WIĘCEJ NIŻ SŁOWA. JAK PRZEROBIĆ ŻAŁOBĘ?
Zacznijmy od tego, że to irytujący film. Irytujący dla kogoś, kto jest przyzwyczajony do bardziej dramatycznej poetyki kina, do większej akcji, do krzyków, płaczów, do jaskrawych emocji w stylu hollywoodzkim. Ale w końcu po co nam jakieś tyrady słowne, chodzi o coś więcej niż puste słowa, ckliwe dialogi, wypowiedziane w smutku czy w gniewie. Minimalistyczny David Duchowny idealnie pasuje do roli milczka, który tyranizuje innych swoją ciszą, podczas gdy Hope David nie mogąc wytrzymać tego napięcia tłucze talerze i krzyczy – to chyba jedyna taka scena, wręcz kulminacyjna, gdy dochodzi do apogeum piętrzących się emocji w tym filmie. Reszta to milczenie, wspominanie, dążenie do upragnionego celu.
Cała historia oparta jest na faktach, a opowiada o kulisach powstawania szpitala pediatrycznego im. Marii Fareri, nie żadnej świętej, ale zwykłej nastolatki, która przed dwudziestoma ośmioma laty została ugryziona przez nietoperza. I pech chciał, że nietoperz ten roznosił też wirusa. Dziewczynka zmarła na skutek wścieklizny. Rodzice, aktywnie działający w branży budowlanej (deweloperzy) postanowili stratę córki przekuć w inspirację do zbudowania szpitala dziecięcego, gdzie nie tylko byłoby miejsca na leczenie pacjentów, ale również miejsca dla oczekujących na nadzieję rodziców.
Trzeba przyznać, że film jest ciekawie zmontowany. Historia jest na początku opowiadana z perspektywy Marii (voice over), dla której ten film jest kolejnym pomnikiem ku jej pamięci (po szpitalu i rzeźbie z brązu). Teraźniejszość miesza się z przeszłością. Głos Marii zatem może być głosem z zaświatów albo narracją z jej pamiętnika, albo też głosem żyjącej dziewczynki, która cieszy się życiem. To ona przedstawia nam rodzinę Farerich. Już po paru ciepłych scenkach, rozpoznajemy niejako temperamenty poszczególnych członków familii. Milczący, zamknięty w sobie ojciec, lepszy w czynach niż czułych słówkach — deweloper John Fareri, potem jego żona, już bardziej kontaktowa, Brenda, bardziej rozmowna, uśmiechnięta, no i jeszcze trójka rodzeństwa: przykładna Julie, trochę zbuntowany Mike i kompletna outsiderka Steph. No i najmłodsza Maria, strażniczka domowego ogniska, która zdaje się scalać całą rodzinę, poprzez swoją niezwykłą energię, radość, entuzjazm, otwarcie. Dla niej zarówno problemem jest to, że dostała tylko minus piątkę z historii, jak i to czy chłopak z klasy ją lubi albo kocha. Wszędzie jej pełno i z każdym potrafi rozmawiać. Potrafi się przebić przez tą barierę. Mamie doradzi kolor w urządzaniu wnętrz, a siostrze pomoże znieść ból głowy. Maria – zupełne przeciwieństwo cichego, zamkniętego w sobie ojca, który skupiony jest na budowaniu nowych domów.
Ale dom Ferarich choć piękny i okazały, ulegnie rozbiórce. Maria to przeczuwa. Za niedługo trójka rodzeństwa wyjedzie na studia i wkroczy w dorosłość. Dom będzie taki pusty. Każdy niejako pójdzie swoją drogą. Nie będzie żadnych kłótni. Nie to nie to. Po prostu taka jest kolej rzeczy. Trzeba opuścić ten dom. Maria w swej opowieści martwi się jak scali całą rodzinę na odległość. Nawet nie zdaje sobie sprawy, że właśnie swoją śmiercią jeszcze raz zjednoczy rodzinę.
Nagle nasza mała, roześmiana narratorka obwieszcza, że źle się poczuła i trafia do szpitala. Przerażeni rodzice widzą ją na łóżku podłączoną do rurek. Chyba nic poważnego. Przeładowany szpital gdzie leżą zarówno dzieci, jak i ludzie z obrażeniami po postrzale, zaś na wąskich korytarzach zmęczeni rodzice próbują się jakoś wyprostować na twardych krzesełkach. (A lekarz, który prowadzi całe badanie to przyszły Red John, czyli Xander Berkeley. Co za horror). To nie szpital tylko dom tortur. Jeszcze większą torturą okazuje się oczekiwanie na śmierć Marii. Jak to? Okazuje się, że Marię ugryzł nietoperz i zaraził ją wścieklizną. Tu już nie ma powrotu. Teraz w tym ciasnym szpitalu cała rodzina patrzy na agonię Marii. Płaczą, słaniają się po kątach, próbują wykorzystać te ostatnie minuty na czułe słówka i gesty. W tym okropnym stanie zawieszenia, czekają na potwierdzenie zgonu.
I WRESZCIE STAŁO. ULGA I PUSTKA
A potem wszyscy próbują jakoś wrócić do swoich obowiązków. Próbują uciec od siebie i od tego domu i wspomnień. Każdy walczy ze swoją bezsilnością wobec tego ciosu, jaki ich spotkał. Dzieci wracają na uczelnię, Brenda do pracy, a przy okazji pani domu uparcie sprząta już i tak opustoszały, surowo urządzony dom. Po posiłkach, które już nie przypominają tych głośnych zabawnych spotkań z przed lat, czyści tak mocno garnki, że aż piana przesłania wszystko. Ale i to nie pomaga wypełnić pustki, by jakoś złapać rytm do otaczającej rzeczywistości.
Jeśli John jeszcze wcześniej był żywym człowiekiem, który czasem coś mówił, to teraz zamienia się już w zombie. Zapatrzony gdzieś w dal, w tą piękną krainę „Kiedyś”, gdzie Marie się tak słodko uśmiecha, odchodzi od teraźniejszości. Na twarzy Johna kreśli się coraz wyraźniejsze melancholijne oblicze. Snuje się po domu, spaceruje po lesie, wciąż przypomina sobie ostatnie chwile życia jego córki. Próbując jakoś ukoić ból, czytuje pamiętnik Marii, który jak tomik wierszy uwalnia we wziętym deweloperze jakieś nieznane twórcze pokłady. Widok tamtego szpitala, gdzie paradoksalnie nie ma miejsca dla bliskich pacjentów i wielkie naiwne marzenia Marie o zdrowiu wszystkich dzieci, rozbudzają w Johnie szaloną myśl o zbudowaniu szpitala pediatrycznego, który wyglądałby jak zaczarowany zamek w parku rozrywki Disneya. Spora inwestycja i wiele przeszkód do pokonania. Ale czyż wcześniej nie walczył on tak jako agresywny deweloper? Tego właśnie potrzebuje John. Nie stagnacji we wspomnieniach, a zaangażowania się w długotrwały proces, który będzie służył szlachetnej idei, a przy okazji ukoi żałobę. Bo nie ma nic gorszego niż pusta żałoba, te czarne dni, w których człowiekowi nic się nie chce. Kiedy zapomina, że nawet w największej rozpaczy ma on jeszcze moc, by coś stworzyć: obraz, książkę czy właśnie szpital.
Niezwykłe, że milczący John znajduje taką osobę jak Bruce Komiske (Timothy Hutton) i zatrudnia go jako osobę odpowiedzialną za zbiórkę pieniędzy na szpital. Bruce to zupełne przeciwieństwo Johna. Jest bardziej kontaktowy (przy zbieraniu pieniędzy to niezbędne minimum charakteru), uśmiechnięty, z poczuciem humoru, empatyczny. Wraz z Johnem doskonale się uzupełniają jak awers i rewers tej samej wartości człowieka dążącego uparcie do celu.
John słuchając przestróg ze strony dyrektora szpitala, który zwraca uwagę, że nie tak łatwo zbudować szpital i wbrew pozorom taka idea może spotkać się ze sporym sprzeciwem ze strony branży, tylko zaciska pięść, zamyka oczy, po czym spokojnie odpowiada, że wszystkim się zajmie. Jest tak zdeterminowany, że nie widzi żadnych przeszkód a także problemów, z jakimi zmagają się jego pozostałe dzieci.
Szpital im. Marii, zwykłej trzynastolatki, która dla swoich rodziców była rzecz jasna kimś wyjątkowym? Brzmi to nieprawdopodobnie. Jeśli to nawet pomnik dla Marie, to przynajmniej służy on innym dzieciom. Kto wie, że Maria byłaby dzisiaj lekarką? Może w ten sposób rodzice spełnili jej ambicje? Swoją drogą, przed szpitalem rzeczywiście znajduje się także figura z brązu przedstawiającą Marie, jak bawi się z psem. Po prostu pomnik dziecka, które emanuje radością i życiem ponad chorobą.
Jako że to historia oparta na faktach , takich scenariuszy nie pisze się łatwo – przyznał Benjamin Chapin, współpracujący z rodziną Ferarich nad scenariuszem. Ponad cztery lata trwało ułożenie historii tak, żeby zadowalała wszystkich. Choć pewnie znajdą się widzowie, których nie zadowoli ten film w żadnym aspekcie. Bo właściwie w przypadku takich filmów, pomników dla idei czy zmarłej osoby, trudno znaleźć jakieś walory artystyczne. Nie można za bardzo udziwniać, by nie przysłonić głównego bohatera. Takie kino ma po prostu upamiętniać kogoś ważnego, opowiedzieć prawdziwą historię, a jednocześnie nie za bardzo wgłębiać się w prywatne sprawy prawdziwych bohaterów, by ich nie urazić. W tym filmie dialogi są oszczędne albo banalne, dominują utarte narracje. Główną rolę grają tu przede wszystkim dwie siły: bezsilność i działanie, między którymi odbijają się zrozpaczeni rodzice. Tak jak ten chłopczyk na trójkołowym rowerku, który na szpitalnym korytarzu uparcie wjeżdża w ścianę, jakby chciał ją pokonać, tak też nasi bohaterowie chcą zburzyć wreszcie ten mur niedopowiedzeń i coś zrobić. Dokonać recyklingu swego bólu i pretensji.
To opowieść o przezwyciężaniu bezsilności i rozpaczy, opowieść o znajdywaniu sobie wielkich celów i umiejętnym dążeniu do nich, ale nie tylko by, zaspokoić swoje ego, ale by mieć poczucie, że zrobiło się coś dla innych, że w ten sposób dopowiedziało się historię osoby, która odeszła tak nagle, a mogła jeszcze wiele zrobić w przyszłości.
Komentarze
Prześlij komentarz