I STANIE SIĘ KONIEC
I znów dobiega końca rok pełen wrażeń. I znów ma się uczucie, że żyje się w obliczu apokalipsy. Wojny, klęski, pandemie, inflacja, stopy procentowe. Coraz głębsze rysy na dumnym obliczu cywilizacji. W ten rozgardiasz wchodzi pan Ciemności, by znów postarać się o panowanie nad światem. Dwa lata wcześniej próbował tych sztuczek z ambitnym prawnikiem Kevinem Lomaxem, który jednak w porę przejrzał swego diabolicznego szefa, tak jak przejrzał Matrix i nie skusił się na to, by zasiąść obok Szatana i rządzić światem. Potem jeszcze Keanu Reeves oszukał go jako John Canstantine. I podobnie zrobił Johnattan Smith w „Autostradzie do Nieba”, gdy pertraktował z Diabłem. Na diabelską ucztę zmysłów skusił się natomiast Dean Corso, który z pomocą pięknej diablicy otworzył „Dziewiąte Wrota”. Ale co było dalej? Drzwi windy się zamknęły i dusza Harry’ego Angela zjechała na dno piekieł, a Louis Cyphre o twarzy Roberta De Niro ucieszył się jak nigdy przedtem.
Wrota się znów otworzyły i pan Ciemności postanowił wrócić po swoje. Tym razem o twarzy Gabriela Byrne’ a, który grał tu jakiegoś biznesmana. Ale to już przeszłość dla tego pana. Liczy się ciało, powłoka. Pan ciemności zdecydował, że będzie wyglądał właśnie jak Gabriel Byrne. Znowu szatyn o wyrazistych rysach, podobnie jak wcześniej Pacino czy De Niro. Co za ironia, że po pierwsze aktor wcielający się w Szatana ma na imię Gabriel, co ewidentnie kojarzy się z Archaniołem. Po drugie, w tym samym roku, Byrne zagrał w filmie „Stygmaty”, gdzie tym razem wcielił się w księdza, który bada stygmaty niewierzącej dziewczyny, granej przez Patricię Arquette. Przy okazji stygmatów odkrywa on także tajemną ewangelię Chrystusa, której słowa obalają instytucjonalny kościół. Co ciekawe jego przeciwnikiem jest tu pewien sprytny kardynał… nie Richelieu, ale o twarzy Jonathana Pryce’a, który za parę lat wcieli się w samego papieża Franciszka w filmie „Dwóch papieży”. A my w końcu sprawdźmy… dlaczego stanie się koniec.
Kiedy ludzie już nacieszyli się Wigilią i Świętami Bożego Narodzenia, a Kevin po raz kolejny obronił swój dom, nastał czas oczekiwania na Nowy Rok. Rok wyjątkowy, ekscytujący, bo 2000. Zapowiadający nowe stulecie, nowe nadzieje i być może nowe problemy. A może to już koniec świata? Co za ulga! Koniec tego teatrzyku marionetek poruszanych siłami dobra i zła. Koniec. Słyszycie dzwonek w szkole! Wreszcie wielka przerwa. Wedle tego filmu jest to prawdopodobne. Szatan już się przygotowuje, by objąć tron. Wcześniej jednak chce połączyć się z pewną dziewczyną, która od urodzenia była przeznaczona, by oddać się Szatanowi. W roli tej dziewczyny Christ…iny York wystąpiła Robin Tunney, która wtedy jeszcze nie znała Mentalisty, za to pozna… Terminatora. Wychowana pod kloszem przez opiekunkę-satanistkę nawet nie ma pojęcia, jaki ją czeka „zaszczyt”, niczym kurę tuczoną na rosół.
Tak to było zapisane w gwiazdach, że właśnie to dziecko urodzone przed dwudziestu laty, ma być przyszłą partnerką Szatana, który ją czasem nawiedzał w snach erotycznych. Przygotowywał ją do tego, by stała się ona matką nowego Antychrysta. Wiedzą o tym księża, wnikliwi badacze świętych ksiąg, bredzący jakieś niezrozumiałe proroctwa, które zwykłego zjadacza chleba zupełnie nie interesują. Kto zwycięży Szatana? Jakich użyć modlitw, egzorcyzmów?
Gdzie są ci wielcy bohaterowie. Znudzeni cywilizacją zaszyli się w swoich kryjówkach na krańcach światach, albo zupełnie upadli na dno, co akurat w Nowym Jorku nie jest takie trudne. Ciemne zaułki, porozsypywane śmieci, odrapane mury, na których ze wstrętem widzimy własny cień, stający się w tym piekle coraz mniejszy.
Oto mamy pewnego upadłego bohatera, który już niejednego bandziora posłał za kratki lub na drugi brzeg Styksu. Nazywa się Jericho Cane (równie interesujące i symboliczne imię jak u Christ…iny) i był niegdyś jednym z najlepszych policjantów, dopóki jego ideały sprawiedliwości nie skrzyżowały się z interesami bezwzględnych bandziorów, którzy nie wahali się zabić mu żony i córki. Taka strata zupełnie zmienia człowieka, który zadaje sobie pytanie dlaczego to Bóg nie sprzyja sprawiedliwym i uczciwym, tylko doświadcza ich w tak okrutny sposób. Czy można Go jeszcze kochać? Nie. Można go tylko nienawidzić. Ale to wciąż jakieś uczucie do Najwyższego. Zmieniło się jedno. Jericho przestał być policjantem, stał się za to ochroniarzem, który ochrania tego, kto mu płaci. I dobrze, jeśli płaci sporo. Dla Jericha nie ma już znaczenia czy ochrania dobrych, czy złych. Zerwał z ideałem sprawiedliwego policjanta. Pogrążony w swoim zaciemnionym mieszkaniu, gdzie na każdej półce stoi pudełko z antydepresantami i napoczęta butelka z piwem, spogląda na pistolet, jako na jedyny skuteczny sposób, by przerwać tą mękę. Słodka pokusa własnego końca, gdy już XX w. dobiega końca. No dalej naciśnij sput. Gdy nagle do drzwi puka jego dobry przyjaciel z pracy Bobby Chicago, czyli Kevin Pollak, który wcześniej z Tomem Cruisem sprawdzał pojęcie „Ludzi honoru”. To Bobby jeszcze trzyma w ryzach Cane’a i zleca mu kolejne zadanie, eskorty tajemniczego jegomościa z Wall Street, którym właśnie jest Szatan w ciele jakiegoś biznesmana. Pozornie łatwa eskorta kończy się strzelaniną. A co dziwne zamachowcem okazuje się być duchowny. Jaki miał w tym interes? Terminator powoli zaczyna rozumieć, że wkracza na delikatny grunt religii, w której jest mnóstwo zjawisk, o których nie śniło się nawet filozofom. Ksiądz chce zabić złego?
To początek dziwnego śledztwa,
które przypadło naszemu bohaterowi. No i cóż Arnie, padło na ciebie. To ty
będziesz musiał uratować Christinę York a także cały świat przed zakusami
Szatana. Gotów? Jeszcze chwila. Arni przeciera oczy i wrzuca do swojego
blendera resztki jedzenia leżące tu i tam. Chińskie jedzenie, kawałek pizzy,
piwo i może coś jeszcze. Zamykamy blender i robimy śniadanie. Bo śniadanie to
najważniejszy posiłek, zwłaszcza dla bohatera, który przez resztę filmu będzie
mało jadł a dużo się ruszał. To kultowa scena, pokazująca jak Schwarzenegger
przygotowuje swój probiotyczny shake breakfast. Zero Waste food.
Choć nigdy nie zachwycałem się filmami z Arnoldem Schwarzeneggerem, które wydawały się po prostu zbyt efekciarskie i śmieszne, to jednak w tym filmie, w reżyserii Petera Hyamsa jest coś, co mnie ujmuje. Na pierwszy ogień rzucają nam się w oczy efekty specjalne. Sceny z helikopterem, gdy Schwarzenegger wisi w powietrzu i ściga zamachowca, wybuchy w restauracji, czy rozpadający się na kawałki facet w metrze, jakby był z porcelany, czy wreszcie finałowa scena pojedynku w kościele, gdzie wkurzona bestia zieje ogniem, rozwala witraże i przewraca ławki, które jak kostki domino równo się przewracają. W rzeczywistości były one miniaturowym zestawem, pod którym kręciły się specjalne walce-gąsienice wprawiające ławki w ruch.
Wreszcie ten czarny humor gdy Pan Ciemności zderza się z chłopakiem na deskorolce i chwali jego bluzę z napisem „Satan rules”, po czym prowokuje wypadek i bezczelny skate zderza się z autobusem. Game over.
Poza tymi głośnymi efektami, które biją po oczach jest tu jednak sporo refleksji nad własną kondycją duchową. Świetna historia, gdzie upadły policjant, mający pretensje do Boga o stratę rodziny dostaje niejako szansę, by odkupić swoją duszę i zawalczyć z Szatanem o przyszłość tego świata. Jak można wygrać z Księciem Ciemności? Tak choćby jak zgorzkniały John Constantine, który z rakiem płuc i pewnym wyrokiem do piekła zmienił swoje przeznaczenie, gdy zdobył się na samopoświęcenie. Bezinteresowna ofiara dla dobra ludzkości jak przystało na bohatera każdej mitologii, cieszy Pana Niebios, który szerzej otwiera swoje bramy dla takich niespokojnych wojowników.
I stanie się koniec. Ale bez fajerwerków.
Koniec zawsze się dzieje, gdy popadamy w rozpacz, żal, gniew. Wtedy rzeczywiście nasz świat dobiega końca. Wtedy już nie ma miejsca dla Boga. Za to pustka i nicość coraz bardziej wypełniają nasze serca. Gadam jak kaznodzieja, prawda? Ale niejeden taki koniec świata przeżyłem i czekam czasem na taką wielką misję, gdy odkupię swoją duszę za puste lata.
Komentarze
Prześlij komentarz