WERONIKA POSTANAWIA UMRZEĆ. BY ŻYĆ NA NOWO
Wydawałoby się, że Weronika Deklava nie powinna narzekać na swoje życie. Przynajmniej jej profil na Linkedin robi na tyle dobre wrażenie, co równie dobrze płatna praca. Pani asystentka, pani manager, pani w dobrze skrojonym uniformie biurowym wraca po kolejnym dniu w biurze, który był podobno kolejnym dniem z jej życia. Ale jakiego życia? Gdy Veronica zadaje sobie to pytanie coraz częściej, czuje, że już stoi na ostrzu wielkiej żyletki. Powrót do mieszkania, gdzie wszystko poukładane jak należy, dziwnie kontrastuje z chaosem emocji, jakie kłębią się wewnątrz tej bohaterki.
„Everything in right place” śpiewa Radiohead. A w głowie, jakby milion częstotliwości, sprzecznych głosów. Kamera skacze tu i tam. Weronika coś pisze, to znowuż chodzi niespokojnie po pokoju. Czuje w sobie rozbicie. Biednej kobiecie coś wpadło do oka, a gdy zdjęła okulary, by wytrzeć łzawiące oko, wreszcie przejrzała. Otarła twarz zmęczonemu Chrystusowi. Dostrzegła swoją marność i zapragnęła końca. Imponująca kolekcja tabletek nasennych i antydepresantów (również na właściwym miejscu) posłuży teraz jako solidne antidotum na nicość, dopite porcją mocnego alkoholu. Tak dla pewności. To narastało w niej od wielu miesięcy aż wreszcie pękło. Weronika z niepokojem oczekuje, kiedy straci przytomność. Czuje dreszcze i strach. Dziś już nie położy się do łóżka, a jutro nie zje śniadania i nie pójdzie do pracy, nie pojedzie metrem, by znów oglądać te twarze smutnych zombie, którzy zapomnieli o swoim życiu. Ciemny tunel. Senność. Weronika jeszcze podchodzi do okna. Widzi jakąś staruszkę podpierającą się na wózku, która również odwzajemnia spojrzenie młodej kobiety (w książce jest to młody chłopak flirtujący z bohaterką). Widzisz Weroniko, jak jesteś bliska śmierci, tak samo jak ta staruszka. Ale nie będziesz stara, nie będziesz tak pochylona, przeskoczysz te wszystkie etapy niedołęstwa i trafisz w samą dziesiątkę. Parę minut czekania. Kolejna porcja tabletek. Powoli, dokładnie. Jesteś profesjonalna do końca. Czas wznieść toast. I znowu czekać i czekać. Świadomość w takiej chwili jest nie do zniesienia. W głowie kotłuje się mnóstwo interpretacji tego, co będzie dalej. Może lepiej odejść zupełnie zamulonym?
Samobójcy to ci ludzie, którzy rozpaczliwie pragną lepszej jakości dla swego życia. Codziennie szukają czegoś lepszego, ale przez rentgen swej zranionej duszy dostrzegają tylko absurd, który coraz bardziej ich boli. Sięgają coraz głębiej wzrokiem za kurtyny tego przedstawienia i wciąż nie mogą się pogodzić, jak wszystko tu jest tandetne i słabe. „Zaskocz mnie, pokaż mi lepsze życie, pokaż mi coś czego nie widzę! Pokaż mi to człowieku, pokaż mi to Boże” — zdają się krzyczeć codziennie w swej samotności. Ale świat nie zaskakuje. Wciąż jest to samo. Tak, jak codziennie przeglądamy strony popularnych serwisów informacyjnych, gdzie ciągle są te same gęby, te same opowieści, te dziwne slogany reklamowe, które jeszcze bardziej sprzyjają zakłamaniu. Samobójcy to ci, którzy wyszli poza długą kolejkę i zdali sobie sprawę, że wiedzie ona do nikąd. Śmierć na życzenie wydaje się być jedyną znaczącą zmianą w egzystencji powtarzalnych momentów.
Czy to już? Myśli sobie Weronika. Cudownie tak odpłynąć. Skoczyć z wysokiego mostu. Unosić się ponad tym absurdem świata. Jestem aniołem, jestem rybą, jestem powietrzem, jestem ponad, jestem snem.
Ale nagle
Weronika otwiera oczy. Wszędzie biało, ale to łóżko w którym się znajduje nie jest raczej białą chmurą. Spogląda na swoje ręce. Scena jak z „Obcego”, mnóstwo kabelków, podłączonych do różnych maszyn, które coś tu robią. Ale co dokładnie? Podtrzymują znowu to kłamstwo istnienia? Nie wiadomo. Do Weroniki wreszcie dochodzi ta smutna świadomość. Nie udało jej się. Została uratowana. To jeszcze gorsze niż umrzeć. Co za wstyd. Wszyscy teraz patrzą na nią z litością. Wszyscy chcą ją głaskać, pocieszać, a ona jeszcze bardziej się jeży i pokazuje pazurki. Ma dosyć. Co za koszmar. Stworzyła prawie doskonałą osobę, wpasowującą się w schemat korpokultury, a teraz gdy chce siebie unicestwić, ponosi taką druzgocącą porażkę. Wyszła na karykaturę samej siebie. Nie tak miała odejść.
Ale jest nadzieja
Nadzieja na koniec. Bo oto Weronika słyszy z ust lekarki, że podczas próby samobójczej doznała zawału, w wyniku którego powstał tętniak. Tętniak jest jak bomba zegarowa, rośnie i w każdej chwili może wybuchnąć, doprowadzając do śmierci pacjenta. Od tej chwili Weronika ma tą kojącą świadomość, że w każdej chwili może umrzeć. W sumie nic nowego. Codziennie mamy taką możliwość. Zatrucie, wypadek samochodowy i wiele innych możliwości rodem z serii „Pokonać przeznaczenie”. W przypadku Weroniki wystarczy spory wysiłek, aby nagle zasłabnąć i odejść z tego świata. Ile będzie trwała ta męczarnia? To prawdopodobnie kwestia tygodni. Weronika znów się załamuje. Tak długo musi czekać na swój „legalny” koniec.
Swoje ostatnie dni ma spędzić w prywatnej klinice psychiatrycznej, opłaconej przez jej opiekuńczych rodziców. Trzeba przyznać, że ta klinika nie wygląda wcale tak przytłaczająco jak choćby szpital z filmu „Lot nad kukułczym gniazdem”. Wydaje się raczej być miłym pensjonatem położonym w zielonym ogrodzie, pełnym różnych tajemniczych rzeźb, co dodaje mu niezwykłego nastroju.
Tu z pewnością wyobraźnia takiej fantastki jak Claire, jednej z pacjentek (w książce to Zetka), pracuje na zdwojonych obrotach. Claire, jak widać jeszcze długo nie wyjdzie z tej kliniki. Za bardzo utknęła w baśniach. Za długo przebywała na księżycu. Może chciała spotkać Małego Księcia? W książce Zetka szuka rozpaczliwie miłości z dawnych lat, jakby ciągle żyła przeszłością. Podobnie zresztą pacjent Edward, wspomina dawne życie z narzeczoną, która zginęła w wypadku samochodowym. Inna pacjentka, bardziej doświadczona Mari (Melissa Leo, laureatka Oscara za rolę w filmie „Fighter”) w swoich lękach i obawach, katastrofizmie błądzi myślami po niepewnej przyszłości, nie mogąc żyć pełnią życia w chwili teraźniejszej. Ciekawostką jest to, że Mari była kiedyś prawniczką. Takie samo wykształcenie ma Weronika. Wydaje się, jakby Weronika spotkała tu starszą wersję samej siebie, alternatywny scenariusz swojego życia. Co by było, gdybym poświęciła się prawu, założyła własną kancelarię? Czy także bym zwariowała? Szpital psychiatryczny jak żadne inne miejsce ze swoją galerią barwnych osobowości daje okazję Weronice na przejrzenie się w różnych życiorysach. Mari, jako najdłużej przebywająca w tym ośrodku jest dla Weroniki trochę jak matka, trochę jak starsza siostra wraz z Claire, trochę jak mentorka, wieszczka, prowadząca bohaterkę baśni do jej upragnionego celu.
Bez wątpienia ci wszyscy pacjenci mają zachwiane poczucie czasu. Albo za bardzo wybiegają myślami w przyszłość, bawiąc się w proroków, albo melancholijne wracają do złotych, cudownych lat młodości lub rozgrzebują stare winy, biczując się od nowa. Istny legion różnych wcieleń żyjący na cmentarzu z ewangelii św. Mateusza. Ci nieszczęśnicy boją się spojrzeć na zegar i skonfrontować swoje życie z chwilą obecną, w której widzą pustkę. Podczas gdy w gabinecie doktora Blake’a zegar chodzi równo, zaprowadzając rytm i harmonię. Czas na wizytę, pora się wyrównać i być punktualnym.
A ty Weroniko? Gdzie teraz jesteś? Bliżej śmierci czy życia? Wciąż zawieszona w jakimś dziwnym zakątku, może w zaświatach, trochę jak w debiutanckim filmie „Pocałunek życia” Emily Young.
Ustawiasz na szali argumenty za tym by być i nie być. Dramat miesza się tu z tragedią i okruchami śmiechu jakiegoś wariata.
No i co Weroniko, otrzesz ze swej twarzy dawne zniechęcenie i spojrzysz i na wszystko z większą nadzieją? Nawet jeśli jutro lub za tydzień miałabyś umrzeć? Przecież jeszcze możesz być autentyczna, możesz znaleźć tą jedną chwilę właśnie w tym dziwnym laboratorium pokrętnych umysłów. Ta klinika, zawieszona gdzieś w próżni, gdzie czas zdaje się płynąć inaczej, niczym w „sanatorium pod klepsydrą”, to otoczenie zupełnie innych, dziwnych, wrażliwych, wręcz kosmicznych ludzi sprawia, że Weronika z każdym dniem zaczyna inaczej postrzegać tą rzeczywistość do której kiedyś należała. Czyżby Weronik doświadczał syndromu Alicji po drugiej stronie lustra?
Lustro kina zgrabnie odbija książkę Paula Coelho, wydaną w 1998 roku, przenosząc akcję ze Słowenii (o której nikt nie wie, gdzie leży) do ikonicznego Nowego Jorku, roku 2009, gdzie może łatwiej się pogubić w życiu, łatwiej przeżyć wielkie momenty i zaliczyć wielkie upadki. Nowy Jork sprzyja wariactwu i karierze? „Fisher king” i „Wilk z Wall Street”, a pośrodku nasza bohaterka. Weronika z książki to absolwentka prawa i pracownica biblioteki, niespełniona pianistka, wynajmująca pokój u sióstr zakonnych. W filmie natomiast to asystentka w firmie „Freemon Stanley”, co już bardziej pasuje do stereotypu korpo-pracownika z problemami psychicznymi. Z kolei jej wybawca, lekarz, psychiatra, słynący z niekonwencjonalnych metod to w książce doktor Igor, znacznie starszy niż w filmie i farbujący włosy na czarno. W filmie natomiast to doktor Blake, mężczyzna w średnim wieku, ale równie obojętny, nie angażujący się, podchodzący do swych pacjentów bez zbędnych sentymentów i wzruszeń. A one jednak nam się udzielają, gdy coraz bardziej zagłębiamy się w lekturę tej książki czy oglądając ten film. Może coś nam to przypomina? Że też gdzieś ukryliśmy prawdziwe „ja” i jak dotąd żyliśmy tylko wedle określonego modelu. Nic tak nie boli jak życie wbrew sobie. I czy kiedykolwiek doświadczymy takiej prawdziwej chwili, poczujemy jakąś euforię, radość? Historia Weroniki to ta metaforyczna i rzeczywista potrzeba szukania własnej pieśni życia. Dla niej takim katharsis jest właśnie muzyka fortepianowa. Muzyka, czyli jeden z najdoskonalszych języków, wyrażających pokrętne emocje. Tylko zamknijmy oczy, posłuchajmy tej kaskady fortepianowej, te mieniące się, wibrujące klawisze, udające jakby przemykającą wodę. Nasz utracony czas. Głęboka woda, w której Weronika chce utonąć. Albo woda płodowa, z której Weronika chce wypłynąć i narodzić się na nowo.
Pamiętamy tą słynną scenę z „Pianisty”, gdy wymęczony, wychudzony, zarośnięty, brudny Szpilman zasiada do fortepianu, by po długich miesiącach ukrywania się, zagrać przed niemieckim oficerem Balladę Chopina? Zagrać ją tak, że nawet niemiecki wróg ma łzy w oczach. Taka jest siła muzyki. Otwiera furtki do tajemniczego ogrodu, gdzie spotykamy nasze prawdziwe, niewinne ja, dziecko siedzące na huśtawce. Ta muzyka również staje się kluczem do milczącego, tajemniczego Edwarda, który dotąd uchodził za beznadziejny przypadek. Pacjent w wiecznej żałobie za dawnym życiem. Aż nagle usłyszał tą czarodziejską muzykę. Zbudził się książę i zauważył swoją księżniczkę. Może warto było oszaleć Weroniko, by wreszcie spotkać swego księcia w tym uśpionym zamku.
Graj dalej kochana, jakby jutro miał być koniec świata!
Ach ta muzyka. Co za cudowny lek na zranioną duszę. Paradoksem jest to, że Weronika zawsze wiedziała o swoim muzycznym przeznaczeniu. Gdy miała dwanaście lat i uczęszczała na lekcje fortepianu, wiedziała, że to jest ten świat, w którym chciała by być. A jednak opiekuńcza matka wolała, by mimo wszystko córka skończyła studia bardziej przyszłościowe. Jeśli nie psychologia, psychiatria, to na pewno prawo. W końcu każdy kiedyś z nas będzie potrzebował prawnika, by w tym zwariowanym gąszczu paragrafów poszukać odpowiedniego przewodnika. Weronika jednak w swej huśtawce nastrojów będzie potrzebowała coraz bardziej przewodnika-psychiatry. I tak rodzice, którzy najpierw starali się rozbudzić talent córki, opłacając lekcje fortepianu, nagle zgasili ten twórczy płomień, by dostosować córkę do bezpiecznego modelu życia. Córeczko, zastanów się, kto żyje z grania na fortepianie?! Artyści, tak odważnie żonglujący swoimi emocjami, których wielka sztuka jest ich prywatną terapią.
Dla Weroniki dorosłość była taką przerwaną lekcją muzyki, gdy trzeba było wstać od fortepianu i zasiąść do klawiatury komputera, by przez osiem godzin wystukiwać kolejne cyfry wielkiego kodu ku chwale wielkiej korporacji. Bezpiecznie, przyjemnie. Przynajmniej na powierzchni. W książce natomiast Weronika ze starannym wykształceniem nie wybiera jednak kariery prawniczej, tylko skromną posadę w bibliotece, jakby wolała towarzystwo książek i ukrytych w nich światów. Zawsze to jakaś forma ucieczki, reakcja na niespełnione marzenia. Samounicestwienie. Ale z drugiej strony, kto zabroni wykształconej prawniczce grać na fortepianie w domu? Czemu by nie iść na kompromis? Tu paragrafy tam nuty. Między awersem a rewersem. W zwyczajnym życiu można być prawnikiem, a po godzinach przenosić wszystkie swoje lęki i frustracje w fortepianowe zagrywki i publikować je na Youtube. Mnóstwo osób tak robi i czuje się w miarę spełnionymi, że z kimś się podzielili swoją twórczością. Ale może Weronika podeszła do swojego problemu zbyt bezkompromisowo. Ma być tak albo tak!
A propos tej przerwanej lekcji muzyki, rozbite lustro po czyjejś nieudanej terapii-konfrontacji z własnym „ja”, prowadzi nas w inne filmowe odbicia baśni z zakładem psychiatrycznym w tle. Właśnie kłania się tutaj „Przerwana lekcja muzyki” Jamesa Mangolda, czy „Greta” lub „Całkiem zabawna historia”. Bohaterowie tych filmów popadający w coraz większe problemy psychiczne, poznający jaskrawe osobistości „pałacu zdrowia psychicznego”, będą tak naprawdę przygotowywali się do wielkiego powrotu do świadomego życia. Przynajmniej w filmie to zawsze tak słodko wygląda. W rzeczywistości takie powroty, jak z więzienia nie zawsze są łatwe, z racji tego, że łatwo się przyzwyczaić do wygody zakładu psychiatrycznego. W książce, Coelho podkreśla, że życie w tej klinice psychiatrycznej to życie bez zobowiązań. Możesz praktycznie robić co chcesz, jesteś wariatem, najwyżej dostaniesz leki uspokajające. Nie dziwne, że w tej klinice są też pacjenci (prawie normalni), którzy najzwyczajniej uciekli od swojego dawnego życia i traktują ten pobyt tutaj jak wakacje w hotelu. Jednak na takie luksusy trzeba mieć sporo kasy. A jeśli kiedyś wyjdziesz na wolność, by uczestniczyć w tym zbiorowym szaleństwie, będziesz musiał wziąć za siebie odpowiedzialność. Niejeden absolwent zacnego psychiatryka ma z tym trudności, by określić swoje współrzędne względem tego nieprzewidywalnego świata, gdzie nie ma grafika dnia ani cierpliwych pielęgniarek.
Ale Weronika raczej nie musi sobie zaprzątać głowy niepewną przyszłością. W klinice żyje z poczuciem, że w każdej chwili może umrzeć w wyniku pęknięcia tętniaka. Ale tak naprawdę tym pęknięciem będzie znalezienie swego znaczenia. Piękna historia na warsztaty z ambitnym coachem. Czyż nie? Oto historia o samorozwoju stłumionej dziewczyny, która mimo, że miała kochających rodziców, staranne wykształcenie i lekcje na fortepianie, to jakoś nigdy nie potrafiła zdobyć się na odrobinę szaleństwa w swoim życiu. Być tak odważną, by postawić wszystko na jednej szali. W końcu zaczyna siebie nienawidzić, za to, jak łatwo stłumiła w sobie swój głos. Poznajemy ją w tej chwili, gdy wreszcie decyduje się na skok na głęboką wodę. I rzeczywiście gdy następuje ten skok. Wszystko nagle zwalnia. Reżyserka Emilly Young prowadzi nas spokojnie między pokojami przytulnej kliniki wraz ze wspaniałą obsadą. Spokojny David Thewlis, pamiętny z roli cierpliwego towarzysza podróży, znoszącego egotycznego Heinricha Harrera (Brad Pitt) w filmie „Siedem lat w Tybecie”, czy z roli profesora Lupina w „Harrym Potterze”, tu w roli psychiatry, doktora Blake’a, odbija spokojnie wszelkie ataki rozdrażnionej Weroniki, czyli Sary Michelle Gellar, niegdyś słynnej Buffy, postrachu wampirów. Tym razem Buffy musi nauczyć się być postrachem dla wszelkich lęków i depresji, jakie przyczyniły się do jej próby samobójczej. Podobają mi się te konfrontacje zniecierpliwionej, sarkastycznej pacjentki (której śpieszy się na drugą stronę) z niemalże obojętnym lekarzem, który cały czas gra jej emocjami, by w końcu osiągnąć zamierzony cel.
„ — Nienawidzę pana!
— Naprawdę? Opowiedz o tym”
I następuje tyrada nienawiści. Weronika nie znosi krawatu psychiatry, jego biurka i skarpetek (co to ma do rzeczy z jej kryzysem?!), bolesna spostrzegawczość, uraz do niepasujących detali, który kumuluje frustrację. I dalej słyszymy, że nienawidzi tych kretynów z jej biura, którzy myślą, że jak więcej zarabiają, to więcej znaczą, nienawidzi rodziców, że ją tu umieścili i płacą za to zoo, nienawidzi tych wszystkich pacjentów i tych zombie z metra, którzy zapomnieli o swoich marzeniach.
Koniec tyrady.
Ufffffffff
Co za spokój i ulga, gdy wreszcie to wykrzyczała z siebie. Wreszcie to zdefiniowała w przeciwieństwie do tajemniczego pacjenta Edwarda (nie nożycorękiego), który nic nie mówi. Doktor Blake w wydaniu Thewlisa to taki chłodny typ z pokerową twarzą, poprawia swoje okulary, jakby przez nie widział doskonałą receptę na życie, marszczy czoło, ostrożnie przesuwa na szachownicy pionki swoich pacjentów. Jedną pacjentkę okłamuje co do jej stanu zdrowia, wmawia jej jedną chorobę, by wyleczyć ją z chronicznego wstrętu do życia i sprytnie kreśli romans między samobójczynią-złośnicą a cichym księciem. W przypadku Weroniki, milczącego Edwarda czy dręczonej lękiem Mari osiąga znaczące sukcesy. Choć trudno powiedzieć, czy osiągnął jakiś sukces w swoim życiu osobistym. W książce wiemy, że doktor Igor ma rodzinę, a nawet wnuka. W filmie jest to tajemnica. Przenikliwa pacjentka Maria, niegdyś wzięta adwokat, która jest tu na własne życzenie widzi, że Blake w pewnym sensie ukrył się przed uczuciami. Wszystkich tych pacjentów obserwuje z góry, chłodnym okiem, doskonale znając gramatykę uczuć, jaka iskrzy między ludźmi. Czy to nie nudne znać to wszystko na wskroś. Może psychiatrzy to najbardziej depresyjni ludzie na świecie. Znający sekret umownej równowagi, pozbawiają własne życie dreszczyku tajemnicy i przygody.
I kto tu jest nienormalny?
Szybko, otwórzmy tą starą furtkę i wymknijmy się stąd jak najszybciej kochany. Biegnijmy co tchu. Nie obawiaj się. Mam sporo sił, by wykorzystać te ostatnie chwile. Jak z tobą wspaniale się milczy drogi Edwardzie. Uciekajmy stąd, by żyć nowym życiem.
Doktor Blake patrzy na tych dwoje zakochanych ze spokojem. Weronika wreszcie odżyła, uśmiecha się do Edwarda, a ten odwzajemnia jej uśmiech. Niech uciekają jak najdalej stąd, póki są szczęśliwi. Ale i doktor Blake zamierza opuścić to miejsce i ruszyć gdzieś indziej. Umrzeć dla tej kliniki, ale narodzić się dla czegoś lub kogoś innego. Do zobaczenia kiedyś w takim miejscu, gdzie logika odmawia posłuszeństwa. Obyśmy wyszli z niego jeszcze lepsi, piękniejsi i bardziej autentyczni.
Komentarze
Prześlij komentarz