UCIECZKA Z KINA WOLNOŚĆ

 


„Pragnę wystąpić tu jako sponsor, mecenas i animator kultury i od razu pragnę ostrzyc…” — Mówił tak Janusz Gajos w Opolu w roku 1991 podczas maratonu kabaretowego. Wszyscy wtedy śmiali się na widowni, choć pewnie najmniej śmiali się cenzorzy, których instytucja przechodziła w tym czasie mocny kryzys. Oczywiście, że cenzura nie umarła. Przeszła metamorfozę. Te odrapane mury w urzędzie zostały odświeżone. Odmalowano tu i tam, poprawiono makijaż i kamuflaż. Cenzura musi jakoś wyglądać i nie rzucać się tak w oczy. Nie wytnę ci tego. Nie jestem rzeźnikiem, ale po prostu powiedz to inaczej! „Nie traktor się zepsuł, tylko koło się zepsuło! Trzy koła są dobre. Przecież to to samo. Ale jak brzmi! Trzy dobre!” – przekonywał kabaret Tey dziesięć lat wcześniej przed występem Gajosa. 

Ci co strzygli, nigdy nie mieli łatwo. Jak tu ścinać równo te czupryny awangardy, ucinać w środku zdania te wolnomyślicielskie zapędy? Teraz rozumiem Golarza Filipa, który chciał uciąć temperament pana Kleksa. A jak na ironię Pan Kleks, czyli ostrzyżony już Piotr Fronczewski gra w filmie Marczewskiego, sekretarza Komitetu Centralnego, który ma swoje biuro bardzo wysoko, by móc oglądać ludzi podobnych do mrówek. Tym jest lud dla władzy, która chce go jak najskuteczniej urobić. Obok Fronczewskiego również pojawia się Henryk Bista, czyli Wielki Elektronik, również szanowny towarzysz.

Wszyscy są oni wielce zdumieni tym, co dzieje się w kinie, w Łodzi, ojczyźnie polskiej kinematografii. Oto na projekcji propagandowego filmu „Jutrzenka” aktorzy w filmie buntują się i przestają grać wedle scenariusza. Jak to możliwe? W teatrze, gdzie mamy do czynienia z żywymi aktorami, taki bunt mógłby mieć miejsce, ale tu w kinie, na projekcji filmu?! To jakieś czary… albo prowokacja! Utrwaleni na taśmie celulozowej aktorzy są w stanie wyrażać swój protest i znudzenie wobec formy artystycznej, w której ich zamknięto. Wyuczone dialogi ustępują miejsca bolesnej autorefleksji nad swoim zawodem i obecnymi czasami. A co dziwniejsze aktorzy ci mogą wchodzić w interakcję z widzem, jakby byli tu i teraz. Jak to wyjaśnić? 


Film to bardzo otwarte medium. Każdy nowy seans filmowy otwiera w naszej wyobraźni furtki do nieznanych krain. Jakiś szczegół, jakieś ujęcie. To, co kiedyś było sytuacją oglądaną na ekranie, mogło się nam w końcu przydarzyć. Wtedy też bohaterowie filmu stają się nam jeszcze bliżsi. Film to także ruchome puzzle, które można układać i zmieniać na wiele różnych sposobów. Dodajmy do tego jeszcze zdjęcia z prób, pomyłki, sceny alternatywne, które często powracają w luksusowych wydaniach DVD, wtedy mamy wrażenie, że oglądamy starą, znaną historię z innej perspektywy.

Ci dotąd stłumieni aktorzy, zmontowani w scenach zawsze wedle inwencji wszechmocnych cenzorów, przycięci do bólu tak, by nie urazić wrażliwej władzy, teraz tupią nogą i grają swoją sztukę dla sztuki, gdzie tak wiele miejsca jest na improwizację i interakcję z widzem – coś co zawsze przerażało władzę, która wolała czytać z kartki te swoje długie przemówienia i w razie czego tłumić występy ludu.

Siła kina, jego wolnościowy etos najsilniej rozbrzmiewał w tych najgorszych czasach komuny, gdy tak bardzo chciało się uciec od tej szarej rzeczywistości. Film był misterium, które przeżywało się na sali filmowej albo u kogoś na pożyczonym magnetowidzie. Nawet jeśli film był przycięty tu i tam, to przecież pozostawała wyobraźnia wygłodniałego widza, która w połączeniu z wyświetlanym dziełem tworzyła niezwykłą alchemię. Wtedy też prężnie działały liczne dyskusyjne kluby filmowe, gdzie wspólnie można było szukać różnych ciekawych interpretacji na temat obejrzanego filmu. Film zbliżał ludzi i przenosił do innego świata.


O tym, że kino jest portalem do innej, alternatywnej rzeczywistości traktuje film Quentina Tarantino „Bękarty wojny”, gdzie właśnie w kinie podczas seansu dochodzi do zamachu na Hitlera, a tym samym zmiany całej historii.

I tej zmiany boją się właśnie władze przedstawione u Marczewskiego. Cenzor Rabkiewicz już od dłuższego czasu czuje, że coś się kroi w powietrzu. Dobrze wie, gdzie jest prowokacja, a gdzie nieostrożna wypowiedź artystyczna. Słowa są jak klocki. Sam był kiedyś poetą i krytykiem literackim. Potem jednak poszedł z duchem czasu. To cenzura była największą przyjaciółką władzy, a z władzą trzeba trzymać, jak się chce żyć w miarę spokojnie. Jednak Rabkiewicz w tym swoim wycinaniu i skreślaniu usunął sporo cennego materiału. Może metafora rodziny była zbyt skomplikowana. Żona od niego odeszła, a córka się zbuntowała. Ach ciężkie to życie golarza, kosiarza. Ale coś za coś. Trzeba było walczyć o tą czystą formę, aż doznało się syndromu przeczyszczenia.

Pan Rabkiewicz ostatnio nie jest w formie w tej brudnej koszuli, poluzowanym krawacie, włosach w nieładzie i stępionymi nożycami nie tnie już jak kiedyś. Z jego marną kondycją kontrastuje młodzieńczy zapał jego asystenta, Wacława, w którego wciela się Zbigniew Zamachowski. Ten „młodszy, zabawny brat” ma jeszcze w sobie jakiś zapał i ostre nożyczki, chociaż czasem brak mu tego wyczucia i wrażliwości, które wyrobił sobie jego starszy Mistrz. Zabawne, że potem Janusz Gajos przemyci w walizce Zamachowskiego ku jego wolności („Biały”), a potem w Ameryce będą klepali starą polską biedę w „Szczęśliwego Nowego Jorku”. Wolność uderzy nas po gębie, lecz i tak nie zrozumiemy jak należy.

Stary cenzor ociera pot z czoła i łapie oddech. Znajome akcenty kina psychologicznego. Rabkiewicz czuje, że jego kres jako cenzora jest bliski. Nie ma siły lub już za wiele wyciął, że aż się wstydzi tego księżyca na niebie, który zagląda przez okno, by ukazać pana cenzora w innym świetle, jak zażywa proszki przeciwbólowe. Głowa pęka od tych wszystkich wyciętych scen i tekstów. Czyżby sumienie dręczyło wielkiego kosiarza? Przyjdą po ciebie drogi cenzorze ci wycięci, zapomnieni, stłamszeni, przyjdą tak bezczelnie wolni. To największy koszmar cenzora. Ale w końcu trzeba stanąć oko w oko z ekranem, który wyraża prawdę swego czasu.

Rabkiewicz widząc kolejny seans w kinie ze zbuntowanymi aktorami, zdaje sobie sprawę, że to zwierciadło jego stłumionych pragnień. Być tak wolnym jak oni. Jak to się stało, że to przeoczył?

Przecież mieszka obok tego kina już tyle lat, widzi go dobrze ze swojego balkonu, z kamienicy Scheiblera, widzi, jaki grają repertuar i ile ludzi przychodzi do kina. Ten film wyglądał zupełnie inaczej. Był taki modelowy, zatwierdzony. A teraz każdy tu gada, co chce i gada do publiczności. Rabkiewicz z wrażenia zapala papierosa, ale szybko zostaje pouczony przez jednego z bohaterów filmu, aby przestał palić. Co za słodka zemsta, gdy przycinany aktor może trochę przyciąć słabość cenzora. Przydałoby się napić, bo nie sposób wziąć tego na trzeźwo. Do wolności trzeba się znieczulić. I przy okazji wylądować w szpitalu psychiatrycznym na obserwacji. Tu podobnie jak w „Mistrzu i Małgorzacie” bohater zawieszony w innym świecie, w pozornej paranoi odnajdzie prawdę.

 

Ale wróćmy jeszcze do kina i sprawdźmy projektor, z którego emitowany jest ten dziwny film. Operator projektora przekłada taśmy. Może to jego sprawka. Jakiś sprytny montaż. Albo co. Drobny człowieczek w wielkich, grubych okularach, którego gra Artur Barciś, wcześniej tak bardzo tajemniczy w „Dekalogu” Kieślowskiego. Być może tutaj nie jest takim przypadkowym bohaterem, jakby się mogło zdawać. Ten operator przed projekcją filmu jak i w jej czasie, ćwiczy sobie angielski, jakby przygotowywał do jakiejś zmiany. Może ta angielska, amerykańska poetyka ma zmienić polskie kino i polską rzeczywistość? Nie przypadkowo potem Michał Bajor w roli krytyka filmowego założy na projektor kultowy film Woody’ego Allena „Purpurowa róża z Kairu”, który również opowiada o buncie postaci filmowych. Co ciekawe Marczewski przez chwilę nakłada oba filmy na siebie. Dzieje się to w momencie, gdy zdesperowany asystent cenzora Rabkiewicza, Wacław próbuje zatrzymać projektory. Gdy żaden z przycisków nie odpowiada na jego intencje, nieostrożnie wkłada on palce między metalowe kółka i się rani. Krople krwi przyozdabiają projektory. Ironicznie można stwierdzić, że młody cenzor składa swoją krew na ołtarzu sztuki. Na ekranie dzieje się rzecz niezwykła. Bohater, Gil Shepherd grany przez Jeffa Danielsa przechodzi do świata filmu „Jutrzenka” i pyta bohaterów, w jakim znalazł się filmie. Zupełnie jakby bohater jednej bajki przeskoczył do innej. Oczywiście w tych scenach konfrontacji bohaterów widzimy tylko zaciemnioną postać w charakterystycznym kapeluszu-safari, bo sam Daniels nie był na planie „Ucieczki z kina Wolność”. Marczewski miesza te dwa światy, jakby w ten sposób zapowiadał, że już niedługo osiągniemy tą naszą wolność złożoną z różnych poetyk, swobodę wypowiedzi (choć i tak w pewnym stopniu kontrolowaną) a może i będzie to jakiś dziwny, nieczytelny misz-masz, jakiego doświadczamy choćby w internecie?

Co za niezwykły seans, co za awangardowe dzieło. Krytyk grany przez Michała Bajora aż mierzwi włosy i coraz szerzej otwiera oczy z zachwytu. Wreszcie coś niebanalnego i zarazem zabawnego. Trzeba przyznać Marczewskiemu, że w tym spotkaniu komedii i fantastyki, przenikania się światów nie przytłacza on politycznym patosem, chociaż dobrze wiemy co między wierszami się kroi.

W filmie „Jutrzenka” pani Małgorzata (Teresa Marczewska, czyli żona Wojciecha Marczewskiego występująca często w jego filmach) odzyskuje wzrok po operacji przeprowadzonej przez jej męża (Krzysztof Wakuliński). Wreszcie przejrzała na oczy i jest szczęśliwa. Widzi biało-czerwone róże, potem psa i wreszcie łzy wzruszonego ojca, który jest cenionym pianistą, grającym Chopina. Strzela tu co chwila akcentami narodowo-wyzwoleńczymi. A może to my chcemy w tych pierwszych spojrzeniach bohaterki doszukiwać się głębszych sensów. W każdym razie pani Małgorzata przejrzała na oczy, a wraz z nią pozostali bohaterowie, którzy już nie chcą klepać znanego scenariusza, tylko chcą żyć własnym życiem.


Małgorzata jednak oprócz tego, że chce być niezależna na ekranie, chce wybawić swego Mistrza z fałszu, w jaki popadł przez te wszystkie lata. A Mistrzem tym okazuje się być Rabkiewicz. Choć obok pani Małgorzaty zobaczymy jej ojca, w którego wciela się Władysław Kowalski, który dwa lata wcześniej wcielił się w Mistrza w ekranizacji „Mistrza i Małgorzaty”. Ale Małgorzata chce od razu zobaczyć właśnie Rabkiewicza, który siedząc na pustej widowni, wciąż nie może uwierzyć, że rozmawia z aktorką z ekranu. Małgorzata pamięta go jeszcze z czasów, gdy bardziej udzielał się w kulturze, choćby jako członek komisji konkursowej, która przydzieliła Małgorzacie nagrodę dla najlepszej aktorki. Wtedy ta nagroda jej bardzo pomogła w karierze, teraz ona chce w jakiś sposób zbawić Rabkiewicza, nawrócić go, przeważyć szalę w tym wewnętrznym konflikcie, jaki przechodzi cenzor. 


Tymczasem niespokojna władza próbuje się jakoś naradzić i wybrnąć z tej niewygodnej sytuacji. Na początek trzeba ograniczyć projekcję filmu. To niepodobna, by ludzie oglądali ten film. Te tłumy pod kinem. Każdy chce się rozkoszować wolnością aktorów. Materia się zbuntowała, więc i za chwilę ludzie się zbuntują, pękną mury i koniec! Ale władza postanawia wykupić wszystkie seanse. Seans w pustym kinie to ciekawe doświadczenie, chociaż bardzo drogie. Jakieś czternaście milionów starych złotych. Ale co dalej?

Władza zarządza, by spalić kopie filmu. Z ekranu pani Małgorzata odpowiada prawie szeptem „bydlę”, a sekretarz KC (Fronczewski) próbuje protestować, ale w końcu się zgadza z tą opinią na swój temat. Tak, jest bydlakiem, ale wy drodzy aktorzy mogliście dać mu szansę, chociaż zapytać, czy możecie tak się zachowywać. On jest jak Piłat postawiony w trudnej sytuacji, próbuje zachować kontrolę, lecz nie jest przekonany do winy aktorów.

Lecz oto teraz Pan Cenzor, dotąd tak stłumiony, wreszcie zbiera się na odwagę i postanawia dołączyć do bohaterów filmu na znak solidarności z nimi. Cenzor nagle zmienia się w twórcę. Przechodzi przez ekran, a kamera sprytnie odwraca strony i po chwili Rabkiewicz już jest wraz z aktorami na ekranie. On nie pozwoli ich zniszczyć, a jeśli trzeba, to z nimi zginie. Może wybrał dobrze, a może źle. Może uległ iluzji. Prze chwilę jest pięknie, swobodnie. Czy to niebo? Ale już potem, gdy znajduje się z Małgorzatą i innymi aktorami na dachu kina, gdy przez chwilę czuje taką lekkość, jakby miał za chwilę ulecieć gdzieś ponad tą brudną Łodzią, spotyka tu także bohatera, Raskolnikowa (Jan Peszek), którego kiedyś wyciął z filmu. To była okrutna zbrodnia! Wyrzuty sumienia powracają. Cenzor powinien ponieść karę za ten występek! W tle słyszymy jak muzycy szarpią za struny. Napięcie wzrasta. Za muzykę odpowiedzialny był tu Zygmunt Konieczny, którego utwory usłyszymy również w „Prymasie” czy „Rozmowach z Katem”, w produkcjach również traktujących o ciężkich czasach, gdy szukało się wolności.

Zdezorientowany cenzor ucieka przed wzrokiem odrzuconych postaci, które każą go swoim obojętnym spojrzeniem. O patrzcie jak spada ze schodów. Szczur, tchórz, tarzający się w kurzu, rozpadającej się kamienicy. Wreszcie przerażony wychodzi z seansu. Oto upadek cenzora. Sprzedał siebie, a teraz nie ma już nic. Chyba nie można spaść już niżej. Można się tylko ukrywać. Niepozorny człowieczek, brudny, przestraszony, zawstydzony. Obcy w tej nowej rzeczywistości, gdzie wszyscy mu się przypatrują z zaciekawieniem. Cóż to za jakiś włóczęga z dawnego systemu? Wraca do siebie, znika w ciemnościach, zasuwa zasłony. Przez chwilę był w raju wolnej sztuki, a potem został z niego wygnany. Wstyd nie daje mu żyć. Ciekawe, czy Rabkiewicz znajdzie jakieś miejsce w tej nowej epoce, która ma nadejść wraz z 1990 rokiem. Może wróci na do twórczości, a może zamilknie na resztę życia.

I co przyniesie ta nowa epoka? Jakie filmy powstaną i jacy bohaterowie będą do nas krzyczeć z ekranu, przypominając nam o wolności? Pasikowski już zaciera ręce. A Marczewski zwalnia tempa, by dziesięć lat później, po filmie „Weiser” odpocząć od reżyserii.

Bo czy jeszcze jesteśmy gotowi na takie awangardowe, dziwne produkcje, czy już zupełnie stępiliśmy sobie przez ostatnie trzydzieści lat filmowe podniebienia podczas popkulturowej wyżerki?

Zresztą nieważne. Zawsze możemy wyjść, gdy nam się nie podoba, to co widzimy na ekranie. Lecz z seansu życia już trudniej się wyrwać, gdy doskwierają nam te same scenografie i utarte dialogi. Pozostaje tylko nieznośny wstyd przed innymi widzami.

 

 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOLNY DZIEŃ FERRISA BUELLERA - DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI ŻYCIA NASZEGO

I STANIE SIĘ KONIEC

DOBRANOC MAMUSIU. CZYLI JAK ODEJŚĆ NA WŁASNYCH WARUNKACH