SYMFONIA ŻYCIA
To kolejny po „Nauczycielu z przedmieścia” film dla nauczycieli, którzy mają poczucie, że nie są doceniani za swój wysiłek, gdzie często procent zwraca po wielu długich latach. Film także dla tych, którzy czują, że zrezygnowali ze swoich artystycznych ambicji, by jakoś dociągnąć do kolejnego miesiąca. (Bo kto powiedział, że życie wielkiego artysty trwa tylko w blasku chwały i bogactwa? Van Gogh, Beethoven, czy Michał Anioł). Właśnie w takiej sytuacji poznajemy Glenna Hollanda (Richard Dreyfuss nominowany do Oscara i Złotego Globu za tą rolę), który z wykształceniem kompozytorskim miał ambicje, aby iść śladami Glenna Millera, czyli tworzyć, występować, i jakoś się z tego utrzymywać. Przez jakiś czas rzeczywiście Glenn koncertował ze swoim zespołem, ale częściej grał na weselach i do kotleta, niż na jakiś prestiżowych imprezach. W końcu spojrzał prawdzie w oczy. Najpierw jakiś konkretny etat, a potem pasja komponowania. I w końcu niechętnie wyciągnął swoje papiery nauczycielskie, które zrobił tak na wszelki wypadek i wrócił do szkoły.
A nie był to przyjemny powrót, gdy trzeba nauczyć dzieci podstaw klasycznej muzyki w czasach, gdy rozkręcał się rock and roll. Dziwne. Muzyka to w końcu najdoskonalszy język emocji! Znudzeni uczniowie, których potem zobaczymy także na lekcji ekonomii i angielskiego w kultowym „Wolnym dniu Pana Ferrisa Buellera”, jakoś nie potrafią odkryć piękna muzyki Mozarta czy Bacha. Ale klasycy są najbezpieczniejsi w tych czasach. O nich trzeba uczyć! — zapewniają władze szkoły, trzymające tradycyjny, konserwatywny styl nauczania. Zwłaszcza brylowaty wicedyrektor, grany tu przez Williama H. Macy’ ego, starannie ostrzyżony jak bohater „Upadku” (1993), typowy służbista dbający o dyscyplinę i finanse, rzuca się w oczy ze swoim radykalizmem. Potem się wykaże w „Ostrym dyżurze”.
Ale Holland w końcu odkrywa, że nie tędy droga. Mimo, że również ubiera się w garniturek i wygląda jak typowy sztywny akademik, to ma w sobie więcej autorefleksji. Zaczyna rozumieć, że trzeba znaleźć jakiś pomost. Do tych młodych ludzi można dotrzeć tylko poprzez muzyczne analogie do rock and rolla, który także jest oparty na klasycznych kompozycjach. Tu następuje przełom. Bo wreszcie dzieciaki są zainteresowane, a Glenn ma poczucie, że jego praca nabiera rumieńców, choć wcześniej wydawało się, że traktował on ją jako zło konieczne. Zawsze wychodził jak najwcześniej ze szkoły i przedstawiał wszystko w formie nudnego wykładu. Teraz chce poświęcać więcej uwagi swoim uczniom.
Gorzej jest z życiem rodzinnym i pracą twórczą, które są coraz bardziej zaniedbywane. Komponowanie wielkiego dzieła, które by przyniosło sławę, stoi w miejscu. A do tego jeszcze żona Glena, Iris oznajmia mu, że jest w ciąży.
Trzeba znowu skomponować wszystko na nowo i przerzucić akcenty. Być teraz ojcem, mężem i nauczycielem i jak zwykle na końcu kompozytorem. Ta zmiana tempa i samego tematu nie jest najgorsza. W końcu symfonia życia musi się zmieniać. I aż miło mieć poczucie, że być może twój syn pójdzie w twoje ślady i może jemu się uda być wielkim kompozytorem. To słodka pokusa przenoszenia własnych ambicji na życie dziecka, jednak w końcu musi się zderzyć z rzeczywistością. Następuje jedno z najgłośniejszych uderzeń w całej symfonii. Grzmoty, pioruny, które zwalają z nóg. Glenn i Iris właśnie się dowiadują, że ich syn Cole jest głuchy i jedyną formą komunikacji z nim jest język migowy. Glenn w pewnym sensie doświadcza w swojej życiowej symfonii tragedii Beethovena. Jego całym życiem była muzyka, to dzięki niej nawiązywał różne relacje. Jak ma odnaleźć wspólny język z własnym synem, który nigdy nie miał szansy doświadczyć muzyki? Glenn spogląda bezradnie na klawiaturę.
Początkowo widzimy, że głównemu bohaterowi łatwiej uciekać z własnego domu do szkoły, gdzie przynajmniej obce dzieci go słuchają i rozumieją. Tragedia rodzinna powoduje, że jest jeszcze bardziej oddanym nauczycielem niż ojcem i mężem. To zwłaszcza widać w scenach z Gertrudą, uczennicą starającą się dobrze zagrać na klarnecie, czy z pracowitym Louisem, którego Glenn cierpliwie uczy gry na bębnie (To nie „Whiplash”). Mimo, że chłopak nie ma w ogóle wyczucia w muzyce, to jednak angaż w szkolnej orkiestrze pomógłby mu zdać resztę przedmiotów. Potem śmierć Louisa (tragiczne żniwo Wietnamu) będzie okazją, by pan Holland nauczył szacunku pewnego aroganckiego młodzieńca, któremu wszystko przychodziło zbyt łatwo. W tych przypadkach pan Holland rzeczywiście realizuje się jako oddany nauczyciel. Ale gdy podczas przesłuchań do szkolnej rewii spotyka niejaką Rowenę Morgan, która chce zostać piosenkarką, serce bije mu mocniej. Bo oto pierwszy raz w życiu spotkał dziewczynę, prawie kobietę, która idealnie rozumie jego twórczą pracę. Gdy on gra na fortepianie swoją kompozycję, ona idealnie dopełnia go swoim ciepłym głosem. Gdzieś w tych dźwiękach zawiązuje się między tymi ludźmi niewinna więź. Muzyczny flirt? Rowena jest tu w pewnym sensie muzą dla naszego bohatera, który jednak dobrze wie, że jego kompas nie wskazuje, by wyjechać z tą dziewczyną i zrobić karierę jako jej nadworny kompozytor, gdzieś na mitycznym Boradwayu. Holland wie, że jego miejsce jest przy rodzinie. Czas odzyskać te stracone lata, gdy tak bardzo oddalił się od swego syna, którego nie akceptował jako głuchego. To, czego najbardziej się nauczył w szkole jako nauczyciel, to, że do każdego można dotrzeć, jeśli ma się odpowiedni klucz (no może poza brylowatym wicedyrektorem).
W końcu jednak Glenn postanawia odnaleźć wspólny język z synem i pokazać mu świat muzyki poprzez system świateł. Niezwykłe uczucie, gdy w oczach głuchego Cole’a odbija się radość. Tak śledzimy ponad trzydzieści lat z życia pana Hollanda (od 1965 do 1995 roku) i zarazem parę taktów z historii Stanów Zjednoczonych (trochę jak w „Forreście Gumpie” przeplatanym archiwalnymi filmami), z wojną z Wietnamie na czele i historii muzyki od rock and rolla po rock i pop. Od Elvisa przez Jimmiego Hnedrixa, Janis Joplin, po Johna Lennona, który zginął właśnie w Nowym Jorku. Muzyka tych artystów znaczyła tak dużo dla różnych pokoleń.
Ale coraz mniej znaczy edukacja artystyczna w szkole, o czym przekonuje się główny bohater, gdy już jako starszy pan wkracza w lata dziewięćdziesiąte. Jak zwykle brylowaty wicedyrektor nie może spiąć budżetu i musi zrezygnować ze sztuki i muzyki. To siarczysty policzek dla pana Hollanda, który przez tyle lat uczył w tej szkole. I jest to też symboliczna scena, w której pada pytanie, jak kształcić ludzi? Czy stawiać tylko na praktyczne przedmioty czy może rozwijać ich wyobraźnię przez sztukę?
Zwieńczeniem tych wszystkich przygód, dramatów, radości, wzlotów, upadków pana Hollanda jest tytułowa „Symfonia” pisana przez niego w różnych ważnych momentach jego życia. Zostaje odegrana uroczyście przez jego byłych i aktualnych uczniów, którzy znaleźli dzięki swemu nauczycielowi swoje życiowe metrum. Jeśli nawet trzeba odejść z tej szkoły, to jednak miło zobaczyć na koniec większość ludzi, których się wychowało, których głosy, dźwięki, znalazły się w symfonii pana Hollanda.
Tytułowy utwór został skomponowany tak naprawdę przez Michaela Kamena, który umiejętnie tu łączy podniosłość z dość luźnym, swingującym stylem. Cała struktura oparta jest na potężnie brzmiących bębnach w stylu Johna Bonhama („Fools in the rain”), gdzie słychać zarówno smyczki, sekcję dętą, jak i tłustą gitarę basową i elektryczną wcinającą się coraz bardziej między tempo.
Za reżyserię tego pięknego filmu odpowiada Stephen Herek, mający na koncie takie hity jak „Potężne kaczory”, „Trzej muszkieterowie”, czy „Rock Star”, ten ostatni, również opowiadający o pasji realizowania własnej muzyki, niekoniecznie w blasku sławy, dobrze koresponduje z „Symfonią życia”, która jedynie wtedy dobrze zabrzmi, gdy będzie pisana bez zbędnego fałszu.
Komentarze
Prześlij komentarz