GWIAZD NASZYCH WINA

 


Czy to możliwe, że urodziliśmy się pod złymi gwiazdami i cokolwiek zrobimy, zawsze będziemy skazani na porażki? Los na loterii. Oczywiście rak. Jakby nie było w katalogu czegoś innego. Czasem mam wrażenie, że los w doborze nieszczęść jest nad wyraz leniwy, dzięki czemu dziennikarze widzący wszędzie tragedię mogą pisać do woli te melodramatyczne artykuły. Albo filmy, albo książki. Kto by pomyślał, że książka o dwóch śmiertelnie chorych nastolatkach, poszukujących odpowiedzi na pytanie o zakończenie książki pewnego antypatycznego pisarza, stanie się takim bestsellerem. Ale John Green to potrafi. Tak jak potrafił wspólnie ze swoim bratem, Hankiem Greenem stworzyć jeden z najciekawszych, popularnonaukowych kanałów na YouTube: „Crash Course”.

Jeśli jakiś malkontent spod znaku Saturna uważa, że urodził się pod złą gwiazdą, to czas mu przedstawić tych oto dwoje młodych ludzi. Hazel Lancaster i Augustus Waters w swoim krótkim życiu zaliczyli już ekstremalne przygody z rakiem: on stracił nogę przez mięsako-kostniaka, a ona z trudem oddycha przez raka tarczycy w czwartym stadium. Stąd te rurki przyczepione do nosa i butla z tlenem, jako dodatkowy bagaż. Oboje czują, że żyją na tej ostrej krawędzi życia i śmierci, czekając, kiedy wreszcie przetnie się ich nić. Chyba bardziej martwią się o swoich bliskich niż o siebie. Jak oni zniosą ich śmierć? Czy zdejmą z ulgą te sztuczne uśmiechy i wyrzucą do śmieci motywatory z coachowych podręczników? Niektórzy rodzice po śmierci swoich dzieci wypalają się, rozwodzą się, tracą sens. Hazel patrzy na swoją rozpromienioną mamę, która mimo wszystko próbuje być silna. Właśnie zaczęła kurs pracownika socjalnego, by pomagać innym rodzinom borykającym się z rakiem. Tak, najważniejsze to zawsze mieć jeszcze drugi cel, gdy już odejdzie ukochane dziecko. Póki co ładna pogoda na dworze, można odetchnąć i się zrelaksować przy „Funky Bones”. Tylko pomyślcie, odpoczynek przy rzeźbie przedstawiającej wielki, ludzki szkielet, leżący na starannie przyciętej trawie. Co za metafora. Za niedługo nasze kości też tak będą bielały pośród ziemi. Metafor jeszcze będzie parę w tym filmie, jak odniesienia do malarza Magritte’a czy trzymanego w ustach niezapalonego papierosa, który tym razem nie zabije.

Ostatnio kat rak nieco zwolnił, łaskawy pan dał odetchnąć zmęczonym rodzicom i ich dzieciom, by mogły się podzielić się swoimi wrażeniami z ostatniej batalii o normalne życie. Nasi bohaterowie spotykają się właśnie w takiej grupie wsparcia, gdzie podobni im wiekiem i bolesnymi doświadczeniami opowiadają szczerze o swojej chorobie. Tu nie trzeba udawać, tak jak przed rodzicami, bo każdy, kto siedzi obok ciebie, jest w tym niezwykłym kręgu, ma takie same doświadczenia.

I tak Hazel i Augustus wysłuchawszy na forum różnych relacji, zwierzeń weteranów wojny z rakiem, postanawiają urozmaić swoje historie wspólną opowieścią, nazywaną początkowo przyjaźnią, a potem miłością, krótką, ale intensywną. Ona przejęta, on wyluzowany i roześmiany. A do tego jeszcze chcą zgłębić zakończenie książki „Majestat udręki” autorstwa Petera van Houtena. To ulubiona książka Hazel, którą także zaczyna lubić Augustus. To książka o chorobie i umieraniu, opowieść trochę dołująca, a zarazem intrygująca. Bo tak naprawdę nie wiadomo, czy główna bohaterka umarła. Książka wydaje się być jakby przerwana w połowie zdania. Ciach i już. Bo tak to jest, że umieramy w połowie zdania. Ale co dalej? Co z pozostałymi bohaterami? Wyobraźnia rozbudza nowe teorie. Ale spragnieni mocnych wrażeń Augustus i Hazel chcą zapytać źródła, czyli samego autora, trudno dostępnego Petera van Houtena, co też miał na myśli, kończąc swoją książkę i co jego zdaniem mogło stać się potem? Zawsze to jakiś sposób, żeby na chwilę zapomnieć o chorobie. Poza tym młodość, miłość, przygoda.

W tym celu nasi bohaterowie udają się do Amsterdamu, gdzie mieszka pisarz. Oczywiście nie jadą w ciemno. Natarczywe maile do van Houtena, niekoniecznie czytane przez niego samego (co raczej przez sekretarkę), w końcu pomogły. Pisarz zgodził się spotkać z dzieciakami. Hazel nie może uwierzyć w swoje szczęście. Ma obok siebie Augustusa, mamę i parę dni w Amsterdamie. Jest taka radosna i podekscytowana, że mogłaby pokonać swoją chorobę. Ale słodko, że aż niedobrze.

 

No i Green nas nie zawodzi

 

Po słodkim musi przyjść gorzkie.

 

Bo jakim absurdem jest oczekiwać od autora książki, że poda on nowe zakończenie swego dzieła. Nasze zdziwienie podziela również antypatyczny autor ukochanej książki Hazel, który choć zaprosił dwoje chorych dzieci do siebie, jednak nie zamierza ulegać litości, spełnić życzenie dziewczyny i wyjawić jej pełne zakończenie książki. Bohaterka umiera, zdanie zostaje ucięte, jak kwiat i już. Po co jeszcze coś tłumaczyć. Nie tego spodziewała się Hazel po swoim mistrzu. Żyjący jak pustelnik van Houten raczy się szkocką (jak zwykle przesadzając z ilością) i nie kwapi się do jakiś uprzejmości, z którymi dotąd tak obficie spotykała się chora dziewczyna.

Wątek van Houtena to mocne uderzenie w policzek zarówno dla czytelników jak i głównej bohaterki. Wreszcie cukierkowa opowieść o miłości dwóch nastolatków nabiera trochę ostrzejszych akcentów. Chociaż nie powinniśmy się tak dziwić. Nie pierwszy raz artysta tworzący nawet najpiękniejsze dzieła, okazuje się być nadętym typem, mającym dosyć całego świata, a zwłaszcza natrętnych czytelników, próbujących żyć życiem fikcyjnych bohaterów. Ale jak się potem okaże van Houtena można zrozumieć, zwłaszcza, że jego książka o śmiertelnie chorej bohaterce, jest tak naprawdę książką o jego córce, która zmarła na białaczkę. John Green w tle przypomina jeszcze historię Anny Frank, która przecież przez jakiś czas mieszkała w Amsterdamie. Zginęła w 1945 roku w obozie koncentracyjnym, pozostawiając po sobie dziennik, który jej ojciec Otto Frank opublikował w 1947 roku. Historia van Houtena i jego córki odbija się w historii Anny Frank i jej rodziny. „Majestat udręki” był dla van Houtena sposobem na zmierzenie się z żałobą po córce i być może był to także rodzaj wsparcia dla wszystkich, którzy byli w podobnej sytuacji. I to wszystko. Czego tu jeszcze oczekiwać?

Ale to Hazel i Augustus uparcie oczekują, że pisarz podzieli się z nimi innymi wersjami zakończenia swojej książki. Śmierć bohaterki powieści van Houtena staje się powodem do refleksji o ich wspólnej przygodzie i horyzoncie, do którego coraz bardziej się przybliżają. Może tak naprawdę Hazel i Augustus oczekują odpowiedzi na to, co będzie z nimi po śmierci? Chcą innego zakończenia, chcą wpłynąć na pisarza. Lecz on pozostaje niewzruszony. Zatem kim może być van Houten w tej metaforze? Może jest on personifikacją bezdusznego losu, który nigdy nie udzieli jednoznacznej odpowiedzi, dlaczego postąpił tak a nie inaczej względem danego bohatera. Z jednej strony zaprasza dzieci do siebie, nawet (za sprawą swojej bardzo sympatycznej sekretarki) funduje im kolację w wytwornej restauracji, po czym traktuje ich bardzo oschle, katuje szwedzkim hip-hopem i filozoficznymi zagadkami, jakby się bawił ich emocjami. Tu ociepla, daje nadzieję, po czym bez żadnej zapowiedzi uderza pięścią między oczy. Ale takie jest właśnie życie. Lancaster i Waters mimo swoich ciężkich chorób muszą dorosnąć i pogodzić się z tym, że pewnych odpowiedzi nie dostaną tak po prostu. Jedyne co im pozostaje, to jak najlepiej przygotować się na zakończenie wspólnej opowieści.

Przez te parę radosnych chwil prawie uwierzyliśmy, że naszym bohaterom już nic nie grozi, że ich młode organizmy zwyciężyły. Ale jednak choroba jest uparta i złośliwa. Raz zwalnia, daje nadzieję, po czym przyspiesza i atakuje jeszcze mocniej. Augustus, który wydawał się w tym duecie mocniejszy, iskrzący humorem, znów czuje na ramieniu rękę starego przyjaciela, raka. Chłopak już nie zamierza udawać silnego. Kolejne stadium choroby daje o sobie znać. Czas zwolnić i usiąść na tronie wózka inwalidzkiego. A jeszcze kiedyś Augustus śmigał po parkiecie z piłką. Był zawodnikiem numer jeden. Wiedział, co to zwycięstwo. Hazel uśmiecha się przez łzy, czując, jaka w tym niesprawiedliwość. Tak mało czasu. Te parę dni w Amsterdamie musi im wystarczyć jak kostka bulionowa szczęścia, którą będą sobie rozpuszczać w tych szarych dniach i wspominać, podobni do staruszków u progu życia. Tak teraz właśnie wyglądają. Mimo młodego wieku, gładkich buzi, są jak para leciwych staruszków, którym coraz bardziej odmawia posłuszeństwa zdrowie. Mimo wszystko wspierają się na sobie i prowadzą jak ślepy kulawego po mlecznej drodze, gdzieś na szczęśliwą gwiazdę.

 

 



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOLNY DZIEŃ FERRISA BUELLERA - DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI ŻYCIA NASZEGO

I STANIE SIĘ KONIEC

DOBRANOC MAMUSIU. CZYLI JAK ODEJŚĆ NA WŁASNYCH WARUNKACH