SZKOŁA BUDDY' EGO, CZYLI WIĘCEJ NIŻ HARVARD
Pamiętam taki filmik, który już od paru lat krąży na You tube. Jest to fragment jakiejś sondy przeprowadzanej wśród uczniów. Na pytanie „co wynieśli ze szkoły?”, chłopak w czerwonym mundurku odpowiada bez żadnego wstydu, że wyniósł depresję, no i jeszcze parę kabli. Innymi słowy, idąc do szkoły, skazujesz się na niezłe pranie mózgu i kto wie, ile potencjału szkoła może w tobie zniszczyć? Szkoła to etykiety. Jesteś kujonem, frajerem, leserem czy kim tam jeszcze można być w tym „Klubie winowajców” i wedle tych podświadomych etykiet kontynuujesz swoje życie w dalszej szkole życia. Szkoła to instytucja, gdzie uczysz się mnóstwa niepotrzebnych rzeczy! Zakuwasz ale wcale się nie rozwijasz. Szkoła jest be! — Oto wymówka nieuków, którzy są niereformowalni! Jak fajnie krytykować szkołę. To takie modne! — Powiedzą zwolennicy tradycyjnej szkoły, która wciąż przechodzi ewolucję. Bo każdy jest specjalistą od edukacji, ale nikt nie dał recepty jak skutecznie się uczyć tego wszystkiego co w szkole i po szkole.
Gdzieś w głębi duszy marzymy, by być raczej absolwentami Akademii Pana Kleksa lub choć Hogwartu, aniżeli mrocznej szkoły rodem ze „Stowarzyszenia umarłych poetów”.
Szkoła ma wydać wykształconych ludzi, ma uczyć liderów, specjalistów, ma być kolebką przywódców! — słyszymy w przemówieniu dyrektora Traska, w filmie „Zapach kobiety”, ale jaka w gruncie rzeczy to ma być elita? Elita wyprowadzona ze szkolnej fabryki, podobnej do tej, jaką widzimy w legendarnym już teledysku Floydów „Another brick the wall”? Absolwenci mają być jak skrojone i dopasowane cegiełki, które zbudują nowy system? A jeśli nie, to jeszcze się je dobrze wyszlifuje, aż będą pasowali!
No dobra ponudziliśmy trochę o szkole, która zazwyczaj (stereotypowo) kojarzy się z obskurnym budynkiem i zniszczonymi ławkami, na których wyryte są nożykiem same przekleństwa na temat systemu edukacji. Ale to oczywiście bardzo ograniczony obraz pojęcia szkoły,
Jak to mówią, prawdziwa szkoła zaczyna się po szkole. Wreszcie leniwa, kanciasta teoria ustępuje miejsca praktyce, a wszystkie formułki, które dotąd posłusznie zakuwałeś i recytowałeś, są wyśmiewane przez twoich nowych nauczycieli, współpracowników, szefów zmiany, czy jak ich tam sobie nazwiesz, nie żałując pewnie i określeń na „ch” i „k”. Morał jest taki: musisz teraz zapomnieć, oduczyć się i uczyć się nowych reguł.
Pierwsza praca — szok, onieśmielenie, nawał obowiązków, parzenie kawy, nieustanne pragnienie wybicia się, szukanie okazji do zabłyśnięcia przed obojętnym szefem, nieustanne ściganie się z innymi pracownikami o pomysły i dbałość o to, aby twoje nazwisko było w pierwszej piątce… nieważne czego. Nadążasz. Nie śpij. Musisz znów wstać. Nieważne która godzina. Od tej chwili czas ustala twój nowy Bóg – Twój szef. Jemu składaj ofiary, jemu praw komplementy i jemu powierzaj swoje cenne pomysły. Nieważne, że znów cię zlekceważy, nieważne, że wykorzysta twoje pomysły w rozmowie z innym szefem. Grunt, że jesteś w tym właściwym miejscu. Zacząłeś u właściwego faceta z wielkim nazwiskiem. Tu nawet sprzątaczka, jak pochwali, że sprzątała u TEGO ACKERMANA, ma robotę wszędzie.
Nazywasz się Guy, co z ang. można by przetłumaczyć jako gość, facet. Taki gość drugiego planu. I to właściwie Frank Whaley, mistrz drugiego planu, znany nam najbardziej jako „Bystrzacha Brett” z „Pulp Fiction”, który również tam z trudem pojmował, o co chodzi Samuelowi L. Jacksonowi. Ciągle pytał „what?”. Obok Whaleya w „Szkole Buddy’ego” zobaczymy jeszcze jednego znajomego aktora Jerryego Levine’a – to oni obaj siedzieli z Tomem Cruisem i rozmawiali o tym, czy iść na wojnę czy nie („Urodzony 4-go lipca”). Teraz Frank Wahley również wciela się w bohatera, w którym wewnętrzna wojna powoli się rozpala. Ale to dobrze. Wcześniej Walley szukał swojej „szansy dla karierowicza” w centrum handlowym jako sprzątacz, a teraz trafił do biura najlepszego producenta filmowego. Nieźle.
No dobra Guy. Jesteś trochę marzycielem. Zawsze marzyłeś, by pracować przy filmie. Najchętniej jako scenarzysta. Lubisz pisać? Zresztą nie ważne, co lubisz. To już nikogo nie obchodzi. To nie przedszkole, gdzie wysłuchają twoich zainteresowań. Póki co, musisz się wkręcić w tą pracę, zacząć niemalże od zera. Postanawiasz, że zostaniesz asystentem wielkiego producenta Buddy’ego Ackermana (Kevin Spacey), który ma już sporo sukcesów filmowych na swoim koncie. No bo jak zaczynać, to z najlepszymi. Jesteś gotów? O nie, na spotkanie z Buddym nigdy nie jest się gotowym. On w parę sekund jest w stanie zdmuchnąć „Dom z kart” twoich dyplomów. No i co? Chciałeś być scenarzystą, jesteś asystentem – poziom frustracji równie wielki. Wszystko na już, na teraz i ciągła improwizacja w każdej scenie z szefem. Ciągle telefon, ustalanie spotkań, przesyłek, zamawianie dziewczyn dla kapryśnego szefa. Myślałeś sobie: „Buddy”, cóż za swojskie imię. „Buddy” brzmi jak kumpel, gość, którego klepie się po ramieniu „hey Budy”. O jakże pozory mylą. Buddy każdemu swojemu asystentowi funduje mocną szkołę. Buddy jest jak Mistrz, Sokrates, który prowadzi ze swoim uczniem demoniczną grę.
No i co Guy? Trzymasz się jeszcze krzesła. To nic, że Buddy w tym tygodniu wyzywał cię od najgorszych przy pięknej producentce, Donne, która chyba poczuła do ciebie miętę, skoro stawia na niezależne, ambitne kino. Jakże to bliskie twemu sercu. Tworzyć takie projekty. O rety! Skup się. Jeśli nie wymyślisz w porę wciągającej historii jako scenarzysta i zarazem asystent Buddyego, on znowu urządzi ci orkę. Musisz myśleć o potrzebach swego szefa. Powtarzaj to pokornie, gdy zamawiasz nowe aktorki do aktów, które pewnie ucieszą Buddy’ ego. Zaciśnij zęby.
Musisz przejść tą szkołę. Musisz się uodpornić. Bo takie jest życie, że im masz grubszą skórę, tym lepiej. W tej szkole życia według Buddyego Ackermana nie chodzi o imponujące kompetencje wyniesione ze szkoły, chodzi o wyrobienie charakteru, o wytrzymałość, o zdolność przewidywania i dostosowywania się do trendów. To wspaniała praktyka. Myśl o tym. Może latasz za Buddym jak jakiś zdyszany, zapluty goniec i zastanawiasz, jak posłodzić kawę, ale jesteś u najlepszych. Jesteś „Guyem, sekretarzem, który łączy rozmówcę z Ackermanem” – możesz to spokojnie umieścić na swoim profilu Linkedin. To już coś znaczy. Budujesz powoli swoją pozycję. No jeszcze trochę. Chyba wytrzymasz. Pytanie tylko, jak bardzo jeszcze ucierpi twoja przyzwoitość? Jak bardzo twój nauczyciel, którego nienawidzisz, wyryje w twej psychice nową osobowość.
Gdy oglądam ten film, od razu wysuwają się w pamięci szufladki z taki tytułami jak „Nowicjusz”, czy „Szansa dla karierowicza”, „Wall Street”, „Zapach kobiety”, „W doborowym towarzystwie”, a z naszego polskiego podwórka: „Wodzirej”, „Barwy ochronne” no i na koniec amerykański klasyk „Adwokat diabła”, bo oto ambicja młodego człowieka coraz bardziej zmusza do zaprzedania swej duszy w niewidzialne kajdany. No i szykuje się nam znów moralna historyjka, że jak chcesz osiągnąć karierę, musisz niestety pobrudzić sobie rączki. To idealny film na życiowe rozterki.
Moralna opowieść z czarnym humorem to jedno, ale to, w jaki sposób jest ona przedstawiona widzom to jeszcze ciekawsze. George Huang, reżyser i scenarzysta tego obrazu, decyduje się od razu uderzyć widza po oczach, gdy w pierwszych sekwencjach dowiadujemy się, że coś się stało, ktoś zginął. Sanitariusze, policja no i zwłoki pod białym płótnem. Czyżby to był kryminał? Potem widzimy jak Guy torturuje swojego szefa Buddyego. Niemożliwe! Ten spokojny, niepewny siebie Guy? Może to jakieś fantazje, sny głównego bohatera. Ależ nieee, to właśnie showbiznes, gdzie uderzenia poniżej pasa są wręcz chwalone. Co się stało, że Guy został doprowadzony do ostateczności i czy rzeczywiście to Buddy zginie z jego rąk?
Huang przeplata między sobą dwie narracje, jak linki, które za chwilę utworzą węzeł na szubienicy. Bo ta dwoistość, ten konflikt cały czas rozbrzmiewa w rozedrganym, zniecierpliwionym Guyu. Albo masz być przyzwoitym, pracowitym, pokornym albo przebojowym, wręcz brutalnym, stanowczym z jasną wizją swego sukcesu. W pierwszej narracji przestraszony asystent próbuje zdobyć przychylność szefa, a ten ciągle go poniża. Natomiast w drugiej narracji widzimy, jak sfrustrowany asystent odpowiada szefowi pięknym za nadobne, nie żałując tortur. Te dwie narracje to zderzenie dwóch światów: młodości i wieku średniego. Młodość jest niecierpliwa i naiwna. Chcesz osiągnąć tak wiele w tak krótkim czasie. Chcesz tego teraz. Uderzasz ręką w blat i czekasz na zamówienie. Taka jest mentalność pokolenia MTV – stwierdza Buddy Ackermann. To pokolenie, które chce wszystko na gwałt, od razu po pięciu minutach, jak z mikrofalówki, szybsze aplikacje, szybsze telefony. Już zapomnieliśmy, ile naprawdę trwa proces tworzenia, dochodzenia do czegoś.
Buddy Ackerman pracował na swoją pozycję ponad dziesięć lat. Przez ten czas cierpliwie znosił humory swoich przełożonych, aż sam wsiadł na stołek i stał się humorzastym szefem. Guy już po roku dostał szału i ma dosyć poniżania. Ale taka jest zasada: harujemy i znosimy humory swoich szefów, by potem być tak samo humorzaści dla kolejnych pokoleń, którzy też pewnie awansują i również będą humorzaści i niemili dla swoich młodszych kolegów.
Za młodu chcesz być rewolucjonistą z własnymi ideałami, a potem musisz się opamiętać i nauczyć się pływać z rekinami – jak brzmi oryginalny tytuł tego filmu „Swimming with sharks”. Niesprawiedliwość w pracy? Dorośnij! Przyjmij reguły gry, inaczej poniesiesz porażkę. Bang! Wybiła godzina
Morderstwo? To punkt zwrotny. Publiczność wstrzymuje oddech. Bohater przekroczył granicę, inicjacja się dokonała w krwawym rytuale. Wreszcie może powiedzieć głośno i wyraźnie, z podniesionym czołem: „To ja Guy, chcę być człowiekiem sukcesu”. Wreszcie wyrwał się z tego zakłamania, które symbolizowała pozornie niezależna producentka Donne, z którą romansował. A może to ona miała kaprys by pofiglować z młodszym? Choć Donne wykupiła sobie niezależność i pozycję w tym biznesie, to zapłaciła za to dosłownie „swoim ciałem”. Była niczym prostytutka w tej hierarchii filmowej, by wreszcie dojść do czegoś. Z kolei Buddy ze swoim cynizmem okazał się być najbardziej szczerą postacią w tej tragedii. No dalej Guy, przestań być hipokrytą, nie zgrywaj zagubionego dziecka.
Powiedz wreszcie, czego chcesz, powiedz to głośno, nie wstydź się i naciśnij spust. Zginą tylko zakłamani, a prawda nas ocali. I wreszcie następuje przekroczenie granicy. Budzi się nowy bohater. Niby ta sama fryzura, włosy zaczesane do tyłu, ten sam garnitur, a jednak jakieś skupienie na twarzy, jakiś upór, opanowanie, chłód. Już nie ma tego jąkającego się Guya, który nieśmiało podsuwa szefowi swoje sugestie.
Scenarzysta i reżyser Richard Huang umie nas zaskoczyć do ostatnich minut, ukazując nam dramatyczną walkę o duszę Guya, który ściera się ze swoją przyzwoitością, nalotem staromodnego wychowania, by w końcu stać się drapieżnym człowiekiem interesu. Taka jest szkoła Buddyego! Jak ją skończysz, wybijesz się na szczyty. Nie udawaj, że motywują tobą wzniosłe ideały. Miłość do kina, pragnienie sztuki. Chcesz władzy, chcesz pieniędzy, chcesz niezależności. No dalej, sięgnij po to. Napnij kręgosłup. Jeszcze trochę.
Po prostu musisz wiedzieć, czego naprawdę chcesz? To najważniejsze pytanie dla każdego człowieka, a szczególnie młodego.
George Lucas zapytany o to, czego chciał jako dwudziestolatek, odpowiedział, że chciał kręcić filmy, bo to mu dawało przyjemność. Odmówił kariery w sklepie ojca, nie przyjął pracy, która na tamte czasy wydawała się pewniakiem z dobrą pensją. Postanowił zostać artystą na przekór ojcu-biznesmenowi, aby potem zostać biznesmenem z gwiazdą śmierci w tle. No proszę, niezależny twórca filmowy, stworzył wielkie imperium filmowe. No ale spuśćmy kurtyny na pop blichtr. Film Huanga to typ kina niezależnego z niebanalnym scenariuszem i równie niebanalnym montażem. Fakt, że cała akacja rozgrywa się w filmowym środowisku dodaje pikanterii. Bo oto bohater niezależnego filmu pragnie wejść na szczyty wielkich, wpływowych producentów, którzy czerpią zyski przede wszystkim z wielkich, nadmuchanych, komercyjnych produkcji, gdzie jest strzelanka i akcja, a refleksji tyle co pył na wietrze.
Jest o czym porozmyślać po obejrzeniu tego filmu. Czy chcesz być bohaterem kina klasy C, czy może kina klasy A. Tylko żebyś nie przegrał w szachy ze śmiercią Bergmana i nie dostał po mordzie od Gordona Gekko. Oj sporo dylematów, sporo, jak niewykorzystanych jeszcze klatek filmowych i usuniętych scen z pierwszego montażu.
Komentarze
Prześlij komentarz