JAK W NIEBIE. W POSZUKIWANIU WŁASNEGO TONU I HARMONII

 

To chyba jeden z nielicznych filmów, który mi się spodobał podczas szkolnych seansów. Tak, po raz pierwszy obejrzałem go właśnie w szkole, w ostatniej klasie liceum, na lekcji religii. To były czasy, gdy na religii oglądało się filmy i gadało o wszystkim. W sumie nie wiem, czemu akurat ten film oglądaliśmy wtedy, bo o samej religii tam niewiele, ale już o jakiejś duchowości i cudownym uniwersalnym języku, jakim jest muzyka otwierająca ludzkie serca, jest tu całkiem sporo, a propos. Będzie w tym filmie też wątek romansowy. Ale po kolei.

Schemat wydaje się być znajomy, Daniel Dareus, światowej sławy dyrygent, zestresowany wyciąganiem perfekcyjnych dźwięków z każdej orkiestry, przed którą staje na wszystkich możliwych scenach na świecie, przechodzi rozległy zawał. Tak to już jest, jak zbyt mocno się przeżywa sztukę. Ciężko miał w życiu Beethoven. Serce Daniela jest w kiepskim stanie i czas najwyższy przystopować. Po raz pierwszy w życiu Daniel nie wie, co będzie robił za tydzień lub za pół roku. Jego gęsto wypełniony kalendarz nagle stał się pusty. Tabula rasa i nowe życie. Nie wiedzieć czemu, Daniel chcąc wypocząć, powraca do miasteczka ze swojego dzieciństwa, gdzie nie było aż tak sielankowo, jakby się mogło wydawać. Gdzieś wciąż powracają wspomnienia, gdy Daniel był dręczony przez trzech niesfornych chłopaków. No bo kto to widział, żeby chłopak całymi dniami grał na skrzypcach. Trzeba mu dać w kość. I tak Daniel dostawał, a matka próbowała go chronić, jak tylko potrafiła, do czasu gdy nie zginęła w wypadku samochodowym na jego oczach. Co za koszmar.

Zmęczony dyrygent zamyka oczy. Ciężko oddycha. Gdy znów je otwiera, widzi zaśnieżoną drogę. Miasteczko ginie w bieli, jakby było otulone ciepłą pierzyną. Nowy początek, niczym biała stronica w nowym rozdziale. Biało, zimno, świeżo, a zarazem swojsko. Ach ta bajkowa Szwecja. Drewniane domki i rozległe lasy, które za niedługo posłużą jako surowiec do kolejnych bajerów z IKEI. Wykończony mieszczuch postanawia naładować akumulatory właśnie w takim małym świecie podobnym do tego z „Przystanku Alaska”.

Nie możemy tu przemilczeć faktu, że przecież odtwórca głównej roli Michel Nyqvist zagra później dziennikarza Michela Blomkvista, który również zaczyna nowe życie po rozwodzie i przegranej sprawie o zniesławienie w zaśnieżonym zimnym Hedestad, by rozwiązać tajemnicę z przeszłości rodziny Vangerów, a przy okazji także uporządkować własne życie. Tu detektyw, tam pan kompozytor.

Nie długo się cieszy tym spokojem w nowym miejscu, bo każdy z mieszkańców jest ciekaw, co to za nowy kupił ich starą szkołę, by w niej zamieszkać. Ale ludzie mają pomysły. Jedni kupują stare stajnie i przerabiają je na wyjątkowe domy, Daniel właśnie kupił starą szkołę, by w niej zamieszkać. Jakby nie było hoteli czy lepszych domów dla światowej sławy dyrygenta. Ci lepiej poinformowani, jak choćby przebojowy Arne, biznesmen, właściciel sklepu i chórzysta po godzinach, nakłania Daniela, by ten sprawdził możliwości amatorskiego chóru, w którym występuje. Chodź Daniel pragnął uciec od muzyki i występowania, praca z chórem, złożonym z amatorów, zaczyna go pochłaniać. Wreszcie nowy cel. I kto by pomyślał, że wielki pan dyrygent, wymagający od najlepszej orkiestry dwustu procent wysiłku, zajmie się prowadzeniem chóru w małym miasteczku, gdzie raczej nikt nie ma za sobą starannej edukacji w konserwatorium muzycznym. Zarówno Daniel jest szczęśliwy, że znalazł sobie nowy cel, jak i członkowie chóru czują się docenieni, że właśnie taka sława prowadzi ich głosy. A może jest w tym też pewna metafora, wielogłosowości, jaką każdy z nas nosi w sobie? Może Daniel potrzebował tego chóru, by zapanować nad swoimi wewnętrznymi głosami, które ostatnio brzmiały dość chaotycznie i zaprowadziły go na skraj załamania nerwowego? I może to jednak nie przypadek, że pan dyrygent zamieszkał w starej szkole podstawowej, jakby chciał się nauczyć życia od podstaw. 

Co by nie powiedzieć, chór pod wodzą nowego dyrygenta zyskuje na prestiżu i służy wszystkim w uwolnieniu swoich emocji. Niebezpieczna to jednak terapia w zbyt tradycjonalistycznym środowisku. Wydaje się nawet, że przyjazd Daniela do tego małego miasteczka odwrócił wszystkie staroświeckie hierarchie, jakie przez lata rządziły tym miasteczkiem i obyczajami mieszkańców. Wszystko było po staremu, nikt o nic nie pytał. Nikt nie chciał widzieć problemów. Aż nagle pojawił się on. Dyrygent prowadzący wewnętrzne głosy.

Stłamszona, niepewna siebie Gabriella pod wpływem chóru i szukania swojego wewnętrznego głosu, który momentami staje się krzykiem kobiety bitej przez męża, decyduje w końcu, by odważnie zaśpiewać swoją pieśń niezależnej kobiety i odejść od męża kata. Nota bene ten narwany mąż, Conny z warsztatu, który używa tylko argumentów z pięścią i krzykiem, kiedyś w dzieciństwie prześladował Daniela. To również dla niego samego walka z demonami przeszłości, które znowu powracają.


Jest jeszcze jeden zazdrosny obywatel, bardzo niezadowolony z obecności pana dyrygenta w ich miasteczku. Pastor Stig, którego żona Inger także należy do chóru, głęboko się niepokoi, że Daniel w pewnym sensie robi mu konkurencję i zdobywa sobie swój rząd dusz, wierną trzódkę, rozśpiewanych wesołych ludzi, o których zbyt poważny pastor mógłby tylko pomarzyć na swoim nudnym nabożeństwie. Inger z kolei zarzuca Stigowi hipokryzję, że tak łatwo potępia innych, zapominając o własnych słabościach, jak choćby tych erotycznych pisemkach w bibliotece, które pastor trzymał w tajemnicy przed żoną.

Stig wyraźnie czuje coraz większe kompleksy w porównaniu z Danielem, który przypomina mu o tym, co ten tak długo tłumił w sobie, będąc chodzącym autorytetem. Daniel w pewnym sensie zabrał mu żonę, jej uwagę, radość. Zabrał mu też inne kobiety z parafii, ich atencję i „chrześcijańską wierność”. Stał się ich nowym „panem”, który pomógł im wyzwolić ukryty potencjał, właśnie wewnętrzny ton. Nawet opóźniony w rozwoju Tore znajduje w chórze swoje miejsce i czuje się potrzebny by tworzyć tą niezwykłą harmonię przez swój bas.


Niezwykłe, jak jedni pod wpływem Daniela rozkwitają, a inni usychają z zazdrości. Pastorowi tak sucho na duszy, że raczy się coraz większą ilością różnorakich trunków, próbując wypić ten kielich goryczy. Pastor czuje się coraz bardziej samotny bez swojego prestiżu. Dotąd opanowany z surowym wyrazem twarzy, od czasu do czasu przyozdobiony sztucznym uśmiechem, powoli traci nad sobą panowanie. Wreszcie przestał być chodzącym ideałem, sędzią pouczającym innych, a stał się ze swoimi słabości tak ludzki, jak nigdy dotąd. Jest chorobliwie zazdrosny o kontrolę w społeczności, o swoją żonę Inger, która ze swoją pieśnią wolności buntuje się przeciw mężowi i bez jego zgody wyjeżdża z chórem na festiwal.

Daniel swoją obecnością i sztuką rozpoczął niemałą rewolucją w tym sennym miasteczku, robiąc wrażenie na niejednej chórzystce, ale tylko jedna w pełni zdobyła słabe serce znerwicowanego pana dyrygenta. To niejaka Lena. Jasnowłosa dziewczyna o ujmującym uśmiechu i swobodnym sposobie bycia, która raczej w miasteczku miała opinię niepoprawnej romantyczki, wskakującej każdemu facetowi do łóżka. Niespełniona artystka, która ujmowała swoją radością jako sprzedawczyni w sklepie. Jej głos i odwaga bycia sobą ujęły Daniela, który dotąd nigdy nie żył tak swobodnie. Zawsze był koncert, sztywny frak i absolutna dyscyplina. Teraz w tym miasteczku odetchnął czymś innym, czego wcześniej nie znał. Teraz śmieje się jak dziecko, gdy pada gęsty śnieg i przebiega gdzieś obok biały zając. Co za zachwyt maluje się na twarzy pana dyrygenta, który teraz poznaje symfonię przyrody. Choć wciąż trudno mu okazać uczucia, tak jak Lenie. Póki co, jest muzyka, jest chór i głęboki ton ich łączy.


Chór z nowym repertuarem robi furorę w miasteczku i czas podbić też zagranicę. Przynajmniej tak twierdzi przebojowy Arne. Dobrą okazją jest tu przegląd chórów w Niemczech, gdzie Daniel Dareus będzie miał okazję się skonfrontować ze swoją przeszłością. Wielki dyrygent znów wystąpi przed publicznością. Znów wrócą demony perfekcjonizmu, by być jak najlepszym, gdy bierze się udział w konkursach. Od tego Daniel właśnie dostał zawału, od tego uciekł. A teraz wraca ze swoim chórem amatorów przepełnionych pasją.

Ten film mógłby mieć szczęśliwe zakończenie, w którym Daniel zwycięża ze swoim chórem i bierze ślub z Leną. Ale to by było zbyt proste i naiwne. Daniel zawsze marzył, żeby tworzyć muzykę, która otwiera ludzkie serca, choć trudno mu było kochać ludzi, zwłaszcza po tym, co zrobili mu Conny czy Pastor. Ale to już nie ważne w tej jednej chwili, gdy nagle Daniel słyszy te wszystkie głosy jednoczące się w jednej melodii. Spełniony zamyka oczy. Właśnie doznał kolejnego zawału po intensywnej wspinaczce po schodach. Umiera spełniony, zaznawszy miłości i muzycznej pasji. Zbawiciel muzyki dokonał swego opus magnum, a jego uczniowie odbijają echem jego filozofię życia jako pieśni, którą trzeba odważnie śpiewać do końca swych dni. Smutne jest to, że aktor odgrywający Daniela również nie żyje, Michael Nyqvist zmarł na raka płuc sześć lat temu.

„Jak w niebie” to film z dużym potencjałem, nominowany do Oscara w 2005 jako najlepszy film nieanglojęzyczny, w końcu doczekał się kontynuacji. Skoro było „Jak w niebie” to nastąpiło „Niebo na ziemi”. Jedenaście lat trzeba było nam czekać na dalsze perypetie mieszkańców miasteczka, członków chóru, który rozświetlił swoją sławą i pasją Daniel Dareus. Ale nie ma się co dziwić. Reżyser Kay Pollak to twórca o dość skromnym dorobku reżyserskim, bo nie produkuje swoich filmów średnio co dwa lata, tylko raz na pięć, dziesięć lat. Tak w ogóle Kay Pollak to dość ciekawa postać. Z wykształcenia matematyk, który potem zajął się literaturą, a po liczbach, statystykach i słowach przyszła wreszcie pora na obrazy ruchome. Pollak również od czasu do czasu prowadzi wykłady motywacyjne, w których zachęca do „wybierania radości”. Taką radością w jego filmie była właśnie muzyka, chór łączący wielu różnych ludzi z różnych środowisk. Minęło kilka długi lat. Daniela już nie ma, a również chór się już rozpadł. Na pierwszy plan wysuwa się znajomy pastor Stig Bergen, którego poznaliśmy w pierwszej części jako zazdrosnego, małego człowieka, walczącego twardą religijną retoryką o swój rząd dusz z dyrygentem. Teraz paradoksalnie opuszczony przez żonę Bergen chce wskrzesić chór. To jego jedyny cel. Jakieś światełko w tunelu, by nie zaglądać niepotrzebnie do butelki. Dzieło życia Daniela znów nabiera sensu. Oto jego największy antagonista, pastor, który gotów był nawet zabić kompozytora, byleby odzyskać władzę nad wiernymi, teraz sam chce ratować chór Daniela. O pomoc we wskrzeszeniu kościelnego chóru prosi osobę, która była swego czasu najbliżej Dareusa. Mowa tu o Lenie, niegdyś krytykowanej za swoje zbyt bujne życie towarzyskie. Obecnie jest lokalną piosenkarką country, śpiewającą w klubach. Oto ksiądz i piosenka country łączą siły, by odbudować kościelny chór, by tak też uratować mieszkańców, którzy gdzieś pogubili się w tej zwyczajnej prozie życia i zapomnieli o swojej pieśni życia. Zapowiada się ciekawie, zabawnie i wzruszająco. Jednak więcej w tym infantylnej komedii, niż głębokiego kina, jakie urzekło nas w pierwszej części. Szkoda, że kontynuacja hitu z oryginalną obsadą pod wodzą Kaya Pollaka stała się porażką. Zmarnowany potencjał i morał, że może nie warto robić kontynuacji dzieła doskonałego. W pierwszej części Daniel umiera spokojnie, słuchając chórzystów różnych narodowości, którzy jednoczą się we wspólnej pieśni, a potem, gdzieś tam w zaświatach, jak w niebie, bohater spaceruje po złocistych łąkach i znajduje chłopca ze skrzypcami, prawdopodobnie swoje wewnętrzne dziecko, które przytula, odnajdując tym samym spokój. Takie zakończenie jest najpiękniejsze i tak właśnie zapamiętam ten film.

 

 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOLNY DZIEŃ FERRISA BUELLERA - DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI ŻYCIA NASZEGO

I STANIE SIĘ KONIEC

DOBRANOC MAMUSIU. CZYLI JAK ODEJŚĆ NA WŁASNYCH WARUNKACH