ROZSTANIA I POWROTY

 

„Fajnie tak czasem pogadać” — mówi zgryźliwy Sandy Hoffman, architekt do swojego wspólnika, Willa Francisa. Pogadać tak od serca, swobodnie, między jednym rozstaniem a kolejnym powrotem. Tyle, że bohaterowie tego filmu Anthony’ ego Minghelli, mają spore problemy z mówieniem wprost, o tym co ich boli. Nie potrafią wyrazić swoich potrzeb i także obaw. Miotają się między metaforami, obietnicami, życzeniami i ciszą, aż w końcu siebie ranią. Ludzie za dużo gadają, ale nie to co trzeba, stwierdza pewna tajemnicza prostytutka, która w zagmatwanej historii Willa będzie trochę jak drogowskaz.

Will i Sandy właśnie otworzyli biuro architektoniczne, pełne drogiego sprzętu, adaptując do tego celu opuszczony budynek przemysłowy w nieciekawej dzielnicy, gdzie nie trudno o złodziei. To dzisiaj dość modne, by rewitalizować dawne przemysłowe przestrzenie i otwierać w nich swoje biznesy. Odkryte cegły, rury, stalowe konstrukcje, zakratowane okna. Niebanalny, loftowy design sprzyjający twórczym wysiłkom architektów, którzy może potrafią przywracać dawnym przestrzeniom blask, ale wciąż mają trudności z rewitalizacją społeczności. Oprócz architektonicznych wyzwań, Will i Sandy musieli ostatnio nauczyć się nowych ról strażników swojego mienia, by tak odstraszyć włamywaczy.

Zabawne, że Martin Freeman i Jude Law później wcielą się w rolę doktora Watsona, który wraz ze swoim nietuzinkowym przyjacielem, Sherlockiem niejedną noc czyhali na zdemaskowanie przestępców. Freeman i Law świetnie się uzupełniają w tym filmie. Law gra tego bardziej otwartego bohatera, z kolei Freeman jak zwykle najlepiej wypada w rolach zgryźliwych, ironicznych, zniecierpliwionych bohaterów. Ale to zniecierpliwienie i złość udzielają się każdemu, gdy co chwila dochodzi do włamań w nowym biurze.

Oczywiście oprócz hucznego bankietu z okazji inauguracji otwarcia biura, nie zabrakło także bacznych obserwatorów kodów zabezpieczających. Złodzieje, tacy jak piętnastoletni Miro, imigrant z Sarajewa dobrze wiedzą jak inteligentnie się włamać, nie robiąc przy tym większego zamieszania. Jedno okno w dachu, potem akrobacja na stalowych konstrukcjach, wystukanie na klawiaturze kodu. No i jesteśmy w domu, z którego możemy wynieść parę drogocennych zabawek, jak choćby te Maci, które nie tak dawno przyjechały do biura. Nowy sprzęt, nowe oprogramowanie i dziwnym trafem złodzieje zjawiają się jak na zawołanie.

Ale Will zdaje sobie sprawę, że wraz z tymi kradzieżami do jego biura, ktoś także wkradł się do jego pozornie poukładanego życia i ukradł mu szczęście. Nie chodzi tylko o to, że złodzieje ukradli mu jego laptopa z rodzinnym albumem, chodzi także o to, że Will coraz bardziej wygląda poza swoje życie i nie potrafi zrozumieć, co jest nie tak. Na zdjęciach rodzinnych Francisa, które przegląda piętnastoletni złodziej Miro, wszyscy są uśmiechnięci. Długoletnia partnerka Willa, melancholijna Szwedka, Liv i jej córka, Beatrice wreszcie chyba odnalazły swój dom w Londynie obok Willa, choć on czasem przy tej relacji matki i córki czuje się jak piąte…trzecie koło u wozu. Bo trzeba tu zaznaczyć, że Beatrice nie jest biologiczną córką Willa. Nieco autystyczna, nadmiernie pobudzona, nieustannie wykonuje salta, nie dając spać pozostałym. To istna zagadka dla obojga rodziców, którzy muszą do swojego ogniska rodzinnego zaprosić także kilku terapeutów, by mieć poczucie, że coś zrobili. Mimo wszystko ta rodzina jest jak marzenie dla Mira, który parę lat wcześniej stracił ojca w wyniku zamieszek w Sarajewie. Wraz matką przyjechał do Anglii, próbując rozpocząć nowe życie. Ale i tu nie jest łatwo, szczególnie gdy chłopak zamiast chodzić do szkoły, okrada wraz z ziomkami ze swojej wyklętej ojczyzny takich ludzi jak Willa i Sandy’ego.

To nie przypadek, że teraz właśnie okradł biuro architektoniczne. Jego życia wymaga porządnego planu przebudowy wszystkiego. Sam gnieździ się z matką w małym mieszkanku na osiedlu Alexandra Road Estate, utrzymanym w brutalistycznym stylu. W swoim pokoju buduje z nudów makiety osiedla lub lepszego świata, w którym chciałby kiedyś żyć po tych wszystkich perturbacjach losowych. Nie jest takim bezdusznym złodziejem. Zdając sobie sprawę, że oprócz Macbooka ukradł Willowi także wspomnienia, zgrywa na płytę całe archiwum rodzinne i podczas następnej „wizyty” w biurze, zostawia mu je na biurku, nie odmawiając sobie jednak kradzieży kolejnych sprzętów i także figurek z modeli architektonicznych.

Tymczasem Will starając się złapać złodziei na gorącym uczynku, miota się w wątpliwościach, czy jego rodzina ma jeszcze sens. Może po prostu popadli w rutynę, a może oddalili się tak od siebie, że rzeczywiście nie ma już sensu udawać. Ostatnio rodzinnym obiadom towarzyszą tylko krzyki, a czasem i tłuczenie talerzami. Beatrice znów jest taka pobudzona. Will na szczęście ma gdzie uciec, bawiąc się w stróża nocnego swojego biura. Tam będzie miał też okazję poflirtować, a może raczej szczerze porozmawiać z pewną prostytutką, o tym, jak ciężko się komunikować z drugą osobą. Liv z kolei próbuje skleić rozbity talerz, albo chociaż znaleźć jakieś połączenie w tej rodzinnej układance, w której wszyscy się coraz bardziej ranią.

Właśnie wtedy, gdy Will czuje, że jest na wielkim placu budowy, gdzie pewne rzeczy są burzone a inne stawiane od podstaw, poznaje on krawcową, Amirę, matkę Mira. Will nie zamierza od razu wydawać chłopaka, tylko przyjrzeć się jego życiu i motywacjom, a przy okazji skorzystać z usług krawieckich Amiry, w której przy okazji się zakocha. Zarówno ona w tym obcym kraju jak i on wyobcowany w swej rodzinie potrzebowali na chwilę tego romansu. Ona skradła mu serce, a jej syn ukradł sprzęt komputerowy. Ale Francis nie ma za złe tym dwojgu kradzieży. Podświadomie potrzebował takiej rewolucji w życiu, by nagle wszystko odwrócić do góry nogami. Okazuje się, że krawcowa Amira w jakimś sensie wzmocniła jego rodzinne szwy, innymi słowy zrewitalizowała życie rodzinne Willa. Romans z nią podziałał jak swoiste katharsis. Ona podobnie jak Liv to cudzoziemka i z równie smutnym wyrazem twarzy. Zarówno Amira jak i Liv straciły w ostatnim czasie zbyt dużo bliskich osób. Może to ta serbska melancholia naznaczona wojną? Może to ten szwedzki chłód? Amira na chwilę zapewniła Willowi ucieczkę od jego rodzinnej wyspy, ale wszystko to było po to, by się przekonać, jak głębokie jest uczucie Willa do Liv.

To ciekawe też, jak imiona głównych bohaterów współgrają z ich sytuacją, w której ich poznajemy. „Amira” kojarzy się z łacińskim „amare”, czyli „kochać”, a „Will” to z kolei „wola”. Wolna wola? Wola do kochania? Tylko kogo? „Will” to niemalże odwrócone imię „Liv”, które kojarzy się z „live”, „life” czyli z życiem. Kochaj życie, kochaj i daj odejść jednej kobiecie, by kochać drugą?

Jude Law po przygodach z panem Riplayem i powrocie ze „Wzgórza nadziei” znów w drużynie Anthony’ ego Minghelli i braci Weinsteinów eksploruje różne odcienie miłości wraz z Juliette Binoche, (która już wypiła czekoladę z Johnnym Deppem i przeżyła „Nieznośną lekkość bycia”) i eteryczną Robin Wright, która już zapomniała o Forreście Gumpie, a za niedługo będzie budowała „Dom z kart”. To a propos architektury życia uczuciowego.

Ciekawy to trójkąt, który musi w końcu pęknąć, by narodziło się coś lepszego. Choć Miro w końcu trafia w ręce policji, ma jeszcze szansę odmienić swój los przestępcy, który skończy w więzieniu. Szkoda by było piętnastolatka, który zaufał nieodpowiednim ludziom. Tak właśnie argumentuje to sympatyczny śledczy Bruno Fela (Ray Winstone), który w swej pracy widział już niejedno i dobrze wie, że prawo jest względne. Jedni mają adwokatów, a drudzy życie w kratkę.

Aby Miro, jako główny podejrzany uniknął kary, potrzebne jest właśnie zeznanie Willa, który by potwierdził, że chłopak i jego matka są jego znajomymi, pożyczającymi od czasu do czasu jego komputer. To poniekąd jest prawdą, z racji charakteru zażyłej znajomości Willa i Amiry. Tyle, że opowiadając o tym wszystkim, Will będzie musiał także przyznać się Liv do zdrady. To skok na głęboką wodą. Z jednej strony może on dać szansę na nowe życie rodzinie uchodźców, a z drugiej może stracić na zawsze zaufanie kobiety, z którą teraz jest w związku.

Morał, jaki z tej historii wynika, że bycie architektem miejskiej przestrzeni nie odnosi się tylko do budowy czy przemiany danego budynku użyteczności publicznej, ale także do przemiany otoczenia i relacji międzyludzkich, z którym jest związany dany budynek.

 

 


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOLNY DZIEŃ FERRISA BUELLERA - DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI ŻYCIA NASZEGO

I STANIE SIĘ KONIEC

DOBRANOC MAMUSIU. CZYLI JAK ODEJŚĆ NA WŁASNYCH WARUNKACH