CONSTANTINE - TANGO Z DEMONAMI
John Constantine to ma ciekawe życie. Widzi, słyszy anioły i demony. A z tymi drugimi to nawet walczy jako egzorcysta, używając wymyślnych gadżetów z amunicją, wypełnioną święconą wodą, Walczy z demonami, gdy te jako mieszańce (demony w ludzkiej skórze) przekroczą granicę naszego świata i za bardzo narozrabiają. Constantine jest kimś w rodzaju strażnika, który ma pilnować równowagi między światem ludzkim a duchowym i odsyłać nieproszonych gości do piekła. Z perspektywy Johna, ludzie to pionki na szachownicy pokus i ideałów, jakie wysuwają przed nimi anioły lub demony. My możemy sobie to tylko wyobrazić. Alegoryczne malowidło pełne melancholii, ukazujące bezsens pozornie wolnej woli. Natomiast John to widzi na własne oczy. On nie wierzy, tylko doskonale wie, że niebo i piekło to dwa światy, które się wzajemnie przenikają tu — na ziemi. Nie trudno się domyśleć, że człowiek z taką wiedzą jest raczej zgorzkniałym typem.
Z perspektywy psychiatrii przypadek Johna pewnie zakwalifikowalibyśmy jako schizofrenię. Zresztą sam Constatine jeszcze jako nastolatek, chcąc popełnić samobójstwo, trafił do szpitala psychiatrycznego, gdzie mieli go wyleczyć z tych wszystkich urojeń na temat demonów. Jak widać niewiele to dało. John nadal widzi te okropne stworzenia i musi się pogodzić ze swoim darem. Jedni mają talenty muzyczne, inni bogatą wyobraźnię, którą mogą przełożyć na ciekawe książki, a jeszcze inni po prostu widzą anioły lub demony i są uważani za czubków. Łatwo się domyślić, że John ze swoimi dziwnymi wizjami i profesją egzorcysty, wiedzie raczej samotniczy tryb życia.
Constantine to skrzyżowanie prywatnego detektywa, demonologa, okultysty no i Sługi Bożego, choć to ostatnie najmniej wychodzi Johnny’ emu. Jakkolwiek jest bardzo skutecznym egzorcystą, który zdobył już sobie renomę i wzywany jest do najcięższych przypadków opętania, to jednak w jego duszy zagościł na stałe cynizm i rozgoryczenie. To nie przystoi słudze pana Boga. Czyż nie? John już raz podpadł Najwyższemu, gdy przed laty targnął się na swoje życie. Jego grzech z młodości wciąż jest pamiętany w niebiosach przez skrupulatnych księgowych. W efekcie cokolwiek dobrego, pożytecznego by nie zrobił nasz bohater, jest on już skazany, predestynowany do piekła. Ta paląca wizja jeszcze bardziej przytłacza, gdy nasz główny John dowiaduje się, że zostało mu parę miesięcy życia. To również z własnej winy. Bo od ponad dwudziestu lat wypala jedną paczkę papierosów dziennie. Efekt? Zaawansowany nowotwór złośliwy, z którym już niewiele da się zrobić. O Johnny, Johnny. Zawiodłeś na całej linii. Nastrój samotności bohatera oddaje tu użyta piosenka „Passing” zespołu Perfect Circle.
Tak jak jego dusza jest naznaczona ciemnym, smolistym mrokiem, tak i jego płuca są wypełnione smołą. „Co za ironia, zmagałem z czymś, o czym większość ludzi nawet nie ma pojęcia, a teraz zabija mnie zwykły nowotwór” — stwierdza John. Rycerz niebieski ginie od ludzkich słabości.
Wizja piekła oczywiście przeraża. Przeraża ciągły ból, gorąco, wspominanie straconych szans. Ale co gorsza John trafi w to samo miejsce, do którego przez większość swej chwalebnej misji odsyłał wszelkie demony. To tak, jakby policjant czy sędzia trafił do więzienia, w którym są wszystkie zbiry, których skazał. Niezbyt miła perspektywa. Jakby nie patrzeć, to dosyć surowa kara dla kogoś, kto przez większość swego życia wypędzał demony z opętanych ludzi, a przy okazji wiele wycierpiał przez swój przeklęty dar. No ale cóż, kto chce mnie naśladować, musi wziąć swój krzyż i być gotowym na poświęcenia. Constantine nigdy nie potrafił się w pełni poświęcić. Był egoistą i umrze jak egoista.
Wydaje się, że sprawa jest przesądzona. Pozostaje wypić syrop na kaszel i wypalić kolejną paczkę papierosów, po co odwlekać tą agonię. Ale jednak coraz więcej znaków na ziemi i w niebie przemawia, że coś się dzieje, coś się gotuje pod powierzchnią zwykłej rzeczywistości. Coś się święci. Oto Szatan puka do bram. Wielkie rzeczy! Zawsze to robił. Szatańskie pukanie odbija się echem. Keanu Reeves już wcześniej był adwokatem Diabła. A może diabeł nie taki straszny, jak się może wydawać. Jest częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąc, czyni jednak dobro, co ukazał nam Bułhakow, ale i współcześnie w serialu „Lucyfer”.
No tak Lucyfer może jeszcze ma trochę oleju w głowie, gorzej z jego synalkiem. Lucyfer, którego zobaczymy w tym filmie w wydaniu charakterystycznego aktora Petera Stromare’a to chyba jedna z lepszych interpretacji władcy ciemności, który choć po ciemnej stronie mocy, to w jasnym garniturze (przyozdobionym gdzieniegdzie smołą) nam się objawia i dziwnie kontrastuje do ciemnych ubrań Johna. Ale może warto było zmienić kanony mody i odświętnie się wystroić, gdy idzie się po duszę samego Constantine’ a, który przez tyle lat utrudniał pracę diabłu i jego poplecznikom odsyłając ich jeden po drugim z powrotem.
Constantine jednak zamierza sobie trochę pograć z Szatanem w pokera. Ma dla niego nowiny. Oto syn Czcigodnego Władcy Ciemności, Mormon, w gorących płomieniach kąpany, chce się dorwać do władzy. Chce zabrać tatusiowi schedę. W tym celu jednak musi trochę zmanipulować ludzkie pionki i mieć poparcie ze strony Boga. Niemożliwe? Może ktoś z niebiańskich szeregów przejdzie na ciemną stronę mocy? Na przykład Gabriel? Dwulicowy, złotowłosy anioł, którego już męczy niebiańska biurokracja. Intrygująco piękna Tilda Swinton pokazuje, że zarówno potrafi grać z wielką charyzmą Białą Czarownicę w „Opowieściach z Narnii”, jak i białe anioły. Ale wszystkie te charaktery łączy to, że chociaż są białymi figurami, ochoczo poruszają się po czarnych polach, którymi wybrukowane jest piekło. Tak, w tej niezwykłej opowieści Anioł okaże się zdrajcą, a upadły egzorcysta będzie miał szansę na wykazanie się miłosierdziem i zbawienie.
Keanu Reeves już na stałe zapisał się złotymi literami w kinematografii jako Neo z „Matrixa”, ale również rola Constantine’ a wydaje się być taką idealnie skrojoną postacią dla tego aktora i aż żal bierze, że ta produkcja nie doczekała się dalszych kontynuacji z Reevesem w roli głównej. Tu zresztą trzeba zaznaczyć, że wizerunek Reevesa i jego styl znacząco odbiega od komiksowego pierwowzoru „Hellblazera”. Ten Constantine z transzy komiksowej był blondynem w prochowcu (płaszcz porucznika Columbo?). Jego wizerunek, zwłaszcza fryzura były stylizowane na jasne pióra Stinga z lat 80-tych. Constantine był tam bardziej sympatyczny, otwarty, nie stroniący od alkoholu, papierosów i kobiet. Tym tropem poszła ekipa NBC i zrealizowała serial „Constantine” (2014-2015) z Mattem Ryanem w roli głównej. W wersji Warner Brothers, John to elegancki mężczyzna, ale z charakteru przypominający surowego mnicha, chociaż ze scen, które zostały wycięte, wynika, że John miał kochankę imieniem Ellie (Michelle Monaghan), która potem przeszła na stronę syna Szatana, Mammona, a John ją oszczędził podczas finalnej egzekucji w szpitalu.
W przeciwieństwie do skomplikowanej rzeczywistości, w której obraca się John, bohater zachowuje wewnętrzny „constans”, co także przekłada się na jego styl (bez zbędnej awangardy i ozdobników) Ubiera się zawsze tak samo: biała koszula za 80 dolarów, marynarka, czarny krawat, czarne spodnie, czarne buty i również czarny płaszcz, no i jeszcze elegancki zegarek ORIS na czarnym pasku. Do tego jeszcze ascetycznie urządzone, mroczne mieszkanie w stylu rodziny Addamsów. Mieszkanie zresztą dość osobliwe, będące długim korytarzem z wielkimi oknami, gdzie w otwartej przestrzeni jest kuchnia, sypialnia i mnóstwo butli ze święconą wodą. Wśród najchętniej używanych przez Johna przedmiotów, jest złota zapalniczka. Błyskawicznie wyjmowana z kieszeni, gdzie czeka już na nią papieros w ustach właściciela. Odpalamy pochodnię, by poczuć jeszcze nadzieję. W kącie stoi nastawiony gramofon, w tle rozbrzmiewa relaksujący „Take five”. Do ust wlewa się już jakiś wytrawny alkohol, a jeszcze godzinę temu John walczył z demonami. Oto codzienność Constantine’ a.
Tu zresztą warto się przyjrzeć, jak operator starannie podkreśla każdym ujęciem styl Johna. To już widzimy w pierwszej scenie, gdy pod dom opętanej dziewczyny przyjeżdża taksówka z Constantinem. Wysuwa się ręka i wyrzuca papierosa, który w zwolnionym tempie opada na ziemię. John wychodzi, przygotowuje akcesoria i zapala kolejnego papierosa. Czas do roboty. Demony czekają. Minimalistyczny, dobrze skrojony uniform idealnie podkreśla oszczędność emocji Johna, który rzadko się uśmiecha i niewiele mówi. On nie lubi się rozmieniać na drobne. Kiedyś mówił bardzo dużo o demonach i wszyscy uważali go za czubka. To go przekonało, że nie warto być wylewnym. John wiedzie samotniczy tryb życia. A jeśli już ma jakiś znajomych, to tylko tych, którzy obracają się w podobnych kręgach co on. Okultyści, demonolodzy, egzorcyści. Jednak większość znajomych Johna to już martwe osoby, duchy, co nadaje nieco melancholijnego charakteru tej postaci, która już za życia ma więcej wspólnego ze śmiercią i światem duchowym niż tym fizycznym.
Na miejsce „zbrodni”, gdzie opętany potrzebuje pomocy, Johna odwozi wierny uczeń, taksówkarz, Chas Kramer. Gadający za dwóch, niecierpliwy, ciekawski dzieciak, który chce koniecznie przejść swój chrzest bojowy w roli egzorcysty. Ale nawet w najprostszych zadaniach, jak przestawienie taksówki Chas bywa nieostrożny, przez co lustro z „wkurzonym demonem” spada prosto na maskę samochodu. Kramer znów się przekonuje, że nie jest gotowy na konfrontację z demonicznymi siłami, mimo, że ćwiczył cały dzień swoją ulubioną gadkę, którą by powiedział demonowi prosto w oczy: „Jestem Kramer, Chas Kramer dupku”.
Póki co zadowala się książkami o egzorcyzmach i samą obecnością mistrza Johna, który jednak niewiele mówi, a raczej traktuje swego ucznia bardzo oschle. Zabawne są te relacje między posępnym Johnnem a wygadanym Chasem: „uwielbiam te nasze pogawędki John” — podsumowuje ironicznie Chas, gdy znów dostaje w odpowiedzi jakieś półsłówka od swego mistrza. Odtwórca tej roli, Shia LaBeouf udowodnia, że potrafi być aktorem komediowym, rozładowującym napięcie, gdy dookoła aż za dużo demonów. Kramer czuje się niedoceniony przez swojego mistrza Johna, który ironicznie zapewnia, że Kramer jest jego ulubionym uczniem niczym Tonto i Robin. Póki co Chase znosi humory mentora: przynieś, podaj, spadaj, przestaw samochód, ale w końcu i on doczeka się swojej szansy. Przekona się boleśnie, że niestety nie jest tak jak w książkach o egzorcyzmach.
Innym ważnym pomocnikiem Johna jest egzorcysta ojciec Hennesy. On również z trudem znosi swój przeklęty dar słyszenia demonicznych głosów. Próbuje to zagłuszyć alkoholem, by móc się wyspać, ale mimo, że jest w służbie Boga, to jest wrakiem człowieka, wyraźnie zmęczonego walką z demonami. Gdy on nie może wypędzić demona, wzywa właśnie Constantine’ a, który wydaje się być ostatnią deską ratunku. W rolę ojca Hennes’ego wcielił się Prutti Taylor Vince, który dwadzieścia lat wcześniej grał w równie demonicznym „Harrym Angelu” niepozornego policjanta, spisującego zeznania głównego bohatera.
A propos niepozornych bohaterów. Jest jeszcze Beeman, (czyli człowiek pszczoła?) – typ szalonego profesorka, wynalazcy, geeka, zachwycającego się żukami w pudełeczkach, spec od świętych wersetów, który dostarcza Constaninowi najnowsze akcesoria do walki z demonami jak buteleczki z wodą z rzeki Jordan czy oddech smoka i rzecz jasna syrop na kaszel, by ulżyć cierpieniom Johna, który już za niedługo wykaszle całe swoje życie. Może zanim się przeniesie w piekielne scenografie, zaczerpnie rady swego mentora, Papy Midnite’a, który prowadzi legendarny klub, gdzie można spotkać sporo mieszańców (demonów i aniołów w ludzkiej skórze). Papa zapali cygaro i przypomni, że nie można naruszać równowagi między ludźmi i demonami.
Wszyscy oni cierpliwie znoszą obecność chłodnego Constantine’ a, który rzadko kiedy nagrodzi ich szczerym uśmiechem, bo wiedzą, że to najlepszy specjalista w swej klasie. Beeman nawet sam przyznaje ze wzruszeniem, że on sam wierzy w Constantine’ a (nawet jeśli on sam nie wierzy w siebie), jako tego ostatniego wojownika, który da radę każdemu demonowi, nawet synowi Szatana.
Lecz to spotkanie z panią policjant, Angelą (jakże adekwatne imię do zbawiania upadłego) Dodson zmieni życie Constantine’ a. To wobec niej nieprzystępny dotąd bohater wreszcie się otworzy. Nic dziwnego, Angela ma podobną aurę. Podobnie jak John, widzi te wszystkie demoniczne istoty, choć w porę się opamiętała i jeszcze jako nastolatka wyparła się tych wizji, w przeciwieństwie do swojej siostry bliźniaczki Isabell, która skończyła w szpitalu psychiatrycznym. Teraz, gdy jej siostra popełniła samobójstwo, sprawa tych wizji powraca, a Angela zamierza walczyć o duszę siostry, którą zawiodła za życia. Wedle kodeksu, samobójcy są potępieni, chociaż ci zmagający się z chorobą psychiczną mogą liczyć na łaskę Boga i Kościoła. W każdym razie Angela nie wierzy w samobójstwo siostry. Jest raczej przekonana, że duszę Isabell opętał jakiś demon, który zmusił ją do samounicestwienia. Raport policyjny raczej nie uwzględni takich wyjaśnień, ale John Constantine jest tą osobą, która może pomóc w rozwikłaniu zagadki. Wszystko wskazuje na to, że Syn Szatana coraz bardziej chce zaznaczyć swoją obecność w świecie. Ostatnie głośne przypadki opętanych i samobójstw tylko torują mu drogę, na końcu której ma stanąć John Constantine. To ostatnia szansa dla niego, by uratować świat, stać się bohaterem, ale także uratować swoją duszę przed potępieniem.
Muszę przyznać, że nigdy nie byłem wielkim fanem takich produkcji, gdzie anioły i demony walczą ze sobą. Już wystarczająco przerażały mnie „Omen” i „Egzorcysta”, a Hollywood zawsze lubi stawiać na przerost formy nad treścią, mydląc oczy widza efekciarstwem, podczas gdy sens filmu gdzieś się gubi. Ale w tym przypadku naprawdę muszę pohamować wszelką krytykę. „Constantine” naprawdę się udał Francisowi Lawrencowi. A trzeba tu dodać, że to właściwie mocny debiut reżysera, który wcześniej realizował się przy teledyskach. Potem zrealizuje on „Igrzyska śmierci”.
„Constantine” to dobry przykład kina, w którym efektowna wizja idzie w parze z dobrym scenariuszem i z idealnie dobraną obsadą. Zarówno Keanu w roli zgryźliwego Constatine’ a, który zmaga się z rakiem płuc, zabawny Shia LaBeouf, czy Rachel Weisz, która uciekła przed klątwą „Mumii”, by walczyć teraz z demonami piekielnymi, czy anielska Tilda Swinton a nade wszystko Peter Stormare w roli Szatana. Ta kreacja już zupełnie zachwyca. Ironiczny, zabawny, a gdy trzeba przerażający, niezawodny stary Lou… cyfer, który zawsze nabierze się na numer z sampoświęceniem.
Komentarze
Prześlij komentarz