PHIL OSZUST COLLINS. NIE ZADZIERAJ Z AGENTEM UBEZPIECZENIOWYM

 


Oryginalny tytuł tego filmu to po prostu „Frauds”, czyli „oszustwa”, „oszuści”. Prościej się nie dało, żadnych zbędnych metafor. Tytuł wydawał się tak prostolinijny, że polscy tłumacze zdobyli się na nutkę wariacji, a może zrobili to przede wszystkim ze względów promocyjnych, aby wykorzystać w tytule wielkie nazwisko Phila Collinsa, bo to właściwie on w tym filmie jest tą największą gwiazdą i najbardziej charyzmatyczną postacią. W tym filmie partnerują mu Hugo Weaving (jeszcze przed „Matrixem” i „Władcą Pierścieni”) oraz Josephine Byrnes. Wcześniej poza muzykowaniem, Collins udzielał się aktorsko w różnych produkcjach jak „Miami Vice”, „Buster” czy „Hook”. Zazwyczaj były to role dość charakterystyczne, zabawne, ale raczej nie wybitne. W roku 1999 Collins połączył zgrabnie muzykę z filmem i odebrał Oscara za soundtrack do filmu animowanego „Tarzan”.

W tym samym roku, kiedy powstał film „Frauds”, artysta wydał również kolejny solowy album „Both sides story”. Album bardzo intymny, bo w przeciwieństwie do poprzedniego „…but seriously” (z kultowym „Another day in paradise”) nagranego z całą mnogością różnych muzyków, na tym albumie Collins sam sobie akompaniuje na instrumentach elektronicznych. Między tymi syntezatorowymi pejzażami pobrzmiewa osobista porażka w życiu osobistym piosenkarza – rozwód z drugą żoną. Ale od czego jest sztuka? Aby uleczyć rany. Tu refleksyjna, melancholijna płyta „Both sides story”, a tam komedia „Frauds” – dwie strony medalu. Tu smutek, tam śmiech.

Pamiętam, że ten film obejrzałem po raz pierwszy jakieś siedemnaście lat temu. Fascynowała mnie wtedy twórczość Collinsa jak i również muzyka Genesis (zwłaszcza z tego ostatniego okresu 1986-1997). Oczywiste więc było, że muszę zobaczyć Phila jako aktora. Film ten był emitowany dość późno przez TVP i w sumie się nie dziwię, bo to dość osobliwe kino, ściślej czarna komedia. Od strony wizualnej film prezentuje się dość „cyrkowo”: dominują kolory czerwieni, żółci, okazjonalnie niebieski. Te zbliżenia na rumiane twarze i pojawiające się co chwila pajace. Jakieś niepokojące detale gnębią nam wyobraźnię. To początek gry. Dobra zabawa, która powoli zamienia się w koszmar. Ale gdy się zorientujemy, że w tym uczestniczymy, będzie już za późno. Coś jakby z opowiadań Stephena Kinga, ale utrzymane w trochę lżejszej poetyce.

Szczególnie lekkie ciarki przechodzą, gdy słyszymy ten dziwny motyw muzyczny grany na dzwonkach, podczas gdy smyczki podejrzliwie zawodzą (trochę jak muzyka do filmu „Big”, śnieżka „Zoltar” autorstwa Howarda Shore’a), tajemniczy bohater, grany przez Collinsa obraca w dłoni kostki do gry, jakby to one decydowały rzeczywiście o każdym losie nieszczęsnego klienta, który chciał oszukać policję i agenta ubezpieczeniowego. Rzuć kośćmi i daj się ponieść dziwne grze. Ale to nie Jumanji. To debiut filmowy Stephana Elliota, który rok później zabłyśnie równie dziwnym filmem „Priscilla – królowa pustyni”.

Historia jest taka: jeśli masz ubezpieczenie, korzystaj z niego, od czasu do czasu zrób sobie napad na swój dom, by potem było cię stać na nowy samochód i meble. To niezły interes. Wszyscy tak robią – jak przyznaje Jonathan Wheats, który jest już zmęczonym gorliwym płaceniem podatków. Czas trochę oszukać prawo, by wyjść na swoje z dużym odszkodowaniem za poniesione straty. Razem ze swoim przyjacielem z dzieciństwa, Michaelem Allenem szykują intrygę, włamanie do domu. To Michael ma być tym opryszkiem, który obrabuje dom Wheatsa, podczas gdy on z żoną, Beth wybierze się do Opery. A potem wedle scenariusza, gdy wrócą, zastaną zdewastowany dom. Policja, agent ubezpieczeniowy, spisanie strat no i odszkodowanie. Wygrana na loterii!

Wszystko by szło dobrze, gdyby Beth wiedziała o całej operacji. Traf chciał, że zupełnie zapomniała o wyjściu do opery. Akurat w chwili włamania wróciła do domu, nie podejrzewając nawet, że skonfrontuje się z włamywaczem. Michael skory do zabawy, podkręcił jeszcze bardziej zabawę i ubrany na czarno, w kominiarkę, z nożem w ręku chciał nastraszyć Beth. Ale pomysłowa pani Wheats chcąc się obronić, przypomniała sobie o dziwnym eksponacie, jaki zdobił jej ścianę, mianowicie o kuszy. Wystrzeliła jak Robin Hood, prosto w serce napastnika, który okazał się być jej znajomym. Michael ginie na miejscu, choć przed śmiercią jeszcze się dziwi, że Beth nie zna się na żartach. No cóż Michael nie żyje, został zabity w samoobronie, więc pani Wheats nie grozi więzienie. Mimo wszystko plan się udał. Skradzione rzeczy zostały gdzieś sprytnie schowane przez pomysłowego Jonathana. Państwu Wheats należy się odszkodowanie. Chyba że oszuści trafią na innego oszusta.

Czy nieprzyzwoicie jest oszukać oszustów? Chyba nie. Tak właśnie działa Roland Copping, agent ubezpieczeniowy, ekscentryk, którego mroczny sekret poznajemy już na samym początku filmu, gdy jako dzieciak, rzucając kostkami do gry, prowokuje swego brata, by ten podjął się eskapady na tratwie, płynącej po rwącej rzece. Łatwo tu o wypadek i w końcu kalectwo braciszka. Ten wypadek z pewnością mocno się odbił na psychice Rolanda. Nie dziwne, że potem zostanie on właśnie agentem ubezpieczeniowy, który gdzieś podświadomie pragnie zabezpieczyć swojego sparaliżowanego brata. Wciąż dzierży w swej dłoni dwie małe kostki, które zdają się sprzyjać jego losowi bogacza, żerującego na cudzych potknięciach. Ten niepozorny, łysawy człowieczek w garniturze, podrzucający co chwila kostkami, wydaje się być ciągłym dzieckiem. Zamiast stylowych alkoholi jak Whisky czy Brandy, on woli Colę i hamburgery, a na deser nie odmówi sobie lizaka. A nade wszystko pomysłowy Roland z urokiem małego diabełka uwielbia psikusy, jak choćby ten numer z palącą się torbę, w której jest psia kupa, a to znowu sikawka przy bramie, oblewająca wodą zdumioną kobietę albo króliki wypadające z klatki na rozwścieczone psy, zdalnie sterowany samochód, wjeżdżający w przechodniów, czy klej w budce telefonicznej, błyskawicznie łączący słuchawkę z dłonią biednej kobiety, która nie mogła się powstrzymać, by nie odebrać (Czyżby to wprowadzenie do słynnego „Phone booth” z 2002 roku).

Tak właśnie upływa kolejna plansza „Monopolu” roześmianemu Coppingowi, którego dom również przypomina właściwie mały pałac zabaw, gdzie wszystko wygląda tak dziwacznie jak w wesołym miasteczku. W garażu mnóstwo farb, bo Roland lubi malować, dalej wielki basen, a w nim wielka żółta kaczka rodem z „Powrotu Batmana” (w której siedział człowiek Pingwin), zjeżdżalnia jak w wesołym miasteczku, do tego uroczy pieszczoch Cezar, czyli gąska, która zaatakuje każdego intruza, liczne zabawki, pułapki, przejścia, fotel, będący windą itd. To właśnie tu sprytny Roland chowa swoją fortunę i trofea od naiwnych ludzi, którzy chcieli oszukać firmę ubezpieczeniową. Obmyśla plan, jak dalej „doić naiwniaków”. Podrzuca kośćmi i wciąż uparcie ciągnie tą grę. W sumie dla niego nie są ważne te wszystkie drogocenne fanty, jakie dostaje od swoich zdesperowanych klientów. Dla niego najważniejsza jest dobra zabawa, emocje, gra. Tak jak w „Jumanji” jeden nieostrożny krok rozpoczyna grę. Nie można z niej tak po prostu uciec. Trzeba sprytnie grać dalej. I na to właśnie decyduje Jonathan, który zaczyna rozumieć, że od Coppinga nigdy się nie uwolni. Może mu oddać BMW, komplet srebrnych sztućców, figurki żołnierzyków, dom, biżuterię, cokolwiek. Zawsze będzie za mało. (Zupełnie jak w „Długu”). Pan Wheats musi wygrać z Coppingiem w jego grę. Wszystkie chwyty dozwolone? Kto kogo bardziej zaskoczy? Jonathan wie, że musi poznać sekrety swojego przeciwnika, by również go szantażować i zmusić, by kości wypadły tak, aby wreszcie uwolnić się od agenta ubezpieczeniowego.

Choć mamy w tym filmie ukazanych dorosłych ludzi, to jednak zachowują się oni jak dzieci, grające w dziwną grę, której granice Copping wciąż przesuwa, by nie tylko szantażować swoich klientów, ale żeby wydobyć z nich żywioł hazardzistów, skorych do zabawy.

Na samym początku filmu widzimy dwóch braci Coppingów jako dzieci, bawiących się kostkami, a w kolejnej scenie widzimy dorosłych Jonathana Wheatsa i Michaela Allena, którzy bawią się żołnierzykami, a potem jeszcze grają w twistera. Jonathan, choć w tym garniturze i w okularach wygląda poważnie w swoim biurze, to jednak w wolnych chwila oddaje się modelarstwu, skleja, maluje, bawi, tworzy swoje małe światy, gdzie może łamać reguły. Beth również oddaje się rękodziełu, sporo maluje, jakby chciała przemalować te tragiczne chwile, natomiast pracuje jako przedszkolanka z dziećmi. Co za ironia. Nie dość, że ma męża, który zachowuje się czasem jak nieodpowiedzialny dzieciak, to jeszcze padła ofiarą szantażysty, który również jest jak dzieciak, no i sama pracuje w przedszkolu między dziećmi.

Ona jedna z tego dziwnego towarzystwa wydaje się być tutaj najbardziej dorosła. To ona wreszcie zakończy tą grę, rzuci kośćmi odważnie i będzie płakać na końcu z poczuciem ulgi, gdy wreszcie wyzna wszystko policji. Natomiast jej zdziecinniały mąż Jonathan i Roland Copping będą się śmiali w najlepsze, gdy wreszcie dojdzie do dostatecznej rozgrywki między nimi, jakby jeden przed drugim przyznawał, że tym razem przeszli samego siebie.

Mimo wszystko to była wspaniała gra! Warto było poczuć ten dreszczyk emocji.

 

Przed więzieniem.

 

Strzeżcie się agentów ubezpieczeniowych.

 


 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOLNY DZIEŃ FERRISA BUELLERA - DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI ŻYCIA NASZEGO

I STANIE SIĘ KONIEC

DOBRANOC MAMUSIU. CZYLI JAK ODEJŚĆ NA WŁASNYCH WARUNKACH