SPONA. SPOSÓB NA ALCYBIADESA
Kultowa lektura z podstawówki i zarazem dość praktyczny poradnik, jak sobie radzić z niesfornymi nauczycielami. Więc jak? Najlepiej wprowadzać ich w dryf swoją niezwykłą wiedzą i zbierać piątki za aktywność. Innymi słowy uczyć się i mile zaskoczyć nauczyciela przedmiotu, z którego chce się podciągnąć. To niezbyt miła informacja dla zdesperowanych uczniów męskiego liceum im. Lindego: Zasępy, Ciamaciary, Słabińskiego i Pędzelkiewicza, który akurat nie pojawia się w tej ekranizacji książki Niziurskiego.
Ta czwórka uczniów, a także ich pozostali koledzy z klasy nie cieszą się zbyt dobrą opinią wśród ciała pedagogicznego. Nie wykazują chęci do nauki, a wręcz skandalicznie zaniżają poziom wiedzy w prestiżowym liceum Lindego. Trzeba coś z tym zrobić. Niepokój wśród gogów udziela się także starszym klasom, które chciałyby spokojnie dotrwać do matury. A tu trach, szykuje się solidna powtórka materiału dla wszystkich. Poziom i dyscyplina muszą być utrzymane w każdej klasie. W liceum, a zwłaszcza w liceum Lindego wypada się chociaż trochę pouczyć dla siebie. Ale Ciamciar, Zasępa i Słaby woleliby przejść przez szkołę bez zbędnego wysiłku.
Podobnież starsi koledzy dysponują sposobami na gogów. Sposobami? A tak. System edukacji zawsze jest kulawy, bo tworzą go ludzie: służbiści, marzyciele, pasjonaci, neurotycy, melancholicy i jeszcze inne typy, które warto poznać dobrze, jeśli chce się zdać. Do każdego nauczyciela trzeba mieć indywidualne podejście. Gogowie to skomplikowane mechanizmy, które trzeba ostrożnie rozbrajać. Zestaw patentów, kluczy mają jak zwykle najstarsi uczniowie, którzy już swoje przeszli, okupili te sposoby poprawkami, potem i łzami. Nic dziwnego, że słono sobie liczą za sprzedanie jakichkolwiek sposobów na gogów. Może są jakieś inne dojścia? O taki Kicki, może nie najstarszy, ale wiedzący to i owo chętnie coś udostępni za przejażdżkę motorem Zasępy. W książce z kolei mowa jest o rakiecie tenisowej, której jednak Kicki nie dostaje. W filmie natomiast Kicki rozwala motocykl Zasępy, ale przedtem zdąży podpowiedzieć, że w kwestii sposobów na gogów trzeba się zwracać do Wątłusza. A ten to dopiero oryginał, niespełniony poeta, który bije się z rymami. Nic dziwnego, wcześniej był bokserem. Wątłusz przedstawia twarde realia rynku i cennik ze sposobami. Sposoby są za drogie dla trójki zdesperowanych bohaterów. Jedyne poważne pieniądze, jakimi dysponują to 107 zł i 30 groszy (w książce to jakieś 34 złote). Za tą marną kwotę mogą jedynie kupić tytułową SPONĘ, Sposób na Alcybiadesa, czyli Tymoteusza Misiaka, starego nauczyciela historii, który raczej nie należy do gogów problematycznych. Z poczuciem humoru i cierpliwością opowiada o historii, a nawet jak komuś postawi dwóję, to i tak to nie boli. Jego łagodność jest wprost przeciwstawna do gniewu nadętego profesora Żwaczka, polonisty, który jest drugim po dyrektorze niebezpiecznym gogiem, bardzo ciętym na Trójcę naszych geniuszy, istny trójkąt Bermudzki Niewiedzy, Zasępę, Słabińskiego i Ciamaciarę, zawsze gotowy zrobić złośliwe dyktando pełne ortograficznych pułapek.
Sposoby na gogów to jedno, a inteligentne wykorzystanie ich to druga sprawa. O tym srogo się przekonują chłopcy, gdy próbują wprowadzić Alcybiadesa w dryf, opowiadając jakieś dziwne historie, oczywiście niezwiązane z tematem lekcji. Żaden nauczyciel nie będzie chętny do rozmawiania o czymś przez całą lekcję, co nie jest związane bezpośrednio z przedmiotem, jaki wykłada. Zapamiętajcie to sobie i miejcie przed oczyma, gdy znów będziecie się nosili z zamiarem dryfu. No tak, niestety trzeba się trochę pouczyć, by umieć zagadać nauczyciela i sprowokować go do gadki. Cała klasa nie musi być przygotowana na dwieście procent. Wystarczy, że dyżurni mają opanowane tematy i w porę podsuwają kolejne sugestie, aż dzwonek wybije.
I wybiła godzina dla chłopców. Bo rzeczywiście po paru próbach te największe nieuki wciągnęły się w zgłębianie historii i innych przedmiotów. To zresztą także zasługa samego Alcybiadesa, który zaproponował swoim uczniom zajęcia w plenerze, gdzie chłopcy mogli się przekonać, że historia wciąż jest żywa, jest tuż obok. Rozkwita wiedza na drzewach i w głowach naszych bohaterów.
SPONA powstała w dwóch wersjach, jako kinowy film (1998 r.) a także jako trzyodcinkowy serial rozszerzony o kilka nowych scen (2001 r.). To, co mnie zawsze ujmuje w tej produkcji to niezwykły klimat, jaki udało się uzyskać Waldemarowi Szarkowi, reżyserowi takich filmów jak: „Mów mi Rockefeller”, „Żegnaj Rockefeller”, czy coś o współczesnym pokoleniu: „To my”. „Spona” to z kolei powrót do lirycznych lat 60-tych. Amerykanie zdobywają Księżyc. Na naszym podwórku trwa siermiężny PRL i jeszcze więcej ludzi z księżyca, którzy chcą kolonizować ten biedny kraj dziwnymi ideami. Jak ironicznie wyglądają portrety Gomułki i Cyrankiewicza nad szkolnymi tablicami, na których wypisane są różne „mądrości” chłopców z liceum Lindego. Czy to przyszłość tego kraju? I jak tu się skupić, gdy w tle rozbrzmiewa rock and roll i polski big beat. Trzeba przyznać, że twórcy zadbali o ciekawy i różnorodny soundtrack do tego filmu. Z jednego kanału usłyszymy piosenki takich klasyków jak Skaldowie („26 marzenie”), Czesław Niemen, który także pojawia się w filmie, w czerwonym Mustangu, jako idol współczesnej młodzieży. Dalej w naszej szafie grającej: Breakout, Tadeusz Nalepa, pośrodku żartobliwy Kuba Sienkiewicz („Wydaj SPONĘ, ja przecież tonę”), delikatna Anna Maria Jopek („Uciekaj”), Grzegorz Markowski i Marcin Pospieszalski. Tu na uwagę zasługuje zwłaszcza nowa aranżacja utworu zespołu Dżamble „Wymyśliłem ciebie”. Oryginalnie śpiewana dość mocno przez Andrzeja Zauchę. Tu w wersji filmowej,, została zagrana w wolniejszym tempie i bardziej subtelnie. Soczyste klawisze Leszka Możdżera, do tego ten płaczliwy bass Pospieszalskiego, smyczkowy podkład no i delikatny wokal Grzegorza Markowskiego, który śpiewa niebanalny tekst Adama Kawy. A w filmie z kolei widzimy, jak jedna z bohaterek recytuje „Pieśń o szczęściu” Krzysztofa Kamila Baczyńskiego.
Na końcu jednak tej piosenki, utrzymanej w tradycyjnej aranżacji, spotyka nas niespodzianka, bo oto słyszymy hip-hopowe wstawki. Mika Urbaniak zaczyna trochę rapować/śpiewać/melorecytować po angielsku. Ciekawym zabiegiem artystycznym jest tu włączenie do filmu, którego akcja rozgrywa się w latach 60-tych, elementów muzyki hip-hopowej, reprezentowanej tu głównie przez formację „Wzgórze Yapa 3”. Co ciekawe te hip-hopowe wariacje słyszymy tylko w wersji kinowej, natomiast w serialu tego już nie ma.
„SPONA” wpisuje się w nurt kina, w którym nie tyle ważna jest narracja, fabuła, co raczej perypetie bohaterów, anegdoty, sceny, lekcje, koncerty, przedstawienia, momenty posklejane ciekawą muzyką, co wcześniej widzieliśmy w takich filmach jak „Amerykańskie grafitti” czy „Dazed and confused”. Oba te dzieła jak i sama „SPONA” odnoszą się do rzeczywistości lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, gdzie artyści rockowi potrafili być bardzo romantyczni, ciekawi, snujący przed słuchaczem niezwykłe baśnie, pełne oryginalnych metafor. Ten barwny soundtrack filmu podkreśla liryczny stan, jakim kiedyś było liceum, w którym oprócz zdobywania wiedzy, czytało się wiersze, bawiło się słowem, a nawet pisało własne epopeje, by oczarować nimi naiwną dziewczynę. Tu warto się zatrzymać, bo wątek romantyczny w tym filmie jest o wiele bardziej rozwinięty niż w książce. Postacie Oli i Ani, wiecznie uśmiechniętych nimf czarują głównych bohaterów, a zwłaszcza Zasępę i Ciamciarę (który już zapomniał o nauczycielce Lilkowskiej), którzy wraz z miłością do tych dziewczyn, dojrzewają także emocjonalnie i postanawiają mimo wszystko wywiązać się ze swoich szkolnych zadań.
Miło się patrzy na tą musicalową scenę, gdy Ania i Ola wykonują słynny przebój Breakoutów „Gdybyś kochaj, hej!” na przeglądzie twórczości szkolnej, gdzie również miała premierę sztuka Juliusza „Szekspira” Lepkiego „Przebudzenie Afryki”. Umazani chłopcy, udający murzynów z jakiegoś plemienia tańczą w rytm piosenki Tadeusza Nalepy. Rock and roll spotyka się z Afryką (ale to nie Toto). Co za radość, energia, spontaniczność. Czyżbyśmy jednak mieli nasz „High school musical”?
To były magiczne czasy szkolne, grało się na gitarze, kolekcjonując nowe chwyty, grało się w jakimkolwiek zespole choćby na trójkącie, byleby poczuć emocje, jak na tej trudno dostępnej płycie albo taśmie już i tak mocno przetartej od ciągłego przesłuchiwania. To były czasy analogowe, szukało się rozrywki poza swoim mieszkaniem. Uczestniczyło się w kółku teatralnym, plastycznym, filmowym klubie dyskusyjnym, stowarzyszeniu poetów, szukało się intensywnie możliwości ekspresji swojego ja bez żadnych lajków, followersów i subskrypcji.
Oprócz muzyki, klimatu temu filmowi dodają także zielone plenery. Dookoła skwery, parki, rozkwitają kwiaty. Tak, jakby liceum zdawało się być takim magicznym ogrodem, gdzie jeszcze można żartować i bawić się w niewinne pocałunki. To, jakby szkoła platońska, rezerwat, w którym bohaterowie tej historii mówią trochę dziwnym językiem, by tak zyskać na swojej elitarności. To oczywiście zasługa Edmunda Niziurskiego, który w swoich książkach bardzo komplikował składnię. Komiczny efekt wywoływał wzniosły ton, mówiący o błahych, uczniowskich sprawach. Do tego jeszcze te przedziwne imiona i nazwiska bohaterów. Jakby sam autor znęcał się nad czytelnikiem, który musi je sobie kilka razy powtórzyć, by się przyzwyczaić.
Anachroniczny świat w „SPONIE” to rzeczywistość z przed prawie pięćdziesięciu lat, kultura, styl, sposób ubierania, sztruksy, dżinsy, marynarki, mundurki, odznaki szkolne. Część już z nich przeszła do lamusa, a inne powracają jak moda na retro. Jednakże problem sposobu na nauczyciela pozostaje wciąż aktualny. A morał z tego taki, że po prostu musisz się zainteresować danym przedmiotem, żeby mieć spokój na lekcjach. Nie zbieraj stopni, tylko wiedzę, która pomoże ci w danych sytuacjach. Wtedy nastąpi prze… przełom w edukacji! Choć podejrzliwy polonista Żwaczek zawsze będzie wiedział swoje, że to prze…przekręt! Przełom! Bogowie, Eureka.
W rolach głównych zobaczymy Radosława Elisa, Łukasza Lewandowskiego (z głosem Tomasza Bednarka), Karolinę Gruszka i Aleksandrę Woźniak (już znaną wtedy z „13 posterunku”). Na dalszym planie Sebastian Konrad w roli melancholijnego boksera Wątłusza. Znalazło się też miejsce dla Jarosława Jakimowicza, który był w tym czasie na fali „Młodych Wilków”. Jednak tu Jakimowicz w roli Alibaby, występuje z poważnym głosem Januarego Brunova. To w końcu poważny maturzysta, elokwentny i dobrze się prezentujący. Zagryzający ziarna słonecznika i żujący z wielką pasją gumę (wielki hit z Zachodu) i znający już zbyt dobrze humory szanownych gogów. W gronie starszaków zobaczymy jeszcze Marcina Przybylskiego w roli „Babasa”, czy Cezarego Kosińskiego w roli boksera „Szlai”, który nie przepuści Słabemu w pojedynku bokserskim. Ale oczywiście Sposobu na Alcybiadesa nasi bohaterowie nie poznaliby bez odpowiedniej prezentacji ze strony szkolnego prymusa, Juliusza Lepkiego, nazywanego Szekspirem, w którego wcielił się tu Waldek Złotopolski, długowłosy Andrzej Nejman. Szekspir zna wiele sposobów na gogów, które są niczym recepty na konkretne reakcje chemiczne.
A propos chemii. W roli nauczycielki chemii, wychowawczyni Lilkowskiej, która wywołała u większości swoich wychowanków reakcję miłości platonicznej, wystąpiła Małgorzata Foremniak, wtedy jeszcze jako brunetka, przed „Na dobre i na złe”. W tym okresie jeszcze wcieli w rolę nauczycielki w serialu „Gwiezdny pirat”, gdzie także Jakimowicz się pojawi w roli tytułowej (Pirata). A teraz starsza gwardia szanownych gogów, gdzie zobaczymy Sławomira Orzechowskiego w roli nadętego, służbisty polonisty Żwaczka, notującego w dzienniczku swoje obserwacje na temat uczniów. Wyraźnie facet ma ambicje na dyrektorski stołek, gdy ofermowaty Dyro (Krzysztof Kowalewski) jakoś nie może nadążyć za rozrabiającymi uczniami, podobnie jak ciapowaty chemik (Sławomir Pacek). Ale później Orzechowski zagra dyrektora szkoły w serialu „Duża przerwa”. Po Żwaczku jeszcze spory respekt budzi nauczyciel matematyki Dziadzia (Andrzej Grąziewicz), także srogi, podejrzliwy, za stary na te wszystkie numery, ale dość młody i złośliwy, by o numery i liczby pytać swoich uczniów. A z tych wszystkich błędnych równań, jak astrolog układa smutną przyszłość przed uczniami-nieukami. Ale oczywiście wiek, długoletnie doświadczenie przepytywania różnorodnych nieuków nie czynią z pedagoga zgorzkniałego, podejrzliwego typa, czego dowodem jest właśnie tytułowy Alcybiades, w którego wciela się tu Władysław Kowalski. Ostrożny, ironiczny, żartobliwy, a zarazem niepozorny, ginący w tym tłumie uczniów, płynących rzeką po korytarzu, gdy przerwa trwa w najlepsze. Ale jakaś radość i zainteresowanie malują się na twarzach chłopców, gdy wychodzą na dwór, w plener, gdzie między historycznymi obiektami wraz z Alcybiadesem odtwarzają różne wydarzenia historyczne. Zupełnie jak w scenie ze „Stowarzyszenia umarłych poetów”. Wyjdźcie ze szkoły ku życiu, które jest najlepszą lekcją. Tu spotyka się przeszłość i teraźniejszość. W tle rozbrzmiewają wam liryki i poprawne zdania z dyktanda, w oczy rzucają się tablice z nazwiskami wielkich Polaków, pod stopami chrzęści piasek, który za niedługo was pochłonie. Biegnijcie chłopcy, zbiegajcie z tych wysokich gór, wdychajcie młodość i radość i szukajcie odważnie swojego sposobu na ten Los, który jest najostrzejszym nauczycielem (nawet ostrzejszym od złośliwego profesora Żwaczka). Żwawiej chłopcy, do broni! Rwijcie pąki róż i szukajcie sposobu, by potem się nie wstydzić na wywiadówce pod koniec swych dni.
Komentarze
Prześlij komentarz