ŚCIGANY, CZYLI OPOWIEŚĆ O WYTRWAŁOŚCI

 

 ŚCIGANY


Ten film ma wyjątkowe miejsce na moim regale wspomnień. Pamiętam, jak obejrzałem go pierwszy raz. Wracaliśmy wtedy z wycieczki szkolnej, a kierowca chcąc jakoś zająć rozwrzeszczaną młodzież puścił kasetę właśnie z tym filmem. Czemu akurat „Ścigany”? Morderstwo, ucieczka? Czy to niezbyt ostre? Nie mam pojęcia. Zresztą kierowca miał dość ograniczony repertuar, ale miło, że taki klasyk znalazł się w jego przytulnej kabince. Film naprawdę mnie wciągnął. Pamiętam, że jak oglądałem tą scenę z autobusem, który wypada z szosy, by za chwilę się zderzyć z pociągiem, to czułem dziwny niepokój. Przecież my też w tej chwili jechaliśmy autokarem. Niesamowite wrażenie. Tak to, taki film, po którym sięgam i dziś z wielką przyjemnością, by poczuć ten dreszczyk emocji. To takie kino, które nigdy ci się nie znudzi. Wszystko jest tam w idealnych proporcjach. Dwie godziny upłynęły w napięciu, a znudzony dotąd wzrok nastolatka zawieszony na przemijających widoczkach za oknem autobusu bacznie śledził dalsze poczynania głównego bohatera, aż w końcu zawitaliśmy na dworzec, by wraz z końcem seansu, zakończyć i naszą wycieczkę. Nawet jeśli wtedy odbieraliśmy ten film jako dobre sensacyjne kino, to jednak między wierszami płynęła z niego cenna lekcja o sztuce wytrwałości i nie poddawaniu się.

To nie pierwszy raz, gdy Harrison Ford wciela się w lekarza, który na własną rękę szuka sprawiedliwości. W filmie „Frantic” szukał zaginionej żony. Teraz musi znaleźć zabójcę swojej żony, bo jak na razie on jest głównym podejrzanym, osądzonym i skazanym. Ma już doświadczenie, bo ścigał androidy, uciekał przed myśliwcami Imperium, hitlerowcami jako Indiana Jones, czy w ogóle przed toksyczną cywilizacją w „Wybrzeżu moskitów”. Potem będzie jeszcze prezydentem, który walczy z terrorystami na pokładzie samolotu. Całkiem niezłe doświadczenie, by zawsze wyjść z opresji.

Co ciekawe oprócz Harrison Forda, do roli doktora Kimble’ a bardzo poważnie rozważano kandydaturę Nicka Noltego, Aleca Baldwina, Kevina Costnera czy Michaela Douglasa.

Doktora Richarda Kimble’a, cenionego chirurga poznajemy właśnie jako głównego podejrzanego w sprawie zabójstwa jego własnej żony. Nie ma to jak przedstawić bohatera w chwili życiowego wstrząsu. Nie ma śladów włamań, nic też nie zginęło z tego pięknego domu z okazałymi schodami, prowadzącymi na piętro z sypialnią, gdzie rozegrała się cała tragedia. Ktoś miał klucze do domu, ktoś dobrze znał doktora. Może on sam to upozorował? Tylko co chciał zyskać? Odszkodowanie po śmierci bogatej żony? Sam jest cenionym chirurgiem, który zarabia niezłe pieniądze. Ktoś chciał mu zaszkodzić? Trudno powiedzieć. Doktor Kimble sprawia wrażenie raczej sympatycznego faceta z dystansem do siebie i całego środowiska. Ma mnóstwo znajomych i równie wdzięcznych pacjentów zawałowców, którzy zyskali dzięki niemu nowe życie. Ale jeśli działasz w branży medycznej i farmaceutycznej, gdy zależy od ciebie, czy jakaś próbka medyczna może zdecydować o sukcesie rewolucyjnego leku na miażdżycę, to lepiej, żebyś działał na korzyść firmy farmaceutycznej, aniżeli jej szkodził swoją uczciwością. Kimble niestety nie jest krętaczem i jeśli uzna, że coś jest nie w porządku, to będzie starał się to wykazać. Sam zresztą operował wielu pacjentów, którzy testowali rewolucyjne leki. Koniec końców, to chirurg musiał załatwiać brudną robotę za koncerny farmaceutyczne, obiecujące wielką poprawę. A może Kimble i podobni mu chirurdzy nie mogą znieść perspektywy, że ich szlachetny zawód może stracić na prestiżu, gdy jakiś rewolucyjny lek rozwiąże zdrowotne problemy milionów ludzi? Czy doktor ze swoją uczciwością jest komuś nie po drodze? Te i wiele innych wątpliwości sam zainteresowany jak i śledczy będą starali się rozwiązać, interpretując to wydarzenie na wiele różnych sposobów.

Żona doktora leży martwa w sypialni, a jej ostatnie słowa nagrane podczas zgłoszenia na policję włamania świadczą, że napastnik o imieniu Richard chce ją zabić. Ale kogo tak naprawdę miała na myśli umierająca kobieta? Prokurator wmówi ławie przysięgłych, że oczywiście głos zmarłej jasno wskazuje na męża pani Kimble. Ale być może to ona wzywała na pomoc Richarda, a napastnik wciąż był w pobliżu?

Jeszcze wcześniej doktor Kimble i jego piękna żona bawili na balu dobroczynnym szpitala. Wszyscy w pięknych strojach wieczorowych, lśniące suknie, smokingi, wszyscy się uśmiechali, popijali szampana. Potem doktor został wezwany do nagłego przypadku. I jak zwykle świetnie sobie poradził.

Kiedy Kimble wrócił do domu, zastał w nim intruza. Jednorękiego bandytę. Ale nie mowa tu o automacie do gier i nie chodzi też o kochanka żony. Richard widząc zakrwawioną i nieprzytomną Helen próbuje ją reanimować, a jednocześnie chce złapać mordercę, który w końcu mu się wymyka. Zdaniem doktora intruz miał protezę ręki, co może być sporą wskazówką w poszukiwaniach mordercy. To chyba musiało przerazić doktora, gdy podczas szamotaniny wyrwał nagle nieznajomemu ramię. Ale nawet jeśli to był kaleka, to jednak dość sprytny, by w końcu uciec i zostawić doktora z nieprzytomną żoną, czekających na karetkę i policję. Policję dość leniwą, by z braku innych dowodów uznać roztrzęsionego Kimble’a jako głównego podejrzanego i wreszcie doprowadzić go przed sąd i skazać za zabójstwo żony. Szybko i bez zbędnych pytań. Detektyw Kelly jak inni policjanci idą tu na łatwiznę. Byleby sprawa się zamknęła. Po co ceniony chirurg z wysoką pensją miałby zabijać żonę, z którą podobno był tak bardzo szczęśliwy? Czy ona odkryła jakiś niewygodny szczegół, czy mu zawadzała? Czy rzeczywiście chodziło o wysokie odszkodowanie? Nieważne, grunt, że dzielna policja złapała mordercę, wypełniła kartoteki i wydała opinii publicznej odpowiedniego kandydata na mordercę.

 

„Sugerujecie, że to ja zabiłem swoją żoną. Że zastrzeliłem ją, a potem rozbiłem jej czaszkę! Jak śmiecie!” (Uwielbiam ekspresję Harrsiona Forda w tej scenie przesłuchania”)

 

Zimny ton sędziego i uderzenie młotka. Wyrok zapadł.

Od tej chwili wszystko się zmienia dla cenionego doktora, który był niemal na szczycie drabiny społecznej, a teraz spada do roli mordercy z wyrokiem śmierci. Rok później podobną historię zobaczymy w „Skazanych na Shawshank”, gdzie to młody bankier padnie ofiarą niefortunnego zbiegu okoliczności, tyle że on będzie musiał odsiedzieć ponad osiemnaście lat w najgorszym więzieniu, przetrwać w nim i wreszcie uciec.

Doktor Richard Kimble ma więcej szczęścia, bo jako świeżo upieczony więzień w porę ucieknie z konwoju, transportującego skazańców z najcięższymi wyrokami do ich ostatniego przystanku, miejsca egzekucji. Nikt nie docenił pomysłowości więźniów, którzy potrafią robić niezłe zamieszanie nawet w autobusie (ten gość z pianą w ustach to mistrz drugiego planu), a jeszcze gdy dodamy do tego deszczową pogodę, naprawdę łatwo zboczyć z szosy. Ta scena, gdy autobus koziołkuje ze wzgórza a potem zderza się z nadjeżdżającym pociągiem to bez wątpienia najbardziej efektowne momenty w całym filmie. Myślałem, że większość scen była kręcona tu z użyciem małych modeli, ale jednak okazuje się, że ekipa użyła tu pojazdów w normalnej skali, a ich konfrontację śledziło kilkanaście kamer ustawionych w różnych punkach i kątach. Po planie zdjęciowym pozostały wraki tych pojazdów jako lokalna atrakcja w Sylva, w Północnej Karolinie na szlaku Great Smoky Mountains Railroad. Zardzewiałe, wyprute z wnętrzności zachwycają i straszą, jak fragmenty scenografii w studiu/parku rozrywki Universal, przypominając o jednej z najbardziej efektownych scen w kinematografii. Ale oczywiście najbardziej niezwykłe (i zarazem typowe) jest to, że naszemu głównemu bohaterowi udaje się wybrnąć z tej niezłej jatki.

To kolejny przełomowy moment dla bohatera, który dotąd czuł, że jest na przegranej pozycji. Teraz nagle zyskuje wolność, chociaż i tak musi nieustannie się ukrywać, przemykać jak duch, czując ciągłe dreszcze i niepokój. Ale cała ta tragedia z pociągiem jednak po coś się stała. Ktoś nad nim czuwał. Może jego żona? Richard żyjesz po to, aby udowodnić swoją niewinność. Ranny, brudny i z tą obfitą brodą wygląda jak włóczęga, ale już po chwili w miejscowym szpitalu jest nie poznania. Ogolony, wyczesany, z opatrzoną raną, w świeżym ubraniu (pożyczonym od śpiącego pacjenta) idzie sobie korytarzem z kubkiem kawy i kanapką. Ta pyszna kanapka z jajecznicą, którą Kimble wyjada śpiącemu pacjentowi, wyzwala we mnie wilczy apetyt. A po śniadanku facet idzie sobie korytarzem, jakby nigdy nie był więźniem skazanym na śmierć i nie był ofiarą tego strasznego wypadku. Kimble jest sprytny, sprytniejszy niż wszyscy policjanci. Nie na darmo jest wybitnym chirurgiem, który nawet w najbardziej niesprzyjających dla siebie warunkach, potrafi się odnaleźć jak ryba w wodzie. Ale czy uda mu się wywieść w pole Samuela Gerarda, zastępcę szeryfa generalnego?


Ten film to jeden z nielicznych przykładów mocnej konfrontacji (w stylu „Moby Dicka”) między bardzo upartymi bohaterami: policjantem i ściganym, co potem także zobaczymy w filmie „Gorączka” Michaela Manna, choć tam historia dotyczy wytrwałego porucznika policji i zorganizowanej grupy przestępczej, której przewodzi sprytny włamywacz. Zarówno porucznik jak i przestępca nie zamierzają odpuścić w swoich działaniach.

Nie na darmo Juliusz Machulski w scenariuszu do swego kultowego „Kilera” włożył w usta komendanta policji (Jana Machulskiego, który wcześniej grał komendanta w „Psach”) słowa o tym, aby komisarz Ryba miał być jak Tommy Lee Jones w „Ściganym”. Sammuel Gerard to esencja wytrwałości. Kapitan Ahab, chcący za wszelką dorwać wieloryba. Oprócz Tommy’ego Lee Jonesa, producenci rozważali do roli Gerarda kandydaturę Jona Voighta i Gene’a Hackamana. Ale to w twarzy Jonesa rysuje się ta ironia i zaciekłość. A poza tym kto mógłby ścigać Indianę Jonesa jeśli nie kolejny Jones? W efekcie Tommy Lee Jones został nagrodzony Oscarem za ten występ. To ciekawe jak historia filmowa zatacza koło. W 1976 roku Lee Jones zagrał w filmie „Jackson County Jail” ściganego przez policję, a nawet pewna część pościgu odbywała się właśnie w Dzień Świętego Patryka. A parada na cześć tego świętego posłuży również za tło pościgu za Richardem Kimblem, który ostatecznie schowa się w tłumie, podczas gdy policjanci wyjdą na durni.

Gerard to uparty śledczy, który nie boi się mówić „tak”, gdy wszyscy mówią „nie”. To niemożliwe, Kimble nie żyje, zginął podczas tego zderzenia autobusu z pociągiem, musiał zginąć po tym desperackim skoku do wody. Nie żyje? To szybciej go złapiemy. On nie żyje, pewnie ryby już go zjadły. To złapcie te ryby, które go zjadły. Szaleństwo, absurd. Ale w tym jest metoda. No dalej, ruszajcie się. Każda psia buda, wychodek, schowek, rudera! Znajdziemy naszego łapiducha!

 

Ciągle skoncentrowany na doktorze, uparcie przewija taśmę z jego głosem, szukając miejsca, gdzie może znajdować się zbieg. Dźwięk dzwonu w tle na stacji metra jest jednocześnie dzwonkiem oświecenia w umyśle Gerarda. Przewiń jeszcze raz i jeszcze raz. To się nazywa wytrwałość.

I rzecz jasna Gerard ma zawsze rację. Wielki pies nigdy się nie myli. Miał dobre przeczucia co do Richarda, który jest równie wytrwały jak śledczy. Trafiła kosa na kamień, co oczywiście dla widzów wróży tylko wyśmienity pojedynek.

Kimble jest w trudnej sytuacji, jest tym, który jest ścigany i sam również szuka uparcie mordercy swojej żony. Natomiast Gerard i jego ekipa mają tylko schwytać Kimble’ a, ślepo za nim podążają i nie obchodzi ich, czy jest on winny czy nie. Sam Gerard oświadcza Kimblowi podczas konfrontacji z nim kanale: „nic mnie to nie obchodzi”. Mają go dostarczyć z powrotem za kratki albo zabić. To taka „ślepa wytrwałość” podążanie za oczywistością.

Ale z czasem po wielu nieudanych próbach złapania doktora, śledczy zaczynają doceniać jego upór i dostrzegać to, że ten uciekający facet chce im coś powiedzieć, chce udowodnić swoją niewinność. Zostawia im tropy, wskazówki. To co było tak oczywiste na pierwszy rzut oka, teraz wydaje się mieć drugie dno.

Gerard to skuteczny śledczy, ale także idealny szef, dbający o każdego członka swojej ekipy, co już widzimy w pierwszych scenach, gdy zwraca uwagę koleżance by nosiła cieplejszą kurtkę i porządne buty zamiast szpilek. Potrafi spiąć swoją grupę w ryzach, wyrzuca polecenia jak z karabinu, a gdy nowicjusz Newman jest pogrążony w myślach, to i dla niego znajdzie się zadanie:

 

„ — Newman, co robisz?

 — Myślę.

 — To wymyśl mi kawę i pączka z posypką!

 

A gdy trzeba, Gerard nie zawaha się uratować swojego młodszego kolegi przed bandziorem, co dobrze widać w scenie ujęcia Copelanda, drugiego ze zbiegów z autobusu. Tu zresztą twórcy filmu dość sprytnie prowadzą narrację. Najpierw widzimy samotnie podążającego wzdłuż autostrady Kimble’a, który właśnie sobie pofarbował włosy na czarny kolor. Ogolony, bez siwizny nie przypomina już doktora Kimble’a. Teraz wygląda młodziej, ale w jego oczach wciąż odbija się niepewność, co będzie dalej. Idzie wzdłuż autostrady jak rozbitek społeczny, aż nagle jakaś nieznajoma, ładna kobieta proponuje mu podwiezienie do miasta. Robi się ciekawie. Czy to początek jakiejś głębszej znajomości? Potem odwiedzamy biuro Gerarda i jego współpracowników, którzy właśnie oznajmiają radośnie, że namierzyli jednego ze zbiegów, który „zadekował się u jakiejś cizi”. Więc jednak namierzyli Kimble’a?!

W następnej scenie widzimy, jak nasi sprytni śledczy używają umiejętnie sztuki kamuflażu. Przebrani za pijaków (udawaj pijanego!), monterów, roznosicieli gazet, serwisantów, zwykłych szaraczków, powoli zbliżają się do miejsca, gdzie ukrywa się zbieg pod ciepłą kołderką wraz z nowopoznaną panią. Wyważają drzwi do domu. Do końca myślimy, że to chodzi o Kimble’ a, a tu niespodzianka. Przypominamy sobie o olbrzymim Copelandzie, który nie zamierza się poddać tak łatwo i bierze za zakładnika nowicjusza Newmana.

 

Pif, paf!

 

Jednego mniej. Gerard wie, kiedy strzelić. Ale bardziej od głośnego wystrzału, irytujący jest krzyk panienki, która nadal nie rozumie, co się stało. Co ci dziwni ludzie w różnych przebraniach zrobili w jej domu? Ta strzelanina! Co to wszystko znaczy!

 

„Zamknij się” — mówi zmęczony Gerard i wychodzi, czując, że znów sytuacja wymknęła mu się spod kontroli. Ale jego ludzie z zespołu są dla niego najważniejsi. Nie zawaha się ich bronić i strzelić do zbira.

Kolejna sprawa to ta świetna chemia, jaka panuje w zespole Gerarda. To grupa zwyczajnych ludzi, a nie jakiś superbohaterów, czy malkontentów, indywidualistów z kryminałów. Oni po prostu robią swoje. A scenarzyści inteligentnie pokazują nam te momenty i kwestie, gdzie dana sytuacja czy wypowiedź idealnie odbija charakter danej postaci. Zabawne, ironiczne dialogi to bez wątpienia jeden z największych atutów tego filmu. Tylko posłuchajmy tych kwestii wymienianych między Cosmo (rewelacyjny Joe Pantoliano) a szefem.

 

„Skoczył z tego miejsca jak Piotruś Pan” (Gerard o niezwykłym skoku Kimble’ a do wody)

 

„ — Chirurg naczyniowy? Kto to taki.

 — Ktoś, kto zarabia więcej od ciebie”

 

„ — Sammy, w następnym życiu chce być taki jak ty.

 — Radosny i przystojny?”

 

„Co za bajzel!”

 

„ — Poole miałaś się ubrać ciepło

 — Nie noś szpilek

 — Zapnij się

 — Czemu jej matkujemy?

 — Bo ona nas kocha.”

 

„ — Co to znaczy kit? Kit nic nie znaczy. Nie używaj przy mnie słów, które nic nie znaczą

 — A co powiesz na gówno?„

 

„Zawsze fascynuje mnie widok kajdanek bez więźnia”

 

Potencjał tego zgranego i zarazem zabawnego zespołu został jeszcze raz wykorzystany pięć lat później, w filmie „Wydział Pościgowy” (podobnie jak w „Ściganym” wyprodukowanym przez Arnolda Koppelsona), gdzie trochę bliżej przyglądamy się członkom wydziału, prowadzonego przez charyzmatycznego Samuela Gerarda. Są tu prawie wszyscy bohaterowie z pierwszej części: Cosmo, Biggs, Henry, Newman, za to Polle gdzieś zniknęła. Jest za to Cooper. Tym razem to Wesley Snipes będzie tym nowym ściganym, który w ostatniej chwili okaże się kimś innym, a pewien nadgorliwy agent okaże się jeszcze gorszy niż przypuszczano. To tak w skrócie.

Ale wróćmy do „Ściganego” i pozostałych, niesławnych bohaterów, którzy dopełniają amerykańskiego kolorytu i różnorodności. Znalazło się tu miejsce zarówno dla nierozgarniętych Latynosów, którzy zostawiają w łaźni swoje identyfikatory na wyciągnięcie ręki. Dzięki czemu sprytny Kimble’a po paru zabiegach z taśmą i swoim zdjęciem, sam stanie się pracownikiem szpitala, mającym dostęp do bazy danych pacjentów z protezami ręki. I miejsce znalazło się również dla Polaków, niestety pokazanych tutaj podobnie jak w filmie „Szczęśliwego Nowego Jorku”, jako drobnych cwaniaczków, wynajmujących pokoje na czarno, klepiących zwyczajną bidę w rozpadającym się domu. Chociaż przynajmniej nasza rodaczka (w tej roli Monika Chabrowska) udostępniając pokój w suterenie, pomogła Ściganemu.

 


 

 „ — Co myślisz? Ja myślę, że mu się spodoba. Ju lajk dy plejs. It’s okej wif juuuu?

 — It’s perfect”.

 

Oczywiście, że perfect. Pokój w suterenie, w nieciekawej dzielnicy sennego, szarego Chicago, miejscu zapomnianym przez amerykański sen i mokrych włamywaczy z Kevina. Ale i nie perfect, gdy się okaże, że syn naszej przedsiębiorczej rodaczki, wynajmującej na czarno pokoje, trudzi się narkotykową dilerką. Co za magnes na policjantów, którzy z chęcią odwiedzą podejrzanego w jego domu. Ale gdy tylko się dowiedzą, że mieszka u niego poszukiwany morderca, ozłocą chłopaka wielką kanapką i zapomną o jego grzechach. Trzeba przyznać, że gra aktorska w tych polskich akcentach wypada dość drętwo. Zarówno Chabrowska jak i obojętny, senny Lonnie Sima w roli jej syna to najsłabsze ogniwa obsady. Ale może to był celowy zabieg Andrew Davisa, z wykształcenia dziennikarza, który swoją karierę reżyserską zaczynał od reportaży. Gdy wchodzimy wraz bohaterami do obskurnej sutereny urządzonej przypadkowymi elementami i słyszymy mowę Chabrowskiej, czujemy się tak, jakbyśmy rzeczywiście oglądali dokument z życia Polaków na obczyźnie, którzy właśnie przyjmują pod swój skromny dach Amerykanina z podejrzaną przeszłością. Ta poetyka dokumentu udziela się także w pierwszych sekwencjach, gdy widzimy rekonstrukcję wydarzeń z tej feralnej nocy, gdy ginie Helen Kimble. Dźwięk migawki aparatu fotograficznego. Technicy badający każdy fragment i rekonstruują wydarzenia, wprowadzając widza w zastaną sytuację.

Kimble jednak nie poczuł się w tym polskim domu jak u siebie, skoro właściciele są na bakier z prawem, to raczej spokoju tam nie odnajdzie. Rusza dalej w drogę. W końcu jest ściganym. Zastanawiające jest to, skąd w ogóle nasz bohater ma pieniądze, by chociaż wieść skromny żywot szaraczka, zawsze ogolonego, czystego i w miarę dobrze ubranego, który ma czas na poszukiwania mordercy. Od ostatniego spotkania z hojnym i miłosiernym doktorem Nicholsem, jego drogim przyjacielem minęło trochę czasu. Doktor Nichols to równy gość. Śpiesząc w dresie na partię tenisa już wyciąga z kieszeni parę dolarów, by obdarować nimi hotelowego chłopca, który mu odprowadził samochód. Nicholsowi wiedzie się dobrze, bo oprócz bycia lekarzem działa także w koncernie farmaceutycznym i szykuje rewolucyjny lek, na którym cały koncern zarobi miliardy. Nic dziwnego, że gdy tylko spotyka Kimble’a na parkingu również ratuje go „paroma dolcami” i być może tą dostawę gotówki zapewni Richardowi na dłużej. Doktor Nichols to prawdziwy przyjaciel. Oj tak, ale coś mi chrzęści w tym zdaniu. Jeroen Krabbé wcielający się w tą postać grał zarówno oddanego przyjaciela Beethovena w „Wiecznej miłości” jak i samego szatana w filmie „Jezus”. Doktor Nichols to właśnie taka niebezpieczna mieszanka podstępnego przyjaciela, jak się potem przekonamy, który dla koncernu farmaceutycznego zrobi naprawdę wiele, złamie nawet przysięgę Hippokratesa. Niezwykły lek jak Provasic z potencjałem na miliardowe zyski, jest wart każdego życia. Co dopiero pod koniec filmu Kimble wreszcie zrozumie.

Oczywiście, czymże byłyby rozterki Richarda Kimble’a bez Muzyki Jamesa Newtona Howarda, który umiejętnie łączy elektroniczne instrumenty z klasycznymi. Tu zwłaszcza na prowadzenie wysuwa się ścieżka „Kimble dyes his hair”, najpierw powolna ze smyczkami i klarnetem, oddającym trud drogi i zagubienie głównego bohatera, który musi się jakoś odnaleźć w nowej sytuacji zbiega, a potem nerwowe klawisze i akcenty na perkusji, obrazujące przygotowanie planu Richarda i wysiłki ekipy śledczych Gerarda, węszących tu i tam. A na końcu ten piękny, wibrujący saksofon sopranowy, oddający przestrzeń wielkiego miasta, w którym gdzieś tam ukrywa się Richard, zdobywając kolejne fragmenty układanki

No i wreszcie „oklapły” bass, obrazujący senność bohatera, gdy przysypia on nad szpitalnymi kartotekami, dotyczącymi protezy przedramienia, którą mógł nosić właśnie morderca.

Trzydzieści lat już mija od tego klasyka. Świetne kino akcji trzymające w napięciu do ostatnich minut. To oczywiście nie oryginalna produkcja a bardzo zgrabny i dynamiczny remake serialu z lat sześćdziesiątych, a z kolei cała tragiczna historia doktora Kimble’a została oparta na życiu Sama Shepparda, który został niesłusznie oskarżony o zabicie swojej żony. Jednak jemu nie udało się uciec z więzienia, tylko przesiedział w nim dwanaście lat, by dopiero w 1966 roku zostać oczyszczonym z zarzutów.

Uparty doktor Richard Kimble to doskonały przykład na to, że czasem trzeba stracić wszystko, by przejrzeć na oczy fałsz swego środowiska i niejako narodzić się na nowo. Kimble jeszcze parę miesięcy wcześniej pewnie nawet nie myślał, że będzie zaliczany do grona najgroźniejszych morderców, że przeżyje kolizję autobusu i skok na głęboką wodę (to już trochę naciągane, ale emocje są), że będzie uciekinierem przemierzającym najbardziej podejrzane miejskie zaułki i wcieli się w rolę detektywa, by uparcie będzie ścigać mordercę swej żony, tak jak jego ścigają.

A zakończmy to takim oto frazesem: wszyscy ścigamy i wszyscy przed czymś uciekamy. Ale najbardziej przerażające i ciekawe jest to spotkanie, gdy spotykamy się w połowie drogi i zastanawiamy się, czy naprawdę ścigamy to, co chcieliśmy i czy uciekamy przed tym, czego naprawdę się baliśmy.

 

Mimo wszystko cudownie było być upartym i wytrwałym w tym pościgu.

 

 

 


 




Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOLNY DZIEŃ FERRISA BUELLERA - DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI ŻYCIA NASZEGO

I STANIE SIĘ KONIEC

DOBRANOC MAMUSIU. CZYLI JAK ODEJŚĆ NA WŁASNYCH WARUNKACH