a nawet sufitem. Są jak robaki, które wszędzie wejdą. W sumie ośmiu albo więcej stróżów prawa na jednego nieszczęśnika, który zupełnie nie rozumie o co chodzi. Pakują go w kaftan i zabierają na przesłuchanie. Cała operacja trwa może dwie minuty. Przerażona żona oczywiście musi pokwitować zabranie męża i tyle. Kłopot w tym, że zamiast Bogu ducha winnego Buttle’ a na przesłuchanie miał być dostarczony inżynier Archibald Tuttle (Robert de Niro), który od dłuższego czasu ma na pieńku z całym systemem, bawiąc się w konspirację. A z racji tego, że jest inżynierem lubi na złość przekładać śruby w systemie dosłownie i w przenośni. Lowry z początku nie traktuje tej pomyłki jakoś specjalnie poważnie. Nie może narzekać, bo jest tylko trybikiem w wielkiej maszynie biurokratycznej i radzi sobie całkiem nieźle. Jego ojciec był urzędnikiem, a kochana i wpływowa mamusia zawsze może mu pomóc w awansie.
Ale samotny Sam jakoś woli te swoje stare śmieci w Dziale Akt obok nieporadnego Pana Kurtzmana (Ian Holm), dla którego jest prawą ręką. Miło czuć się potrzebnym takiej ofermie jak Kurtzman. Gdy tylko pan kierownik zamknie się w biurze, sprytni pracownicy już na swoich „komputerach” odbierają jakieś stare filmy i traktują biuro jak salę filmową. Skąd my to znamy? A gdy podejrzliwy pan kierownik wyjrzy za drzwi, jego oczom ukaże się prawdziwa maestria ruchów, jak w szwajcarskim zegarku, gdzie każdy chodzi wedle wytyczonego toru, pobiera jakieś formularze, a potem przekłada je do innego pojemnika, a z rury wylatuje już butelka z nową wiadomością. Jak tutaj wszyscy zapracowani ku chwale wielkiego systemu.
Sam wychodząc z biura spotyka swojego dawnego kolegę, ambitnego Jacka Linta, w którego wciela się tu jeden z Pythonów, Michael Palin. Pozornie sympatyczny, uśmiechnięty Lint jest jednak przesiąknięty systemem. Pnie się do góry na szczeblach i martwi się wielce o swojego dawnego kumpla, który został gdzieś w tyle. Może i Jack jest dobrym kumplem, gdy jest się z nim w tej samej drużynie, ale gdy tylko zwolnisz i zadasz niewłaściwe pytanie, Jack może ci wbić nóż w same plecy, o czym przekonamy się pod koniec filmu. Lowry póki co nie jest aż tak ambitny, by ruszać do innych działów, szatkujących i segregujących tą masę społeczną. Mimo komfortu bycia po drugiej stronie, w samym aparacie władzy, Lowry wciąż ucieka z tej przygnębiającej rzeczywistości w piękne sny, gdzie lata sobie między chmurami na swoich mechanicznych skrzydłach. W srebrnym kombinezonie, z wyrzeźbionym torsem i rozwianym włosem prezentuje się jak superbohater, który śpieszy na ratunek swojej jasnowłosej księżniczce, uwięzionej w klatce. Potem walczy z wielkim samurajem, złożonym z elektronicznych odpadków. Może to alegoria japońskiej technologii, genialnej, solidnej i wszechobecnej na każdym kroku. Gdy Sam chce odlecieć, z ziemi wyłania się potwór złożony z kostek brukowych i łapie go za nogi, nie dając odlecieć.
Nie uciekniesz stąd Sam. Jesteś jedną z wielu cegieł.
Nagle telefon z biura i pora wstawać do szarej rzeczywistości, w której nic niezwykłego się nie wydarzy.
A jednak.
Sprawa tragicznej pomyłki Buttle’a coraz bardziej niepokoi Sama, który postanawia zbadać wszystko na własną rękę. Przy okazji prywatnego śledztwa, natrafia jeszcze na inną podejrzaną osobę, którą kiedyś dostrzegł na jednym z ekranów. I nagle szok. Bo oto sen stał się rzeczywistością. Dostrzegł tą dziewczynę, która śni mu się niemal codziennie. Nie ma wprawdzie długich włosów i nie wygląda jak niewinna księżniczka w bieli, a do tego porusza się wielką ciężarówką. Przed czym ją ratować? Ona sama o siebie zadba i chyba nie potrzebuje jakiegokolwiek adoratora. Krótko obcięta jak Annie Lennox, Jill Layton, bo tak się nazywa, wygląda raczej jak niegrzeczny chłopak niż kobieta. Ubrana w kombinezon mechanika, z niezadowoleniem na twarzy wydaje się przygotowywać w myślach kolejną zadymę, by trochę osłabić ten system. Ma już bogatą kartotekę. Wychodzi na to, że Jill to rebeliantka działająca wraz z poszukiwanym Tuttlem.
Bezczelna, nieufna, ale i wrażliwa na wszelką niesprawiedliwość, której ofiarą padł jej sąsiad, Buttle. Sama fatyguje się do biura podawczego, by złożyć skargę na błąd systemu, ale rzecz jasna jej podanie zostaje odrzucone. Onieśmiela zbyt romantycznego Sama, który nie może uwierzyć, że oto spotkał kobietę ze swoich snów. Ale co z tego? Kiedy ona w ogóle nie przejawia ochoty na romantyczną znajomość, zwłaszcza z kimś z urzędu. Jednak w którymś momencie drogi tych dwojga się połączą, gdy system uzna oboje za podejrzanych, których trzeba będzie zneutralizować. Wtedy Sam zrozumie, kto jest jego prawdziwym przyjacielem, a kto częścią zimnego systemu.
Poza tą ciekawą wizją przyszłości, efektami specjalnymi, scenografiami trochę jak z „Blade Runner”, „1984”, ruchomym biurkiem, które przesuwa się lub wsuwa w zależności od potrzeb złośliwego sąsiada zza ściany, na uwagę zasługują tu drugoplanowe występy: jaskrawego Boba Hoskinsa w roli złośliwego serwisanta klimatyzacji, który za wszelką cenę będzie chciał naprawić usterkę, a zrobi przy tym więcej bałaganu niż pożytku, czy Gordona Kaye’a, słynnego Renee z „Allo, allo!” w roli portiera, który skutecznie zniechęca petentów do składania podań w jakiejkolwiek sprawie. Tu brak pieczątki, tam brak podpisu. I znów trzeba się wracać. Zapraszamy ponownie. Czy króciutki występ Raya Coopera w roli technika w dziele pozyskiwania informacji, który doprowadził do tej okropnej pomyłki Tuttle-Buttle.
Zabawny i zarazem przerażający film. Futurystyczna baśń, która niesie smutny morał, że tak naprawdę szczęśliwi możemy być tylko w swej wyobraźni, gdzieś ponad tą szarą rzeczywistością i ludzkim piekłem, które trzeba nieustannie kontrolować. To w wyobraźni możemy wieść piękne, proste życie, bez tego całego balastu biurokracji. Gdzieś, tam, ponad, w tej Nibylandii jesteśmy szczęśliwi, a tu na dole, za biurkiem, za kółkiem czy inną maszyną prowokującą nas do pracy, udajemy, że jesteśmy szczęśliwi. Skazani na dwoistość. Dopóki mamy sny, marzenia, wyobraźnię możemy czuć się nad wyraz wolni tak jak sam Terry Gilliam w swojej nietuzinkowej sztuce.
Komentarze
Prześlij komentarz