MARZYCIEL. ODNALEŹĆ NIBYLANDIĘ
To nie pierwszy film, w którym Johnny Depp gra pisarza przechodzącego kryzysy twórczy. Rok przed „Marzycielem”, w filmie „Sekretne okno” grał pisarza Morta Raineya, który zmaga się z fabułą swojej niedokończonej książki i odejściem żony. Jakie to typowe dla pisarzy. Jak się wali narracja w życiu, to i w książce pękają wszystkie mechanizmy, choć czasem bywa to bardzo oczyszczające. Kryzys twórczy przechodzi w psychozę i jak to zwykle bywa w historiach Stephena Kinga, poleje się trochę krwi.
Natomiast w „Marzycielu” jest znacznie spokojniej. Wszak to chłodny Londyn. James Barrie, autor słynnego „Piotrusia pana” musi znów zmierzyć się z chłodnym odbiorem swojej sztuki teatralnej. Jak widać, przesadził, albo czegoś nie napisał jak należy. Frustrujące to rzemiosło, gdy między słowami, coś przegapisz, źle wyważysz alchemię nastrojów, a twoja ambitna wizja zupełnie się spłaszczy na małej scenie teatralnej. I znów ten koszmar. Biała kartka, nowa nadzieja, nowy pomysł i czy tym razem pan Barrie trafi w dziesiątkę? Jeśli nie on, to kolejny zatroskany pan redaktor strzeli ironiczną recenzję na temat jego sztuki.
Bujna wyobraźnia pana Barriego, klucz do Nibylandii to zarazem jego błogosławieństwo i przekleństwo. James może i ma sporo ciekawych pomysłów, ale ostatnio ma problem z nadaniem im odpowiedniej formy. Błądzi myślami gdzieś daleko i czasem nie chce być panem, tylko chłopcem przeżywającym różne przygody, by je zapamiętać i spisać. Ale tuż nad jego głową staje poważna żona, Mary Barrie, która niczym surowa matka przyzywa go do nudnej rzeczywistości.
A rzeczywistość państwa Barrie, czy może raczej rzeczywistość Mary to w większości kolacje, bankiety, spotkania charytatywne, przesadna dbałość o konwenanse, wyścig do elit, plotki z wyższych sfer, ziewanie Jamesa, sztywny kołnierzyk, który pisarz z ulgą rozpina, gdy wychodzi na spacer do parku albo do swojego domku na wsi. Tam mu nikt nie przeszkadza. Może czuć się swobodnie. Tam mógłby napisać takie dzieło jak Milne czy Lewis. Właśnie w takim domu, gdzie oddycha się innym powietrzem, a nie przytłaczającym smogiem Londynu. Mnóstwo tam gratów i różnych rekwizytów teatralnych, z których można układać nowe sztuki. Mimo to czegoś brakuje autorowi. Tematu.
Mówi się, że pisarz to złodziej cudzej historii. I nie inaczej było z Jamesem Barriem, który chcąc napisać oryginalną sztukę, a potem książkę o chłopcu, który nie chciał dorosnąć, niejako wkradł się w cudze życie.
Przypadkowe spotkanie z rodziną Daviesów, czyli czwórką chłopców i ich matką Sylvią, wdową po Arthurze odmieni jego życie na zawsze. Co ciekawe w filmie jest to trochę inaczej ukazane niż było naprawdę. W filmie James poznaje Sylvię już jako wdowę z czwórką synów. W rzeczywistości braci Daviesów było pięciu. George zginął na wojnie w 1915, a Michael utonął w rzece ze swoim przyjacielem w 1921. Najdłużej żył Nico, bo zmarł w 1980, a dwadzieścia lata wcześniej zmarł Peter, ten który w filmie miał dosyć bycia oszukiwanym przez dorosłych. Peter, który w książce Barriego nie chciał dorosnąć. James i Mary poznali Daviesów jeszcze jako szczęśliwą i kompletną rodzinę. A potem towarzyszyli im, zwłaszcza James, w tych dramatycznych momentach choroby Arthura (raka żuchwy), a potem umieraniu Sylvii na raka płuc. Mary zmęczona obojętnością męża i jego zainteresowaniem cudzym życiem rodzinnym, wdała się w romans z Gilbertem Cannanem.
Po śmierci Arthura i Sylvii opiekę nad chłopcami przejęła przede wszystkim matka Sylvii, Emma du Maurier, żona rysownika, George’a Louisa du Mauriera. Emma miała również dwóch synów, Geralda du Mauriera i oficera oraz autora sztuk teatralnych Guya du Mauriera. W filmie została sportretowana przez Julie Christie jako kobieta despotyczna, przesadnie dbająca o dyscyplinę, „kobieta z hakiem”, która zainspiruje Jamesa do stworzenia postaci Kapitana Haka. I która na końca uwierzy w moc baśni.
Ona będzie pilnowała dyscypliny, a James Barrie, jako przyjaciel rodziny postara się w chłopcach obudzić wyobraźnię. Nie będzie miał łatwo, bo po dzieciństwie z Piotrusiem Panem , nadejdzie gorzka dorosłość wojny. Ale przecież zawsze są wspomnienia tamtego cudownego okresu.
Mówi się, że spotkania z niektórymi ludźmi pomagają nam zobaczyć we własnym życiu coś, czego wcześniej nie dostrzegaliśmy. I chyba coś takiego właśnie spotkało Jamesa Barriego, który jeszcze jako dziecko, stracił swojego brata, Davida. Jak sam wspomina, wtedy też skończyło się dla niego dzieciństwo. I również Peter Davies pragnie, by jego dzieciństwo już dobiegło końca, bo ma dosyć tych ciągłych gierek i kłamstw ze strony dorosłych. Najpierw choroba ojca, teraz choroba matki. Nie chce już słyszeć, że wszystko się skończy dobrze, jak w naiwnej bajeczce. Ma dosyć tych wszystkich bredni i bajek, które wymyśla dorosły James o wyobraźni dziecka, by tak pomóc odprowadzić umierającą Sylvię na drugi brzeg.
Film Marca Forstera to nie pierwsza produkcja poświęcona relacji Jamesa Barriego z rodziną Daviesów. W 1978 BBC zrealizowało mini serial w reżyserii Rodneya Benetta z Ianem Holmem w roli głównej. „Marzyciel” wpasowuje się w nurt kina „the making of”, ukazującego proces powstawania jakiegoś niezwykłego dzieła. Tak jak to widzieliśmy w filmie „Pani Potter”, opowiadającym o życiu samej pisarki Beatrix Potter i powstawaniu „Przygód Królika Piotrusia”, czy „Ratując Pana Banksa”, ukazującym kulisy disneyowskiej ekranizacji Marry Poppins i trudnej relacji Walta Disneya z pisarką Pamelą Travers. Czy w końcu „Żegnaj Christopher Robin”, poświęconym powstaniu bajki o najsłynniejszym misiu, Kubusiu Puchatku, którego pokochały miliony dzieci, a znienawidził jeden chłopiec, syn samego pisarza. W kontekście tej ostatniej produkcji warto wspomnieć, że Kelly MacDonald, która grała w tym filmie nianię, najbliższa przyjaciółkę Christophera Robina, w „Marzycielu” zagrała Piotrusia Pana.
Miło w obsadzie zobaczyć Dustina Hoffmana w roli zrzędliwego producenta przedstawień teatralnych, Charlesa Frohmana, który cały czas sprawdza, ile tym razem straci na ambitnych wizjach pana Barriego, pełnych piratów, krokodyli, dzwoneczków i czego tam jeszcze. Co za ironia, że Frohman w filmie będzie narzekał na zbyt drogie scenografie związane z wodą i okrętami, a sam za parę lat zatonie na pokładzie RMS Lusitania.
Dla samego Hoffmana ta rola to również pewnego rodzaju domknięcie klamry, bo przecież trzynaście lat wcześniej, wcielił się w rolę samego kapitana Haka w kultowym już filmie „Hook”, walcząc z dorosłym Piotrusiem Panem (Robinem Williamsem). A tu obok staje Johnny Depp, kolejny słynny pirat, Jack Sparrow. A skoro już jesteśmy przy piratach, to warto zwrócić uwagę na drugoplanowych aktorów: Angusa Barnetta w roli Nany oraz Mackenziego Crooka w roli Jaspersa, pracownika teatru. Obaj ci aktorzy również wystąpili w „Piratach z Karaibów”. Inny ciekawym akcentem w filmie jest pani Snow, która zaczepia pana Barriego po premierze sztuki teatralnej. Zabawne, że w tym samym okresie aktorka Elieen Essell grała również nieznośną starszą panią, która doprowadzała do szału pisarza Alexa Rose’ a w filmie „Starsza pani musi zniknąć”. Tu w „Marzycielu” jest ona jedną z nielicznych osób z publiczności, która dobrze rozumie, co pan Barrie miał na myśli w swojej sztuce.
A gdy oczywiście słowa zawodzą, pozostaje jeszcze muzyka, za którą nasz rodak Jan A.P. Kaczmarek dostał Oscara. W uszy wbija zwłaszcza ten ostatni motyw, grany tylko na fortepianie wzmocnionym pogłosem. Żadnych smyczków, słodkich flecików, dzwoneczków, tylko fortepian – skromnie, wymownie, a jednak czuć jakąś niesamowitą głębię w tym utworze. Delikatne, zwiewne wysokie dźwięki, jakby unosiła nas już magia, a po chwili te ciężkie uderzenie w niskie tony, jakby wyrażające jakiś sprzeciw, upór wobec tej szarości życia i to ciągłe pragnienie znalezienia się w Nibylandii
Komentarze
Prześlij komentarz