BOISKO BEZDOMNYCH

 

Zawsze gdy patrzę na tych czołowych piłkarzy, którzy zdobywają kolejne bramki i laury, zastanawiam się, co by było, gdyby na początku swojej sportowej drogi przydarzyłaby im się taka kontuzja, która zupełnie przekreśliłaby ich karierę? Gdzie wtedy znaleźliby sobie miejsce? Czy byliby równie szczęśliwi, spełnieni i bogaci? Na pewno byliby mniej popularni. Nie ma nic gorszego niż kariera przerwana na początku drogi, a może właśnie wtedy jest najlepiej, gdy jeszcze nie wiesz, ile strzelisz bramek, ile osiągniesz sukcesów? Łatwiej ci się z tym rozstać, ale jakiś żal drąży twoją duszę.

Jacek Mróz zapowiadał się na świetnego piłkarza, który miał być w reprezentacji Polski, już mu wróżono najlepsze kluby, nawet te zagraniczne. Dziennikarze lubią takich obiecujących bohaterów, wtedy mogą popisać się fantazjami i tworzyć te swoje artykuły/panegiryki ku chwale króla strzelców.

Ale wystarczył jeden wypadek na boisku, by obiecujący piłkarz stał się niepotrzebnym elementem, który trzeba wykopać poza linię. Trudno, jeden pionek wylatuje, by przyszedł inny na zielonej szachownicy. Ale z perspektywy piłkarza to oczywiście wielka tragedia. Gdzie potem znaleźć sobie miejsce? Tylko pomyśl: już zacząłeś smakować tej słodkiej śmietanki popularności, już zaczynałeś mieć fanów, już powolutku stawałeś się idolem, którego podobizny będą zdobiły ściany. I nagle musisz stać się zwyczajny, musisz się wpasować w ten szary dzień, by przetrwać, gdzie już nikogo nie obchodzi, jakie miałeś marzenia i ambicje. Kogo obchodzi jakiś piłkarz? Pan kopał piłkę. Dzieciaki na osiedlu też kopią piłkę. Byleby nie odbijali po ścianach, bo tynk się sypie. Oj posypało się to życie. Ciekawe, że kilkanaście lat wcześniej Marcin Dorociński grał piłkarza Lufę, który walczył o swoją nogę w szpitalu, w Leśnej górze w serialu „Na dobre i na złe” (odcinek 3). Z naszego polskiego podwórka przypomina się jeszcze Michał Chojnicki z serialu „Klan”, który także miał być obiecującym piłkarzem, ale kibole go pobili tak dotkliwie, że w końcu wylądował na wózku, aby potem się podnieść, zostać dziennikarzem sportowym i ruszyć w jeszcze inne dziedziny, o których mu nawet się nie śniło, gdy tylko kopał piłkę. W kontekście tych zwichniętych karier sportowych, świta mi tu w pamięci film „Moneyball” z baseballem w tle, gdzie główny bohater, manager klubu Auckland Athletics, Billy Beane, niespełniony baseballista próbuje zaprowadzić nowe reguły w grze i dać szansę zawodnikom, którzy dawno zostali spisani na straty. Znów pojawia się tu morał, że drużyna stworzona z pozornie najgorszych (antygwiazd) może osiągnąć bardzo wiele, jeśli tylko ułoży się ich w odpowiedniej konfiguracji. Billy Beane po nieudanej i krótkiej karierze sportowej został managerem klubu, gdzie dał szansę niejednemu odrzuconemu baseballiście. A Jacek Mróz? Na długo zamroził swoje talenty.

Kim mógł zostać były piłkarz? Nauczycielem wuefu? Trenerem? Ale nie ma nic gorszego niż nauczyciel z poczuciem niespełnienia, który gdzieś podświadomie wyładowuje się na swoich uczniach i podcina im skrzydła, by w ten sposób zadośćuczynić swoim porażkom. Żeby tylko nie trafił się ktoś lepszy od niego. Jacek ciągnie swoją posadę nauczyciela i trenera, jak kulę u nogi, ale coraz bardziej nie widzi w tym sensu, tym bardziej że dowiaduje się o ciemnych układach prezesa klubu (w tej roli Adam Bauman, wcześniej grający w „Piłkarskim pokerze”), który mu proponuje ciekawą posadę trenera. Tak, wejdziesz panie Jacku w nasze struktury, ale parę meczy musimy sprzedać. Tak to się dziś robi. Ideały sportowe już dawno umarły, gdy wchodzą w nie pieniądze i polityka. To jeszcze większy kop dla Jacka, który całe swoje życie wiązał z piłką. Piłka była jego światem, a teraz najlepiej, by ktoś ją wykopał daleko poza horyzont. Wydawałoby się, że po takim kopie bohater wreszcie wytrzeźwieje ze swoich marzeń i ideałów. Niestety Jacek nie lubi być trzeźwy. Życie go przerosło. Nie daje rady być ojcem i mężem. Gdy on upada, to jego żona wciąż trzyma równowagę, a nastoletnia córka też już sporo rozumie i stara się łagodzić konflikty między rodzicami. Jacek uznaje, że chyba będzie lepiej, jak na razie wszyscy od siebie odpoczną i znika na jakiś czas z domu, stając się tym samym bezdomnym. Znika także dlatego, że zadarł z niewłaściwymi ludźmi z klubu piłkarskiego, którzy trochę inaczej pojmują zasady sportu. A na pewno nie lubią takich idealistów, jak Mróz, który nie zamierza się bawić w korupcję. No cóż, trzeba gościa trochę pokopać, by się potoczył do bramki.

Skacowany, z siniakami na twarzy, budzi się na dworcu, w miejscu, gdzie jedni odjeżdżają, a drudzy przyjeżdżają. Gdzie każdy się śpieszy, każdy ma jakiś cel podróży. Gdzie właściwie nikt nie jest na stałe, poza bezdomnymi, którzy snują się bez celu. Szybko zwracają uwagę na Jacka. Siedzi oparty o ścianę dworca. Właśnie wyleciał ze świata piłki nożnej z hukiem i uderzył o bruk. Ale gdy tylko otworzył oczy, zdał sobie sprawę, że piłka jest okrągła dla każdego, nawet bezdomnego, który lubi sobie trochę pokopać… czymkolwiek, choćby zgniecioną puszką po piwie, czy głową manekina i strzelić gola, by poczuć się przez chwilę zwycięzcą. To daje Jackowi do myślenia. Nagle, tak spontanicznie odnajduje on cel w byciu trenerem dla tych wyrzutków społecznych.

Pan Trener, albo po prostu Jacek jest bardzo bezpośredni i wyluzowany. Nie wywyższa się, ale prowadzi krok po kroku naszych bezdomnych mistrzów. Nie widzi w nich bezużytecznych śmieci, a pomocników, napastników, obrońców czy bramkarzy – widzi drużynę, co przyznaje wzruszony Staszek, który wreszcie czuje, że ktoś w nim zobaczył kogoś wartościowego. Wreszcie może zaimponować synowi. Marcin Dorociński jako odtwórca Mroza idzie znajomym torem Sławka Desperskiego, choć nie jest tak wulgarny. Jak zwykle w Dorocińskim ujmuje nas ta jego naturalność przekazu. On po prostu jest stworzony do grania takich znajomych gości z podwórka, niby twardych, szorstkich, a jednak bardzo wrażliwych, a nawet szlachetnych, dążących wytrwale do celu.

Bycie trenerem dla tych bezdomnych to wielka odpowiedzialność, bo nie chodzi tylko o to, aby pouczać, jak kopać, rzucać, odbijać, ale także jak próbować zmienić tor piłki swego życia. Nagle na boisku, w drużynie, na meczu ci wszyscy odrzuceni bohaterowie odnajdują swój dom. A tak ironicznie można stwierdzić, że również ci zawodowi piłkarze są na swój sposób bezdomni, gdy co chwila zmieniają kluby sportowe, czy miejsce zamieszkania. Ale to rzecz jasna inna bajka i inne pieniądze. My przedzieramy się przez gorzką prozę życia. A naszym bohaterom pewnie trudno się przyzwyczaić, że ten gwizdek, który słyszą obok siebie, to gwizdek trenera i sędziego, a nie służby porządkowej/straży kolejowej na dworcu, która znowu chce ich przepędzić.

„Boisko bezdomnych” jak żaden inny film potrafi ukazać poezję futbolu. To kompletne przeciwieństwo „Piłkarskiego futbolu”, nieprawdaż? Taki powrót do korzeni prawdziwej gry zespołowej. Tak na marginesie, poza linią boczną, przyznam się, że nigdy nie rozumiałem piłki nożnej, tego biegania za piłką z jednej połowy boiska na drugą i do dziś tego nie rozumiem. Tak samo jak nie pojmuje tych astronomicznych kwot, jakie padają z okazji transferu danego zawodnika. No cóż, talent kosztuje. Chociaż sam nie wiem, czy chodzi o talent całej drużyny, która pracuje na strzelonego gola, czy o talent jednego człowieka, który podobno jest jak niezawodny snajper. Nawet nie śledzę tych wszystkich mistrzostw, mundiali i co tam jeszcze jest na tapecie. Może dlatego, że mam uraz do tego sportu. Na wuefie zawsze stałem na bramce i drżałem, gdy napastnik przeciwnej drużyny mierzył w moją stronę. A gdy już puściłem kolejną szmatę (nie chcąc się rzucać na betonową nawierzchnię), czułem się jak największy winny. Potem wybrałem zacną ławkę rezerwowych. Niech się inni męczą i kłócą o stracone gole!

Ale dzięki temu filmowi zaczynam rozumieć wartość futbolu, który może być lekarstwem dla kogoś, kto stracił w życiu cel. Nie trudno się stoczyć, gdy przestajesz widzieć powód, który cię motywuje do działania każdego dnia. Stajesz się coraz bardziej niechlujny, popadasz w depresję, w końcu odpuszczasz sobie, bo przecież nic nie ma sensu. Schodzisz na ławkę rezerwowych, a potem odchodzisz w zapomnienie i stajesz się nikim. Nasi bezdomni bohaterowie: Indor, Minister, Mitro, Ksiądz, Górnik, Wariat, Staszek, Alek właśnie pogubili się w życiu i teraz jedyną dla nich rozrywką jest kopanie puszki na dworcu. Ale co u licha się stało, że wylądowali oni w tym miejscu? Dostali zadyszki na meczu życia? Oddali swój mecz walkowerem?

Twórcy jednak bardzo oszczędnie wplatają między główną historię, życiorysy bohaterów i widz musi sobie sporo dopowiedzieć. Kiedyś zadziorny Indor miał żonę i pływał na statkach, był bosmanem, zwiedził spory kawałek świata. Potem popełnił błąd, było więzienie. A potem bezdomność. Niezawodny w rolach podejrzanych typków, Eryk Lubos ukazuje tego bohatera, jako najbardziej porywczego z całej ekipy. Indor jak to indor, jest nieco naburmuszony. Charakterystyczny sposób chodzenia i pewna sztywność w postawie, jakby już się przygotowywał do ataku. Ręka cały czas mu lata, by kogoś nie uderzyć. W końcu dochodzi do konfrontacji z Jackiem, który ma dosyć pijanych piłkarzy w swojej drużynie. Uderzenie. I jakoś lżej na duszy. Znów można grać razem.

Minister z kolei to typowy inteligent, urzędnik w przetartym garniturze, z nieodłączną walizeczką, w której trzyma mazaki i jakieś tajne papiery, które mogą świadczyć o wielkim spisku. Minister to właśnie przykład bohatera, który skończył na dworcu z powodu choroby psychicznej, jaką najprawdopodobniej jest mania prześladowcza, fobia społeczna, objawiająca się najczęściej tym, że szuka się spisków. Ale co dziwne właśnie na boisku, podczas gry Minister czuje się spokojniejszy. Gdy on jest na boisku, „ONI” go nie dostaną, tu może być spokojny, dopóki piłka w grze. Marek Kalita, który zawsze mi się kojarzył z bohaterami dość niepewnymi siebie, albo nijakimi, tu poniekąd idzie tym torem bohatera przewrażliwionego, neurotycznego, jąkającego się, który szybko mówi i szybko myśli – taki inteligencik, który dostał przeciążenia zwojów. Ładna i zabawna kreacja aktorska.

Jeszcze weselej się robi, gdy na horyzoncie pojawia się Mitro, rosyjski kosmonauta, który w swej ojczyźnie, może jeszcze z epoki ZSRR celował w gwiazdy, by teraz po latach wylądować w Polsce ze statusem bezdomnego. Trudno powiedzieć, co się stało, że nagle kosmonauta stał się bezdomnym. Jakiś wypadek, choroba, czy może alkoholizm? Mimo wszystko Mitro z tym swoim łamanym polskim pełnym rusycyzmów jest dość jowialnym chłopem, zwłaszcza w tej scenie w łazience na dworcu, czy podczas pierwszego poważnego meczu, gdy wreszcie strzela pierwszego, honorowego gola. Cieszy się jak dziecko, mimo, że jego drużyna bezdomnych przegrała 13:1. Pod koniec jednak Mitro okaże się kimś w rodzaju zdrajcy, który opuści chłopaków w najważniejszym momencie.

W poczciwego Rosjanina wcielił się tu rosyjski aktor Dmitrij Piersin, który wcześniej dał się nam poznać w roli Artaka, w serialu „Pit Bull”, gdzie grał również Marcin Dorociński. Tu zresztą warto zauważyć, że sam klimat tego filmu, tematyka, aspekt wizualny, to przedstawienie bez zbędnych upiększeń i niepotrzebnych pudrów kojarzy się z kinem Smarzowskiego i dokonaniami Vegi z czasów telewizyjnego Pit Bulla (2005 rok). „Boisko bezdomnych” to właściwie ostatnia produkcja Piersina, który rok później, w 2009 roku zmarł na guza mózgu.

Enigmatycznym bohaterem jest cichy, zamknięty w sobie Górnik (Bartłomiej Topa), który po ostatnim wypadku na kopalni (wybuch metanu) jakoś nie może dojść do siebie i nie chce wrócić do na dół, tak samo jak nie chce wrócić do domu, gdzie czekają na niego żona i dzieci. Jeszcze nie teraz, dopóki nie udowodni, że może coś zrobić ze swoim życiem. Okazją jest tutaj trenowanie w niezwykłej drużynie.

Te złamane życiorysy mają niesamowity wydźwięk i robią wrażenie na Sewce, francuskiej turystce, dziennikarce, dokumentalistce, która miała to szczęście w nieszczęściu, że znalazła się na dworcu w środku meczu, który rozgrywali między sobą bezdomni. Nieostrożny ruch i dziewczynie złamali rękę. Tak zaczął się początek tej znajomości. Wiadomo, że kobiety łagodzą obyczaje i Sewka na jakiś czas postanowiła towarzyszyć drużynie Jacka, która w tamtym czasie rozpoczęła swoiste „tournée” po różnych, brudnych boiskach, by sprawdzić swój potencjał. Dziewczyna wreszcie trafiła na interesujący temat – drużyna bezdomnych! Wyciągnęła kamerę i postanowiła przeprowadzić wywiady z członkami drużyny, dzięki czemu poznajemy ich poszczególne historie i osobiste refleksje dotyczące udziału w tym niezwykłym, sportowym przedsięwzięciu. Sewka jest niczym kronikarz, który nagrywa te intymne zwierzenia, by potem je puścić samemu trenerowi, który jest autentycznie wzruszony, że jednak oni wszyscy doceniają jego starania, mimo, że czasem przesadzają z alkoholem. Żeby było bardziej ciekawie, to między Jackiem a Sewką rodzi się jakieś uczucie, choć z góry wiadomo, że jest ono skazane na porażkę. Ona jest w podróży i za niedługo pojedzie dalej, a on ma przecież drużynę i rodzinę, do której chyba się stęsknił. A w tym dramatycznym czasie, gdy był zupełnie sam ze swoim absurdalnym pomysłem trenowania bezdomnych, zjawiła się właśnie ona. Dziewczyna z zagranicy, Francji, która osiągnęła Mistrzostwo Europy. Niczym inspiracja pomogła Jackowi udźwignąć ten ciężar. Może była jak Anioł, a może jak kochanka lub przyjaciółka, która przytuli do swej piersi obolałą twarz i wyszepta te słodkie słowa „wytrzymaj jeszcze”. Ale oczywiście drużyna bezdomnych nie zrobiłaby furory bez odpowiednich kontaktów, jak choćby pan Wojtek, który kiedyś przed laty grał z Jackiem w drużynie, a teraz jest trochę działa w PZPN. To właśnie Wojtek przyczynił się do tej okropnej kontuzji Jacka, która przekreśliła jego karierę. Pora więc spłacić dług, chociaż w taki sposób.

Jest też Mundek, wierny kibic, pamiętający to dramatyczne zajście z przed lat, gdy obiecujący Jacek Mróz stracił swoją wielką szansę. Dziś Mundek jest strażnikiem na stadionie i udostępnia boisko dla drużyny swego mistrza, a sam także postanawia w niej grać, traktując to jako zaszczyt. Za miejsce treningu posłużył tu Stadion Dziesięciolecia, który w tych pięknych, filmowych kadrach widzieliśmy już po raz ostatni. Parę miesięcy po premierze został przeznaczony do rozbiórki.

Media to podstawa, gdy podejmuje się taką oryginalną inicjatywę trenowania bezdomnych w piłce nożnej. I tu kłania się dziennikarz Andrzej Zakrzewski (niezawodny drugoplanowy Zamachowski), który niegdyś przeprowadzał wywiad z Jackiem, na początku jego kariery. Był on jednym z nielicznych świadków rodzącego się talentu Mroza, a potem widział, jak ten obiecujący zawodnik przegrał wszystko przez jedną kontuzję. Aż tu nagle koło się zatacza i teraz Jacek Mróz powraca jako trener i zawodnik w drużynie bezdomnych, a Andrzej postanawia to nagłośnić.

Miłym zaskoczeniem jest tu udział Jacka Poniedziałka w roli Księdza Jarka, który prawdopodobnie wylądował na ulicy z powodu problemu alkoholowego, choć może było coś jeszcze.

Poniedziałek nadaje swemu bohaterowi dość twardy charakter nerwusa, który ma wszystkiego dość, zwłaszcza Wariata (Maciej Nowak), innego bezdomnego, którego słabością jest jedzenie.

Wariat to zresztą także ciekawy przypadek w całej tej zbieraninie, gdy słyszymy, jak opowiada łagodnym głosem Sewce o swoim życiu. Też gdzieś otwiera nam się klapka, że kurczę, ten facet w ogóle nie powinien tu być. To nie jest jakiś opryszek czy nawet alkoholik lub ćpun. Wariat mieszkał przez większość swego życia z dziadkiem, potem się nim zajmował, pielęgnował. A gdy dziadek zmarł, została tylko pustka, której nie mógł niczym zapełnić. Pustkę egzystencjalną postanowił zrekompensować jedzeniem. Wariata łatwo rozpoznać, to ten największy, ten co „żre”, człowiek-kula, idealny na bramkę, by całym sobą ją zasłonić.

Innym równie wzruszającym charakterem jest Staszek, którego gra Krzysztof Kiersznowski. Staszek ma już poważniejszy problem z alkoholem i z własną samooceną. Po prostu gardzi sobą. Ma także spory problem z tym, że jako głowa rodziny zawiódł. Wolał opuścić wszystkich i stać się bezdomnym. Gdy odwiedza go starszy syn, Staszek nie wie, jak się wytłumaczyć. Po prostu mu wstyd przed synem, który miał nadzieję, że ojciec znalazł dla siebie i niego nowe miejsce pracy. Chłopak za to się dowiaduje, że jego podstarzały ojciec został bezdomnym piłkarzem, który chociaż na boisku czuje się potrzebny i doceniony, choćby przez Jacka. Jacek z kolei z wielką ciekawością patrzy, jak Staszek próbuje wytłumaczyć Synowi „pewne okoliczności” obecnego położenia. Wyobraża sobie pewnie, jakby się czuł, gdyby nagle zobaczyła go jego córka. Jak by jej wytłumaczył te „pewne okoliczności”?

Staszek to chyba najbardziej tragiczna postać w tym filmie. Scena, gdy cała drużyna znajduje go zamurowanego w jakimś opuszczonym budynku, martwego, bladego, wbija w fotel. Strata Staszka to punkt zwrotny dla całej drużyny, która musi zreorganizować szyki. Do składu dołącza syn Staszka, a w końcu i sam Jacek decyduje się wejść na boisko, by przezwyciężyć swoje demony. Stasiu byłby szczęśliwy.

Właśnie do takich scen Antoni Łazarkiewicz pięknie dopełnia swoją muzyką. Uwielbiam ten motyw ze smyczkami i gitarą, patetyczny a zarazem pełen nadziei, gdy Jacek Mróz stoi w deszczu i czeka na swoją drużynę. Wszyscy schodzą się z różnych stron, a na końcu przychodzi Indor, który wcześniej mocno przylał Jackowi. To nie ważne. Teraz jest trening, a to boisko pełne błota to nasz dom.

Alkohol czy narkotyki to nie główny powód dla którego wiele osób kończy na ulicy. Głównym powodem jest brak celu w życiu. Ci ludzie stracili motywację, by strzelać kolejne gole Fortunie. Zabawne, że angielskie słowo „goal” oznacza właśnie „cel”. Strzelić gola, to wreszcie się skupić, użyć strategii, trafić do bramki. A gdy wciąż się chwiejesz i pudłujesz, potrzebujesz właśnie trenera. Tytułowi bezdomni potrzebowali trenera Jacka Mroza, a on potrzebował ich, by znów znaleźć proces, w którym by się realizował. Trener znalazł drużynę, drużyna znalazła trenera. Zupełnie, jakby stanęli przed lustrem i znaleźli swoje odbicia. Ta drużyna bezdomnych, niezdyscyplinowanych, rozbieganych myślami na wszystkie strony oddaje także obraz wewnętrzny samego Jacka Mroza, który w pewnym momencie swego życia nie skupił się wystarczająco i upadł. Jacek zresztą kilka razy powtarza to: „skupcie się”. Te wszystkie rozbiegane charaktery, te szepty, kłótnie, te problemy muszą w końcu ze sobą współpracować, by tworzyć jedność psychiczną Trenera Mroza, który chce znowu strzelić życiowego gola.

Fantastyczne skromne kino z wielkim przekazem, w reżyserii Kasi Adamik, córki Agnieszki Holland, która nota bene też pojawia się w tym filmie przez parę sekund na dworcu, oburzona faktem, że jakieś wyrzutki grają w piłkę na dworcu. Holland i Adamik są autorkami treatmentu, natomiast Przemysław Nowakowski napisał scenariusz. Znów nachodzi nas złośliwa refleksja, że bardzo dobry polski film musi w sobie zawierać obowiązkowo alkohol, wulgaryzmy i całą patologię, którą się brzydzimy, a jednak kino dokonuje takiego pięknego recyklingu, że chcemy wracać do tej historii.

Piękna opowieść, dająca nadzieję, że nawet jak cię podwinie noga, to jeszcze możesz nią kopać piłkę, innymi słowy zawsze można znaleźć cel i znów kopać go przed sobą, by wreszcie kiedyś strzelić bramkę losowi. Pytanie tylko, czy nasi bohaterowie znajdą coś jeszcze poza sensem kopania piłki. Czy odnajdą dom, czy zmienią swoje życie? Czy może już zawsze będą bezdomnymi na centralnym, którzy przeżyli tą piękną przygodę?

Podaj dalej! Jeszcze raz i szybciej, zdecydowanie, graj szybciej!

 

 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOLNY DZIEŃ FERRISA BUELLERA - DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI ŻYCIA NASZEGO

I STANIE SIĘ KONIEC

DOBRANOC MAMUSIU. CZYLI JAK ODEJŚĆ NA WŁASNYCH WARUNKACH