ODWIEDŹ MNIE WE ŚNIE
Kiedy w 1997 roku na ekrany kin wszedł film „Między piekłem a niebem” z Robinem Williamsem w roli głównej i niesamowitymi „malarskimi” efektami specjalnymi, w naszej polskiej kinematografii, rok wcześniej Teresa Kotlarczyk zrealizowała film „Odwiedź mnie we śnie”. Nie trudno zgadnąć, że nasz polski film jest rzecz jasna o wiele skromniejszy w efektach, ale czy gorszy? Nie powiedziałbym.
W „Między piekłem a niebem” cały dramat polega na tym, aby odnaleźć swoją ukochaną osobę w zaświatach, a nawet w piekle, jeśli trzeba będzie. Czy jesteśmy gotowi stanąć twarzą w twarz z naszą wielką miłością, która trafiła do piekła i nie rozpoznaje nas? To jak zmaganie się z alzheimerem, albo czymś gorszym. Heroiczna walka o duszę i osobowość ukochanej osoby. Ale co tam. Mamy całą wieczność.
W filmie „Odwiedź mnie we śnie” sytuacja jest trochę inna. Główna bohaterka, przede wszystkim gospodyni domowa, matka trójka dzieci, żona szanowanego lekarza, a na końcu pisarka bajek dla dzieci, ginie w wypadku. Wszystko dzieje się bardzo szybko. Ledwo pozbierała się z domu, zaprowadziła dzieci do szkoły, zdyszana przebiegała przez ulicę.
I Bach, nie ma już Alicji. Odeszła do krainy Czarów, która jednak nie przypomina niebiańskiej krainy pełnej chmurek i na szczęście nie jest także wielkim piekarnikiem, gdzie skwierczą grzesznicy na ruszcie. Jest tu trochę inaczej. Tak zwyczajnie. To jakby poczekalnia, gdzie nic się nie dzieje, a każdy ma tu mnóstwo czasu na ewolucję swoich zainteresowań i poglądów. Alicja wśród nowych znajomych poznaje Marchewę, koleżankę z klasy, która popełniła samobójstwo. Kiedyś były nierozłączne, a potem Alicja bardzo mocno przeżyła śmierć przyjaciółki. Teraz znów się spotykają w wyjątkowych okolicznościach. Ale oczywiście najgorsza jest ta świadomość, że Alicja zostawiła swoją rodzinę. I koniecznie chce wrócić. Ma ku temu powody. Kto ugotuje im zupę, wypierze, wyprasuje? Nawet tutaj musi się zamartwiać. Ale takie było dotąd życie Alicji, podobne do etatu pokojówki, służącej swemu ważnemu mężowi, lekarzowi. Czasem Alicja miała takie myśli, że wszystko ją przytłacza, że ma dosyć, że chce odejść. Ale to przecież tylko myśli, wątpliwości. A jednak Ktoś potraktował to jako życzenia i Alicja nagle zniknęła ze swojej roli służącej, by teraz mieć mnóstwo czasu tylko dla siebie. Trochę egoistyczna wersja nieba. Ale kto wie, czy taka drastyczna rozłąka nie wyjdzie wszystkim na dobre. Bo wreszcie zwolni tempo. Rodzina, która ciągle się śpieszyła do wszystkiego, wreszcie siebie dostrzeże. A wiecznie zmęczony po długich dyżurach Janusz, trochę pobędzie trochę z dziećmi i ugotują razem zupę pomidorową. Ta scena z przygotowywaniem obiadu zresztą bawi do łez, gdzie znudzone dzieci obserwują, jak ich tata męczy się z garnkami i paczką makaronu. Zbigniew Zamachowski idealnie nadaje się do grania takich zagubionych życiowo facetów.
Ale mama też nie gotowała zbyt dobrze. Ale była.
Wspominają dzieci. Wspomina Alicja.
Jak widać w tym miejscu po śmierci, po drugiej stronie nie ma nic kojącego, co by pomogło zostać zbłąkanej duszy na zawsze. Dusza wcale nie zapomina wszystkich krzywd, lęków, radości, które kiedyś stanowiła jej życie. Balast pamięci wciąż tu ciąży. Choć różnie można sobie z nim radzić.
Alicja nie odpuszcza, chce wrócić. Właściwie powroty są możliwe, choć nigdy nie wiadomo, czy wróci się tym, kim się było. Warto sobie przypomnieć złotą scenę z filmu „Chłopaki nie płaczą”, gdzie Fred tłumaczy zasadę reinkarnacji. Tak, możemy wrócić jako kaczka, kamień albo tasiemiec. Nic przyjemnego i chyba lepiej już nie próbować. Ale argumenty Freda nie dotarłyby do Ali, która zrobi wszystko, by wrócić do swoich bliskich.
Irracjonalny pomysł, ale jednak jest nadzieja. Tym bardziej, że na Górze też mają niezły bałagan w kartotekach. Dociekliwej Alicji udaje się podejrzeć swoje akta, z których wynika, że wcale nie miała zginąć tamtego dnia. Miała żyć jeszcze trzydzieści parę lat, podczas gdy zginąć miała pewna wiolonczelistka (Joanna Jeżewska), z którą minęła się na przejściu dla pieszych. Kobiety wymieniły spojrzenia, jakby wymieniły swoje przeznaczenia, a samochód trafił Alicję. Jak to cofnąć? Tylko najwyższy urzędnik w niebie to potrafi, choć trzeba będzie zapłacić wysoką cenę. Jaką?
Alicja nie wróci w swoim ciele. Oby też nie wróciła jako mężczyzna. Spokojnie. Wróci w postaci zgrabnej brunetki, nieco podobnej do siebie, choć jednak innej. Innymi słowy Danuta Stenka zmieni się w Joannę Jeżewską. Tak, powrót na ziemię jest możliwy. Nawet nie jest tak tragicznie, skoro jest się atrakcyjną kobietą o ujmującym uśmiechu i radosnych oczach. Ale jak powrócić do swojej rodziny, która żyje w przeświadczeniu, że Alicja zginęła?! No jak?
Trzeba siebie rozpoznać na nowo. W tym filmie zawarta jest piękna metafora. Że oto czasem po tej bieganinie, rutynie zapominamy o tych małych drobiazgach, które dopiero przypominamy sobie, gdy ktoś odejdzie. Ale szybko rozpoznajemy tą osobę, gdy ona wspomina pewne szczegóły tylko nam znane, jakby ściągała maskę i mówiła „oto jestem”, zmartwychwstałam. Zmieniła się powierzchowność, ale nieuczucia, dusza. Janusz z trudem wierzy w ten powrót żony. Przecież równie dobrze mogła być to jakaś oszustka, która idealnie opanowała całą biografię Alicji. Ale skąd by wiedziała o tych najintymniejszych sprawach? No skąd? Musiała być sobą.
Piękne, wzruszające, baśniowe kino ze szczyptą humoru, gdy okazuje się na końcu, że Alicja jest w ciąży, a jej córką będzie zbuntowana Marchewa, która odważyła się powrócić na ziemie w innej postaci, właśnie w roli córeczki swojej przyjaciółki. I wszyscy są znowu razem, odmienieni, patrzący na siebie inaczej, jak nigdy przedtem.
Komentarze
Prześlij komentarz