WIECZNA MIŁOŚĆ

„Uwielbiam te spokojne momenty przed burzą, przypominają mi Beethovena” – mawiał Norman Stansfield, gdy wziął sporo magicznego proszku przed akcją, a po chwili słuchania kojącego koncertu powystrzelał całą rodzinę. Gdy upajaliśmy się tą sceną z „Leona zawodowca”, w tym samym roku Gary Oldman (także Dracula, Sid Vcious i Winston Churchill) wcielił się również w samego Beethovena. I jak zwykle zrobił to fenomenalnie, podkreślając neurotyczną osobowość wielkiego artysty, gbura, malkontenta, ale nade wszystko człowieka, który zmaga się z okrutnym losem.

Pan Beethoven krzyczy jak Norman Stansfield: „Everyooone!”, krzyczy jak przywódca (Winston Churchill) lecz nikt z orkiestry nie zwraca na niego uwagi. Maestro słyszy własną muzykę, ale nie orkiestry. Znów się pomylił. Albo za szybko, albo za wolno. Jakaż tego przyczyna. Głuchota. Co proszę?! Cóż to za podła ironia, że oto wielki kompozytor, którego narzędziem jest słuch, stopniowo go traci i schodzi na głębie szaleństwa. Ale gdy już przekroczy tą niebezpieczną granicę, gdy ogłuchnie na szepty, opinie, złośliwości, nagle oto skomponuje ten niezwykły utwór, który nucąc sobie teraz, czuję, że mógłbym przejść każdą ciemną dolinę rozpaczy.

Bernard Rose, reżyser takich niepokojących filmów jak „Candyman” czy „Paperhouse” zwraca się nagle ku muzyce, by opowiedzieć biografię Beethovena. Muzyka łagodzi obyczaje. Za parę lat reżyser poświęci swoją uwagę legendarnemu skrzypkowi Paganiniemu. A póki co pierwsze skrzypce w tym filmie zagra miłość, która dręczyła autora „IX Symfonii”. Temat miłosny koresponduje odrobinę z filmem z 1934 pt. „Wielka miłość Beethovena”. Rzekłbyś, od namiętności przez platoniczne związki, co potem zobaczymy w „Kopii mistrza” Agnieszki Holland, gdzie młoda studentka kompozycji, Anna Holtz podejmuje się skopiowania dzieła mistrza na jego premierę. Choć muzyka Beethovena jest zdumiewająca, to jednak jej twórca to istna bestia, która wystawia na próbę każdego, kto się do niego zbliży. A gdy już przeklniesz tego megalomana, pana artystę, obrazisz się na niego po stokroć, usłyszysz nagle taką „IX symfonię” i coś się w tobie poruszy. Czujesz radość, wzruszenie i jakąś niezwykłą siłę. Zarówno zaciekli wrogowie jak i zranieni przyjaciele, słuchając muzyki tego mistrza są mu w stanie wybaczyć wszystko. Jak to możliwe, że to on skomponował ten utwór?! Ten gbur, z którym się kłóciłem miesiąc temu? Jak to możliwe, że w nim rozbrzmiewają tak niezwykłe dźwięki, jakby Bóg na złość hipokrytom i świętoszkom uczynił z tego chama swój megafon. Ed Harris wcielający się tu w „artystę nie do zniesienia” wcześniej pokazał nam męki twórcze „Pollocka”, który pijany kapał farbą, gdzie popadnie. Beethoven z kolei kapie moczem do garnka, gryzie, pluje jadem i wręcz błaga, aby go znienawidzić, bo on sam nienawidzi świata. A ileż jest tych garnków z moczem w mieszkaniu Beethovena? Można by z nich zbudować jakiś ciekawy instrument perkusyjny. Siła twórcza wypływa czarną żółcią na papier nutowy jak i do nocnika. Anna z trudem znosi ten naturalizm i humory mistrza, kopiując jego dzieło. Towarzystwo Beethovena traktuje jak wielką lekcję, bo sama również stara się obudzić w sobie odważnego twórcę, który będzie komponował tak niezwykłe melodie. Lecz czy uda jej się skopiować geniusz tego dziwaka? Beethoven ją strofuje i zwraca uwagę, by nie skupiała się tak bardzo na strukturze. Musi zacząć od ciszy, by usłyszeć swój głos. Między tym dwojgiem nic wielkiego nie zachodzi, ale wyraźnie widać, że Anna jest pod urokiem mistrza, mimo, że on co chwila ją rani. Jest między nimi jakaś więź. Muzyka jest tym kluczem. Gdy widzimy scenę, w której Anna pokazuje głuchemu Beethovenowi, jak ma dyrygować swój utwór, to można by pomyśleć, że wreszcie egoistyczny mistrz zaufał komuś, młodszemu, piękniejszemu. Stary mistrz dał się prowadzić swojej uczennicy.

 

To oczywiste, że każdy wielki artysta uwodzi swoim geniuszem i sztuką, a jeśli już kocha to tylko siebie, jak podsumowują gorzko wszelkie biografie największych, którzy zaprzedali swoje dusze podstępnej pani Sztuce. Ale kapryśni artyści potrafią być także okrutni i bezwzględni dla samych siebie. Całymi nocami mogą tworzyć natchnieni swoje wielkie dzieła, a rano być zupełnie nieprzytomnymi. Ciągle niewyspani, nienajedzeni, z uporem pragną stworzyć coś wielkiego, by znów pokazać publiczności, ile są warci. Gladiatorzy, którzy wciąż walczą z bestią obojętności. Uparcie rzeźbią w tej kruchej abstrakcji, nie mając czasu na cokolwiek. Powoli się zaniedbują i niejeden z nich wygląda jak kloszard, który całe swoje życie i pieniądze oddał na tworzenie czegoś niemożliwego. A gdy znowu im się nie udaje, jeszcze bardziej siebie nienawidzą. Taki jest okrutny proces twórczy, gdy z jednej strony jest nadzieja, a z drugiej niemoc uniesienia ciężaru pracy, niemoc sprostania idealnej wizji, która gdzieś rozpaliła ich umysł.

Zmagania ze sztuką to wdzięczny temat na filmy (Van Gogh jest tu rekordzistą), gdzie zarówno piosenkarze, malarze, filmowcy zawsze stają wobec tych okropnych pytań: co ja tu robię? Czy cała moja sztuka to wielka autosugestia wsparta autopromocją, czy może jest w tym jakiś fenomen? Czy zasługuje na ich uwagę, czy też nie? Czy muszę sobie odciąć ucho albo zupełnie zwariować, aby wreszcie namalować coś mocnego?

Pan Beethoven w potarganej koszuli, nieogolony, z mętnym spojrzeniem jeszcze próbuje panować nad orkiestrą, wymachuje batutą, niczym szablą, tnie powietrze na plastry, walczy z losem i ciszą, ale dobrze wie, że to nie ma sensu. Oni go już nie słuchają. Jego muzyka nie odbija się w muzyce orkiestry. Nic nie słyszy. Zawstydzeni muzycy patrzą w ziemię, bo są świadkami prawdziwego nieszczęścia wielkiego muzyka. A może trochę się cieszą. Wszak pamiętają te próby, gdy ten gbur rzucał w nich, czym popadnie, bo chciał perfekcji. Ten głuchy pajac chce perfekcji. Dobre sobie. Jego ukochany bratanek Karl również nie mógł znieść tego tyrana, który żądał, aby bratanek wciąż ćwiczył na fortepianie. Lecz po cóż grać, skoro wuj i tak nic nie słyszy? Ludwig traktuje tą sprawę bardzo honorowo. Obiecał swemu bratu, Casparowi, przed jego śmiercią, że zajmie się Karlem wraz z matką chłopca, Johanną Reiss. W końcu jednak postanowił, że odbierze chłopca matce, by w pełni sprawować opiekę nad bratankiem, jakby chciał stworzyć tego chłopca na własne podobieństwo. To była jedna z najgłośniejszych spraw sądowych o opiekę nad dzieckiem.

Wuj ślepo wierzy, że wychowa nowy talent. Tak jak kiedyś ojciec Mozarta wychował swego syna na geniusza, tak i Johann Beethoven próbował z Ludwiga zrobić nowego Amadeusza. Ludwig dobrze to pamięta. Przeraża go to, jak ojciec go bił po koncercie, a zarazem sam torturuje Karla swoją obsesją, aby zrobić z niego wielkiego muzyka. Problem w tym, że Karl nie może już znieść widoku klawiatury. Chętnie by nacisnął, ale nie klawisz fortepianu, tylko spust pistoletu. I uczyni to, próbując się zabić. Jednak przeżyje, raniąc się tylko w głowę. Nie dla niego muzyka. Nie uczynisz mistrzu nikogo na swoje podobieństwo. Kopiowanie innych to zabijanie talentu i wewnętrznego głosu.


Ludwig opuszcza głowę, przełyka ślinę, wciąż czuje ból w żołądku i jelitach. Wielkie emocje przy pisaniu kolejnych utworów, zła dieta i porywczy charakter przeczołgały mu kiszki. Zbyt mocno odczuwał tą muzykę. Teraz już nic nie słyszy. Może to i lepiej. Publiczność właśnie się z niego śmieje, a nie nagradza oklaskami. Właściwie po co publiczność? Raz klaszczą, a raz gwiżdżą. Niepewny siebie artysta jest we władzy ich humorów. Natomiast dumny Ludwig teraz słyszy tylko błogą ciszę. Tylko co dalej? To już koniec, czy początek czegoś nowego? Kto mu wreszcie odpowie? Czy właśnie w takiej ciszy może zabrzmieć głos Boga? Ludwig schodzi ze sceny. Czyżby znowu sam miał przeżywać swoją klęskę? Wtem czuje przy sobie obecność jakiejś damy, która bierze go pod rękę i towarzyszy w tym odejściu. Maestro potrzebuje teraz przyjaciółki, która by go wysłuchała. Lecz on jej nie może wysłuchać. Czyżby znów potwierdzał się stereotyp, że wielki artysta zawsze skazany jest na swój egotyzm?

Ta cierpliwa dama, która pomogła mu zejść ze sceny, gdy wszyscy się śmiali z głuchego muzyka to niejaka Anna Maria Erödy, węgierska hrabina, która będzie przez wiele lat jego dobrą przyjaciółką. Ale czy także wielką, nieśmiertelną miłością? To pytanie zadaje sobie narrator filmu, przyjaciel i wykonawca testamentu Beethovena, Anton Felix Schindler, który także ma za sobą karierę skrzypka i gorzkie poczucie, że nie spełnił się w tej roli. Może teraz spełni się jako detektyw, wypytując ostatnich, żyjących świadków życia Maestra. Stary, dobry, wierny Schindler tak naprawdę był głównym spadkobiercą dzieł Ludwiga, zachował sobie nawet zeszyty konwersacyjne z głuchym mistrzem, jednocześnie dbając o ich najwyższy poziom, niszcząc stronice, które by stawiały Beethovena w złym świetle.

W roli wiernego przyjaciela Beethovena wystąpił Jeroen Krabbé, którego pewnie zapamiętaliśmy choćby z filmu „Ścigany”, gdzie sportretował on podstępnego doktora Nicholsa, Brutusa, wbijającego sztylet Richardowi Kimble’ owi. W tym filmie, jest zupełnie na odwrót, Krabbé gra wiernego przyjaciela, który przez lata znosił zniewagi genialnego kompozytora i jest mu wierny nawet po śmierci, starając się wypełnić jego ostatnią wolę. Schindler znajdując list do wielkiej miłości Beethovena, próbuje ustalić, kto może być adresatką i także spadkobierczynią jego muzyki? Kto skradł mu serce? To musiała być zbrodnia doskonała, bo upolować takiego egocentryka i samotnika jak Beethoven to nie lada sztuka. Istna symfonia namiętności. Schindler uparcie drąży temat na złość bratu Ludwiga, Nikolausowi, który już czyha na majątek po wielkim kompozytorze. W końcu należy mu się jakaś rekompensata za humory wielkiego kompozytora. A tu nagle jakiś list do wielkiej miłości, która równie dobrze mogła być fantazją, personifikacją samej muzyki.


Kto był tą miłością? Może Giulietta Guicciardi. Kolejna Hrabina, będąca pod urokiem wielkiego artysty. A nawet łączył ją z nim namiętny romans. Kompozytor dedykował jej słynną „Sonatę księżycową”. Lecz cóż z tego? Pan Beethoven to zawsze niższa sfera wobec jaśnie państwa hrabiów. Możemy go wspierać finansowo, ale do naszej rodziny nie wejdzie. Zresztą Giulietta biorąc lekcje od Beethovena nigdy w pełni nie rozumiała emocji, jakie wirują między zapisanymi nutami. Rozeszli się.

A pan Schindler po raz kolejny stanął na rozdrożach w swym śledztwie, ku coraz większej irytacji Nikolausa Beethovena. W pamięci detektywa rozbrzmiewa „Sonata Krezurewska”, kogóż to autor miał na myśli, do kogo zmierzał w tą paskudną burzę? Czekała na niego w hotelu, lecz on nie mógł dotrzeć na czas. To była ona, tajemnicza adresatka listu. Ale kto?

Jak to w kryminale. Ten, kogo się najmniej spodziewamy. Ten, kto został przedstawiony, jako najbardziej znienawidzona postać w filmie, ten, z kim walczył Ludwig. Nie zdradzę tutaj, kto to był. Czasem przeciwne sobie nuty brzmią najlepiej, choć nie dane jest im grać dłużej w jednej sonacie, a co dopiero symfonii. Bernard Rose w tym biograficznym filmie daje okazję na spotkanie dwóch przeciwnych sobie charakterów, choć w prawdziwym życiu nigdy się oni ze sobą nie pogodzili (wersja oficjalna). Taka jest lecznicza właściwość sztuki. Choć kto wie, może pasja nienawiści do tej drugiej osoby była początkiem czegoś większego, o czym nie wiemy z oficjalnych źródeł. Zawsze to jakiś rodzaj uczucia, sposób na nie bycie obojętnym tej drugiej osobie. Słodki kontrapunkt.

 

 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOLNY DZIEŃ FERRISA BUELLERA - DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI ŻYCIA NASZEGO

I STANIE SIĘ KONIEC

DOBRANOC MAMUSIU. CZYLI JAK ODEJŚĆ NA WŁASNYCH WARUNKACH