OLEJ LORENZA
Do sałatki chętnie i do pizzy również… oliwa z oliwek, niezapomniany aromat, obniża cholesterol. Albo olej rzepakowy, nie tak aromatyczny jak oliwa z oliwek, ale znacznie lepszy do smażenia. Z kolei olej z pestek winogron, droższy, o lekko orzechowym posmaku, bogatszy w kwasy palmitynowy, stearynowy, linolowy. Nie zawsze polecany w diecie ze względu na zbyt dużą ilość kwasów tłuszczowych. Za to bardzo ceniony w kosmetyce ze względu na dużą ilość witaminy E. Dalej Olej lniany, olej z czarnuszki z pestek dyni czy ostatnio kontrowersyjny olej kokosowy
A słyszeliście o Oleju Lorenza? To mieszanina trioleinianu gliceryny i glicerynowych estrów kwasu oleinowego i erukowego. Środek profilaktyczny, zapobiegający tworzeniu długołańcuchowych kwasów tłuszczowych. A co to oznacza w praktyce?
Ponad czterdzieści lat temu zaczęto odnotowywać częste przypadki młodych pacjentów, głównie chłopców w wieku od 5-10 lat z problemami neurologicznymi, objawiającymi się atakami gniewu, problemami ze słuchem, wzrokiem, mową, wreszcie problemami z koordynacja ruchową, chodzeniem, paraliżem i śmiercią. A wszystko dlatego, że w ich organizmie dochodziło do patologicznej mutacji genu, powodującej wrodzony niedobór enzymu peroksysomalnej syntetazy acylokoenzymu A. W efekcie czego tworzyły się długołańcuchowe kwasy tłuszczowe, uszkadzając osłonkę mielinową, czyli izolację tłuszczową, która chroni mózg i neurony. Jeśli nie ma tej izolacji, neurony przestają odbierać sygnały (jak w elektryce), w efekcie czego dochodzi do problemów ze słuchem, wzrokiem itd., aż następuje śmierć. Naukowcy próbowali na różne sposoby zmienić dietę pacjentów, wyłączając z niej tłuszcze długołańcuchowe, ale i to nie pomagało, a choroba postępowała i co gorsza, nie można było odwrócić procesu degradacji mieliny.
W 1984 roku rodzina Odone usłyszała od lekarza wyrok: adrenoleukodystrofia. Choroba ta spadła na sześcioletniego Lorenzo jak grom z jasnego nieba. Niegdyś radosny, skaczący, biegający chłopak z miesiąca na miesiąc zamieniał się w roślinę, aby wreszcie skończyć jako bezwładny mężczyzna, porozumiewający ze światem za pomocą komputera. Z racji tego, że choroba ta w latach 80-tych była dopiero odkrywana, nie dysponowano skuteczną terapią, a rodzice, którzy usłyszeli jej nazwę w rozmowie z lekarzem, musieli się pogodzić, że to koniec dla ich dziecka.
Jednak Augusto Odone nie zamierzał tak łatwo odpuszczać. Z zawodu finansista, bankowiec, w wyniku dramatycznych okoliczności postanowił wraz żoną, Michaelą Odone, romanistką, zgłębiać obszar biochemii, a w rezultacie wytyczyć nową ścieżkę w tej dziedzinie. A wszystko dlatego, że oboje zrozumieli, iż lekarze nie są bogami, choć czasem lubią się bawić w bogów, zwłaszcza w tych kapryśnych i złośliwych. Rodzice chorego chłopca postanowili na swój sposób być aroganccy i aktywnie uczestniczyć w procesie leczenia swego syna.
Niezwykłe, jak czasem trudne wydarzenia wyzwalają w nas ukryte zdolności i jak wyraźnie wtedy widzimy cel. Wszystkie śmieci spraw codziennych nagle znikają, a my uparcie przecieramy szyby, by widzieć, ile jeszcze do końca. Kto by pomyślał, że właśnie rodzice chorego dziecka, znający tylko podstawy chemii i biologii ze szkoły, staną się twórcami rewolucyjnego lekarstwa, zwanego Olejem Lorenza, który pomoże działać profilaktycznie tak okropnej chorobie jak adrenoleukodystrofia. A jednak się udało. Augusto otrzymał nawet doktorat honoris causa. Ale trzeba przyznać szczerze, że państwo Odone nie odebrali należnej im nagrody, czyli zdrowia syna, o które tak walczyli. Było za późno. Gdyby dysponowali tym cudownym olejem na początku diagnozy, Lorenzo byłby zdrów. Tymczasem wydłużyli tylko jego życie i ułatwili mu komunikację ze światem. Walczyli do końca o komfort swego syna. Michaela zmarła w 2000 roku, Lorenzo odszedł w 2008 roku, a Augusto w 2013 roku. Oby tam po drugiej stronie spotkali się bez tego ciężaru choroby.
Moje zdziwienie na temat tego, że właśnie bankowiec przetarł ścieżki w biochemii, przenosi się również na osobę reżysera tego filmu. Ciekawe, że to właśnie George Miller reżyser znany z takich filmów akcji jak „Mad Max” wziął się za scenariusz (wraz z Nickiem Enrightem) oraz reżyserię tego filmu, który klimatem, nastrojem zupełnie odbiega od tego, co reżyser wcześnie wyczyniał na ekranie.
Jeśli chodzi o obsadę, to każdy wykonał kawał dobrej roboty. Nick Nolte w roli Augusta Odone to żywiołowy Włoch, który w swoim DNA nie ma miejsca na depresję. Gdy przerzuca nerwowo stronice książki medycznej, sprawdzając, co czeka jego syna, płacze głośno i upada jak sparaliżowany, ale już za parę dni zaczyna działać. Podejmuje na własną rękę studia medyczne, pracuje w banku, a po pracy rusza do biblioteki gdzie nie zważa na cichą atmosferę. Ze swoim wybuchowym temperamentem zleca bibliotekarce wyszukanie nowych artykułów. To jego sposób na bezczynność wobec choroby, która zabrała mu syna, a pozostawiła bezwolne ciało utrzymywane na siłę przy życiu. Choć pragnie być ojcem, nie potrafi się porozumieć z własnym dzieckiem. Pozostaje mu rozwiązywanie medycznych zagadek.
Susan Sarandon z kolei portretuje Michaelę jako nadopiekuńczą matkę, która uparcie wierzy w swego syna i to, że on ją rozumie. To nna cierpliwie mu czyta książki, mimo że pielęgniarki szczerze wątpią w to, czy umysł Lorenza coś przetwarza. Michaela jednak przyjmuje tu dość obronną postawę i jak lwica wygania tych, którzy traktują jej syna jak warzywo, co także wywołuje konflikty między nią a mężem i siostrą. Michaela zwraca uwagę, że mimo tych wszystkich przeszkód, jej syn może komunikować się ze światem, tak jak robił to Stephen Hawking przy pomocy mięśnia policzkowego lub ruchów gałki ocznej.
Pamiętacie zgryźliwego wujka Franka z filmu „Kevin sam w domu”? Tym razem Gerry Bamman wciela się w lekarza, który ze smutkiem w oczach i delikatnością przekazuje głównym bohaterom wyrok na ich syna. Z kolei Peter Ustinov o dostojnym obliczu angielskiego arystokraty, wciela się w lekarza-naukowca, który jest ostrożny w swoich diagnozach na temat oleju Lorenza. Reprezentuje on świat nauki, w którym nie zawsze zdrowie pacjenta jest na pierwszym miejscu. Natomiast Peter MacKenzie wcielający w jednego lekarzy zajmujących immunusupresją jest jak prototyp lekarza, w którego wcielał Philip Seymour Hoffman w „Patch Adams”. Na zjeździe lekarzy debatujących o ALD, możemy zobaczyć poetę Jamesa Merilla, który wcielił w jednego ze specjalistów, proponujących nowe rozwiązania w leczeniu, jakby głosił nowy wiersz i roztaczał metaforę między niedokonanym a dokonanym.
Augusto i Michaela nie są sami w swoich cierpieniach. Towarzyszy im siostra Michaeli, czyli Kathleen Wilhoite, której oczy zawsze zdają się uśmiechać. Cierpliwie podtrzymuje brzmię, jakie spadło na całą rodzinę i nieustannie podsuwa coś do jedzenia wykończonej Michaeli. Są też inni rodzice, walczący każdego dnia o normalność w swoim życiu. Tu zwraca uwagę James Redborn, mistrz drugiego planu, grający Ellarda Muscatine’a, ojca, który stracił już jednego syna przez tą chorobę i zmaga się z agonią drugiego.
Oczywiście sporym wyzwaniem była rola głównego bohatera, czyli Lorenza. Sportretował go Zack O’Malley Greenburg. Ironicznie można napisać, że młody aktor niewiele tu miał do zagrania, bo właściwie przez większość filmu albo ciężko oddycha albo już leży podłączony do kroplówki. Na początku filmu biega, śmieje się – gra siebie, wesołego dzieciaka, potem krzyczy, dostaje ataku szału no i wreszcie z trudem stawia kolejne kroki, mówi coraz wolniej, by pod koniec filmu patrzeć obojętnie w sufit. Niewiele tu jakiś dramatycznych scen do zagrania. Bohater wypada dość neutralnie, albo ma się wrażenie, jakby w ogóle go nie było, choć to przecież o niego rozgrywa się cała batalia między rodzicami a lekarzami. Greenburg porzucił aktorstwa dla dziennikarstwa. I zawędrował dość wysoko, bo aż do rubryki Forbesa. A jeśli Forbes, to pieniądze, a jeśli pieniądze to bank – i znów nam rezonuje postać bankowca Augusta Odone.
Warto zwrócić uwagę, że w scenie przyjęcia urodzinowego Lorenza, który już wtedy nie mógł się poruszać swobodnie, bierze udział clown-mim (w tej roli David Shiner). Mim o twarzy smutnej i wesołej rzecz jasna nie mówi, a jego ruchy są nad wyraz wymowne. Można odnieść wrażenie, że to taka cicha aluzja do samej choroby Lorenza, w którym mieszają się radość i smutek, a ruchy są coraz bardziej niezgrabne i w końcu nie wydobyć z siebie ani jednego dźwięku.
Jeśli już aktorzy zamilkną, odezwie się muzyka, by dopełnić swoim patosem cierpienie bohaterów. Są smyczki, chóry, które trochę mi się kojarzą ze ścieżką dźwiękową z „Łowcy jeleni”, trochę jak cerkiewne chóry, lub zawodzenia śpiewaczki operowej, które powalają patosem, gdy widzimy jak Lorenzo z trudem pokonuje kolejne przeszkody. Nie mogło też zabraknąć słynnego „Adagio” Samuela Barbera, które zawsze wyciska łzy czy to w „Człowieku-Słoniu” Lyncha, czy u Olivera Stone’ a w „Plutonie”. Łzy spływają po policzku, a złote oleje mieszają się między sobą w blasku słońca, niczym nadzieja na lepsze życie.
W moim mózgu pojawia się ta jedna myśl, że jeśli kiedykolwiek poczuję, jak życie mi się rozpada na kawałki, to życzyłbym sobie takiej odwagi i kreatywności, jaką mieli Augusto i Michaela. Ta strategia nie tyczy się tylko medycyny, ale w ogóle umiejętności radzenia sobie z problemem jako takim. Aby miał siły dogłębnie poznać swego przeciwnika, zrozumieć go, a nie oddalać od siebie lub przenosić odpowiedzialność na innych.
Gdyby codziennie w serwisach informacyjnych czytalibyśmy o takich historiach ludzi, którzy walczą z przeciwnościami losu i wytrwale szukają wyjścia z tego labiryntu, w jaki wpadli, nie zważając na opinie… świat byłby rzeczywiście ciekawszy
Póki co jest rev and play
Komentarze
Prześlij komentarz