ROZMOWY Z KATEM

 

 


Cela więzienna, dwaj bohaterowie, pochodzący z dwóch różnych środowisk. Nie, to nie jest początek historii w stylu „Hrabiego Monte Christo” czy „Skazanych na Shawshank”, ale trzeba przyznać, że życie pisze niezwykłe scenariusze.

Czy to specyficzne poczucie humoru władz więzienia, czy może szyderczy zbieg okoliczności zdecydowały, że właśnie Kazimierz Moczarski, dowódca AK zasiadł w jednej celi z Jürgenem Stroopem niemieckim generałem dywizji, likwidatorem getta Warszawskiego. Ale tak naprawdę chodziło o to, aby złamać Moczarskiego, dając mu za współlokatora jednego z największych zbrodniarzy niemieckich. Był rok 1949, kiedy poznali się w tej ponurej celi, choć już wcześniej „na polach walki” w jakimś stopniu się konfrontowali.

To właśnie Kazimierz Moczarski, żołnierz z przeciwnej barykady przyjął w tej kuriozalnej sytuacji rolę spowiednika dla swojego bądź co bądź wygadanego wroga.

Ale w więzieniu, w jednej celi nie ma sensu dzielić się na wrogów, na lepszych, gorszych (chociaż generał Stroop dostaje podwójną porcję obiadową). Tu jednym wrogiem jest krata, jedynym marzeniem — wolność, a jedynym wyzwoleniem — prawda. Ta prawda będzie powoli się odsłaniała w kolejnych rozmowach między Moczarskim a Stroopem, którego nazwisko dziwnie koresponduje z polskim „Strupem”. Ten zerwany zostanie jeszcze raz, by ukazać historię. Jako że to bolesny proces ścierania się dwóch sił, dla równowagi w celi był jeszcze trzeci więzień, niemiecki policjant — Gustaw Schielke. Pomyślelibyśmy: dwóch Niemców na jednego Polaka? Niedobrze. A jednak Schielke bardziej niż Stroop rozumie swoją beznadziejną sytuację i to, że Niemcy dały się omotać idei Hitlera. Niejednokrotnie podczas wymiany argumentów między Moczarskim a Stroopem, Schielke będzie stawał po stronie Polaka.

Dopiero dwadzieścia pięć lat później Moczarski opublikuje swoje świadectwo (okrojone przez cenzurę) praktycznie rok przed swoją śmiercią. Pełne wydanie „Rozmów z katem” ujrzało światło dzienne w 1992 roku.

W dwa lata po śmierci Moczarskiego, w 1977 roku Andrzej Wajda postanowił zrealizować teatralną adaptację „Rozmów z katem” w Teatrze Powszechnym w Warszawie. W sztuce zagrali Zygmunt Hubner (Moczarski), Stanisław Zaczyk w roli Stroopa i Kazimierz Kaczor jako Schielke.

W końcu w Teatrze Telewizji Maciej Englert zrealizował w 2006 roku swoją wersję, gdzie zagrali Piotr Fronczewski w roli Stroopa, Andrzej Zieliński jako Kazimierz Moczarski i Sławomir Orzechowski w roli policjanta Schielkego. Co tu dużo mówić. Nie wyobrażam sobie innych aktorów do tych ról. Fronczewski, którego kojarzymy z Frankiem Kimono, Panem Kleksem czy zgryźliwym Jackiem Kwiatkowski z „Rodziny zastępczej” teraz staje się zimnym zbrodniarzem wojennym. Co za kameleon. To ciekawe, ale Piotr Fronczewski i Sławomir Orzechowski już kiedyś spotkali się w więzieniu na planie filmu „Musisz żyć”, gdzie Orzechowski grał właśnie (polskiego) policjanta, a Fronczewski ojca chłopaka uzależnionego od narkotyków.

Tu w „Rozmowach z katem” Fronczewski wciela się w człowieka bardzo uzależnionego od Idei nazizmu i władzy. Jurgen Stroop w jego wydaniu to prawdziwy służbista i narkoman hitleryzmu. Moczarski, podobnie jak potem Erich Fromm w swojej „Anatomii ludzkiej destrukcyjności” (wydanej w 1974) stara się zrozumieć to ślepe posłuszeństwo zbrodniczej idei. Fromm w swojej książce analizował między innymi życie Adolfa Hitlera czy Heinricha Himmlera, którego atencją tak chlubił się w swoich opowieściach Stroop. To co zawsze zdumiewa w życiorysach licznych katów z obozów koncentracyjnych to ich dwojaka natura, oddanie rodzinie i oddanie idei. Stroop powtarza uparcie „wierność, wierność i jeszcze raz wierność”. A gdy dowiaduje się, że jego koledzy z celi przemycają papierosy, czuje się w obowiązku poinformować oddziałowego o tym procederze. Bo respektuje on każdą władzę, która jest nad nim. Teraz jako więzień musi uszanować władzę polską. Trochę stopuje ze swoją nadgorliwością, gdy Moczarski uprzejmie go ostrzega, że w celi są różne ostre przedmioty, które mogą być wykorzystane, by przyciąć zbyt długi język generała (cóż za eufemizm). Ostatecznie Stroop też korzysta z przemyconych papierosów. A poza tym w zachowaniu generała aż razi w oczy ta niemiecka obsesja czystości. Czysta rasa i higiena. Ta nadgorliwość, sztywność, staranność wypowiedzi, pedanteria, rytualne czyszczenie binokla, obsesyjne czyszczenie zębów i butów, składanie spodni w kant, toaleta i to utyskiwanie na brak papieru toaletowego. No i jeszcze ćwiczenia fizyczne. Trzeba dbać o formę w każdym miejscu tak jak to robili choćby Spartanie. To wszystko idealnie podkreśla obraz dokładnego, zdyscyplinowanego Niemca oddanego idei. Zresztą nie ma się co dziwić, skoro Stroop był synem szefa policji. Od dziecka wpajano mu tą posłuszność wobec księcia a potem Wielkiego Wodza. Taki ktoś mógł się odnaleźć tylko w wojsku, a ściślej mówiąc na wojnie. Taki ktoś ma wysokie mniemanie o sobie. Szczyci się tym, kim jest. Mimo, że nie ma na sobie tego wspaniałego munduru. Ale co tam.

Od razu widać, jaka wyższość i witalność bije do Stroopa. Już na okładce filmowego wydania „Rozmów…” widzimy, jak Stroop unosi palec wskazujący, jakby pouczał Moczarskiego. W pewnym sensie swoją opowieścią poucza, jak można się zgubić w tej wojnie. Lecz on sam nie chce jednak zrozumieć swojej moralnej klęski, tego że partii hitlerowców już nie ma. Brnie dalej w swoje opowieści pełne imponujących wyczynów, które budzą grozę, a jego samego zadowalają, że dał z siebie wszystko.

Przechwala się tężyzną fizyczną i wspomina swoją inicjację seksualną z pewną Rumunką. Na pytanie Moczarskiego, czy po wszystkim odprowadził kobietę do jej domu, zdziwiony Stroop odpowiada, że nie odprowadził. Obojętny, zimny, czasem cyniczny. Siedzi z założonymi rękami, gdy Moczarskiego biorą dreszcze. Tylko miłosierny Schielke zmienia mu kompresy, bo o prawdziwym lekarzu można zapomnieć, gdy ma się status Moczarskiego. Mogłoby się wydawać, że jeśli Stroop tak chętnie dzieli swoimi faktami z życia, to równie chętnie podzieli się jedzeniem z paczki, którą dostał od swojej ukochanej córki, Renaty, a jednak wzbija się na wyżyny egoizmu i wszystko zostawia dla siebie, bo jak twierdzi, są to święte podarunki od jego córki i nie można ich dzielić. Zniesmaczeni tą sytuacją Moczarski i Schielke wracają do mycia podłogi, a Stroop znów chętnie podejmuje kolejne wątki ze swej niezwykłej biografii.

Gdy generał wspomina o swojej wielkiej, a zarazem niewinnej miłości do Polki, Lony, pięknej, mądrej, kobiecej, wyznaje, że nie ożenił się z nią, bo przez takie mieszane małżeństwo nie wstąpiłby do NSDAP. Cóż to by była za strata w jego biografii, a może wielkie błogosławieństwo. Chwila ciszy. Po czym Stroop dodaje z zadowoleniem, iż dobrze zrobił, iż nie popełnił tego błędu, że nie ożenił się z Loną. Wtedy to słychać w tle uderzenie pioruna. Pada deszcz. Czy to Ktoś płacze nad ślepotą tego nadgorliwego wojaka? Stroop w tym swoim zaślepieniu raz nas smuci, a czasem nawet śmieszy. Właściwie gdy patrzymy na tego człowieka, trudno nam uwierzyć, że to ten KAT z Getta Warszawskiego. Może nieco przemądrzały, pyszałkowaty, dumny, ale morderca?

Bez przerwy podkreśla, że to w jego żyłach płynie germańska krew Cherusków, którzy pokonali legiony Rzymian w IX w. n. e. Gdy ma się za sobą takich przodków, aż duma rozpiera. Sam Stroop zmienił swoje imię z hańbiącego Józefa na Jurgen. To „r” musi rozbrzmiewać, harczeć, tak samo zresztą jak nazwisk Stroopa. A tu kryje się polski „S-trup”. Z kolei skrócone imię żony generała to: „Kathe”, które brzmi jak polskie „katem”. To oczywiście tylko gry słowne, aczkolwiek jest w nich jakaś prawda o samym generale. I sam Stroop w swej teorii liczb dotyczących zabitych getcie, zachowuje się trochę jak przesądny astrolog germański, wierzący, że niebiosa wraz z dawnymi wojowniczymi przodkami sprzyjają mu.

Dla Stroopa rozkaz to świętość i tego samego oczekuje od swoich podwładnych. Niemcy zaś w swym twardym trzonie to esencja posłuszeństwa i oddania. Na czas wypełniania rozkazu lepiej wyłączyć wszelkie dylematy moralne i logikę. Najważniejsze jest usunięcie flag wroga, nieważne, że przez ten kawałek materiału zginie wielu żołnierzy. Trzeba usunąć symbol, a potem znów zabijać Żydów, tak jak zabija się nieposłuszne zwierzęta. Stroop podobnie jak Himmler porównuje tą wielką akcję do uwertury Wagnerowskiej. Wciąż z rozrzewnieniem wspomina tą chwilę, gdy trzymał w ręku batutę, a dookoła rozbrzmiewała ciężka symfonia. Po pięciolinii kłębiły się dymy i widać było spadochroniarzy, którzy wyskakiwali z okien, nie mogąc wytrzymać gryzących ogni. A potem Stroop odrzuca batutę i zamienia ją na pędzel, by w swoim ekspresjonizmie, połączonym z surrealizmem zmieszać purpurę z czerwienią i pomarańczą, a potem dla kontrastu podbić szarości i czernie. To płomienie wznoszą się do góry, jak pazury drapiące niebiosa. To istna teatralizacja zbrodni. Coś nam to przypomina? Wszak podobnie czynił pułkownik Kilgore w „Czasie apokalipsy”, puszczając na cały regulator Wagnera i jednocześnie nie żałując napalmu, ostrzeliwał tereny pełne wietnamskiej ludności. A po wszystkim ze smutkiem stwierdzał, że „kiedyś ta wojna się skończy”, jakby przeczuwał, że chyba nie znajdzie sobie żadnej sensownej roli po tym wielkim, krwawym spektaklu.

W więzieniu szczerość przychodzi najłatwiej. Nawet dumnemu Stroopowi, który przyznaje, że Żydzi zaskoczyli go swoim duchem walki, ale od razu generał niejako usprawiedliwia swoje działania, mówiąc, że Żydzi stawali się coraz bardziej „bezczelni”. Trzeba ich nauczyć szacunku, choć wiadomo było, że nawet najlepsi uczniowie nie przeżyją tej akcji z promocją do następnej klasy.

O ile zgładzenie Żydów nie było zbyt wielkim moralnym problemem dla Stroopa, o tyle ścierania się z Polakami nastręczały wątpliwości, czy zniszczyć również Warszawę. To było, jak wbicie kija w mrowisko. Przez co cała akcja się wydłużała. Ach ci Polacy zawsze się będą wtrącali i „ostrzyli noże tak cicho, że nawet sam pan Bóg ich nie usłyszy”. Dla oddanego Rzeszy Stroopa, niepojęte było to, co wyrabiają Polacy, indywidualiści, nieustannie podważający każdą centralną władzę, jaka nad nimi jest. Moczarki odpowiada mu, że każdą władzę należy kontrolować.

Na samym początku tej adaptacji widzimy jak Kazimierz Moczarski przemierza ulicę zniszczonego miasta. Nagle drogę zachodzą mu pewni panowie w mundurach z niezbyt dobrymi intencjami. Krótka rozmowa. Moczarski? Tak, a o co chodzi? O to co zwykle. I znów trzeba się udać w celu wyjaśnienia sprawy. Moczarskiego wsiadającego do samochodu UB, odprowadza niespokojne spojrzenie starszej kobiety (Danuta Szaflarska). Może to retrospekcja, jakiej doznała żona Moczarskiego, a może to personifikacja zaniepokojonej Polski – Ojczyzny? Oj długo jeszcze ona będzie patrzyła niespokojnie na swoje dzieci gnębione przez ustrój. W przerwach między rozmowami ze Stroopem, Moczarki odwiedza salę przesłuchań, gdzie niestety sztuka konwersacji przebiega między jednym pytaniem a następnym uderzeniem z pięści lub mocnym kopniakiem i torturami na odwróconym taborecie.

Marek Kasprzyk, Zbigniew Suszyński (grający oficerów w serialu „Biuro kryminalne”) oraz Grzegorz Wojdon (w roli Józefa Duszy) odgrywają równie bezlitosnych katów oficerów przesłuchujących Andrzeja Zielińskiego, który jako jedyny aktor w tej produkcji bez przerwy musiał zmieniać makijaż, by pokazać nowe siniaki po przesłuchaniach. Z kolei jego niemieccy kompani z celi jakoś bez szwanku wychodzą po każdym spotkaniu z oficerami w kancelarii.

 

„Kiedyś za to odpowiecie!” — Zarzeka się Moczarski. A jeden z oficerów odpowiada mu spokojnie, że póki co, to my (władza, urząd) piszemy historię na waszych kościach. Kości zostały rzucone i kości przemówiły w tej archeologii kolejnych relacji.

Oto Kat spotkał swego spowiednika, by powiedzieć wszystko, nim zamilknie na wieki.

 

 

 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOLNY DZIEŃ FERRISA BUELLERA - DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI ŻYCIA NASZEGO

I STANIE SIĘ KONIEC

DOBRANOC MAMUSIU. CZYLI JAK ODEJŚĆ NA WŁASNYCH WARUNKACH