DŁUG - GŁUD

Spacer po mieście zimą, zamieć, biało, zimno. W tle muzyka „Love away” Michała Urbaniaka. Skulony, zgarbiony człowiek idzie wzdłuż witryn sklepowych. Marzył, żeby kiedyś mieć taki sklep. To było marzenie młodości, ambitne plany. Teraz widzi swoje odbicie, zatroskanego, przestraszonego człowieka, który nie potrafi wyjść z wielkiego długu. To nie miało tak być. Ten saksofon miał być soundtrackiem ludzi sukcesu, klasy, seksu. Jak w reklamie. Młody człowiek w garniturze idzie po swoje, ciągle gada przez komórkę. Kolejny partner biznesowy, kolejny kontrakt, dostawa… bach.


 

Dług – z wysokim oprocentowaniem – film już kultowy, odzwierciedlający ducha lat dziewięćdziesiątych, chociaż kręcony już w końcówce tej barwnej dekady (1998/1999), podczas gdy prawdziwe wydarzenia miały miejsce na przełomie 1993/1994. Film sensacyjny, psychologiczny, thriller i moralitet (moralny niepokój) w jednym. Film, który budzi dreszcze, zmusza do refleksji, taki film w sam raz na nocny seans. Film zadający wciąż to trudne pytanie: „co byś zrobił na miejscu bohaterów?”. Nawet Lech Falandysz, prawnik, doradca prezydenta powiedział, że on postąpiłby tak samo jak bohaterowie, choć on od razu by skorzystał z broni palnej. No, skoro wysoko postawieni urzędnicy, politycy wypowiadają takie kwestie, to może rzeczywiście warto zadać sobie pytanie nad całym wymiarem sprawiedliwości.


„No spójrzcie tylko. Co za tragiczna historia, a jedyni sprawiedliwi siedzą teraz w więzieniu. Musimy im pomóc” – tak między kadrami zdaje się mówić reżyser, robiąc ze swego filmu nie tyle wielką sztukę, co także (i niestety) film służący jakiejś sprawie (słusznej czy nie słusznej). To sztuka-apel, która ma pomóc prawdziwym bohaterom w ciężkiej sytuacji, jaką jest więzienie. I największym sukcesem tejże sztuki będzie ułaskawienie bohaterów. „Dług” to taka szlachetna propaganda, by naświetlić problem wymiaru nie-sprawiedliwości. Bohaterowie z każdą minutą są postawieni pod ścianą, samotni, sfrustrowani, przerażeni – to przytłacza, „pozytywnie męczy”. Budzi w odbiorcy protest wobec takiej niesprawiedliwości. Widz bez zastanowienia staje po stronie morderców i widzi w ich karze głęboką niesprawiedliwość, chce ich ułaskawienia. Widz rzeczywiście ma myśleć, że bohater jest postawiony bez wyjścia. Nic dziwnego, że po premierze filmu ruszyła strona internetowa, apelująca o ułaskawienie głównych bohaterów. Ale wciąż łapiemy się na tym, że tak naprawdę kibicowaliśmy bohaterom filmowym a nie tym prawdziwym. Nie widzieliśmy akt sądowych, nie przesłuchiwaliśmy dokładnie samych bohaterów. Może jednak sędzia miał podstawy do wydania takiego surowego wyroku? Zawieszamy to pytanie, bo i tak bohaterowie odsiedzieli część wyroku.

Film mimo dość skromnej dystrybucji, konkurując wówczas z takimi hitami jak „Ogniem i mieczem”, „Pan Tadeusz”, „Mroczne widmo”, czy „Kilerów dwóch”, mimo nieznanych aktorów i mrocznej historii, zrobił swoje, spełnił swoją edukacyjną misję i zajął zaszczytne miejsce w polskiej kinematografii.

Co ciekawe, gdy spojrzymy sobie na ten repertuar kinowy, z którym wtedy konkurował „Dług”, zobaczymy jak on dziwnie pokrywa się z treścią samej historii. Oto dumni, pewni siebie młodzieńcy po swoich zagranicznych wojażach, wracają na polskie włości i chcą robić swój biznes. Nie chcę już żadnej tradycji starszych, tej Mickiewiczowskiej, nieaktualnej już inwokacji. Kreślą ambitny plan, aż tu nagle tą jasną przyszłość przysłania „Mroczne widmo” Gerarda i zaczyna się „ogniem i mieczem” aż na końcu mamy „Kilerów dwóch” z podwójnym wyrokiem. Prawda czasu- prawda ekranu.

Od tamtych tragicznych wydarzeń minęło już dwadzieścia dziewięć lat. Mniej więcej teraz, główni bohaterowie opuścili by areszt. Zostali jednak ułaskawieni wcześniej. Odbyli swoje kary w połowie. I już od ponad kilkunastu lat cieszą się nową wolnością. „Życie po życiu”. A jeśli już mówimy o tych rocznicach, to przecież od premiery samego „Długu” minęło już dwadzieścia lat i za niedługo wybije dziesięć lat od śmierci reżysera, Krzysztofa Krauzego.

Te rocznice to dobra okazja, by jeszcze raz zasiąść do seansu i zadać sobie parę poważnych pytań, jak po filmach Kieślowskiego i Pasikowskiego. Tym bardziej, że motyw „Długu” wciąż rezonuje w polskich mediach. Niedawno Sławomir Sikora, jeden z pierwowzorów bohaterów zrealizował nowy film pt. „Mój dług”, skupiający się przede wszystkim na tym jak bohater radził sobie w więzieniu, czyli to czego Krauze już nie pokazał. Sikora już wcześniej mierzył się ze swoją historią publicznie, wydał coś w rodzaju autobiografii „Mój dług”, udzielał wywiadów, uczestniczył w różnych spotkaniach, gdzie dawał świadectwo swojej winy, a jednocześnie dziękował za tą odzyskaną wolność. Teraz postanowił, że skonfrontuje swoją własną historię z filmem. Czyżby znów chciał odcinać kupony od złej sławy? Zupełnie inaczej niż cichy Artur Bryliński, pierwowzór Adama, który rzadko udziela się w mediach, bo po co po raz kolejny rozdrapywać rany?


Pierwsze wrażenia, jakie nasuwają się, gdy ogląda się „Dług” to ta niezwykła oszczędność scen oraz sposób kręcenia, „prostota kadru”, sceny bez zbędnych śmieci, jakby kamera po prostu weszła w życie, jakbyśmy bardziej oglądali dokument niż kryminalne kino. Bo Krzysztof Krauze swoją przygodę z kinem zaczynał właśnie od dokumentów, by stopniowo przechodzić w stronę fabuły. Wrażenie, że to dokument pogłębia także dobór mało znanych wówczas aktorów, którym przypadły tu główne role, jak Andrzejowi Chyrze, Robertowi Gonerze czy Jackowi Borcuchowi. W tej ekipie aktorów zobaczymy także Jowitę Budnik (grającą dziewczynę z pralni), która potem zagra główną rolę w „Placu Zbawiciela” i wreszcie w „Papuszy”, Krzysztofa Budnika (technik policyjny), Aleksandra Mikołajczaka, czy Cezarego Kosińskiego.

„Dług” to spore wyzwanie aktorskie i spory zwrot w dotychczasowej karierze wyżej wymienionych: Chyry, Gonery i Borcucha. Choć rola w takim filmie może być też pułapką, jeśli masz do końca życia grać bandytów lub facetów z wewnętrznymi konfliktami. Dla Roberta Gonery to był spory wystrzał, zwłaszcza na początku. Wcześniej już spotkał się z Krauzem na planie „Gier ulicznych”, potem, już po „Długu” zdobył etat w popularnej telenoweli „M jak Miłość”, ale i tu jego bohater, Jacek Milecki, zdolny adwokat miał spore problemy z hazardem i kryminałem. Echa tego kryminału potem jeszcze zobaczymy w serialu „Determinator”, gdzie Gonera gra główną rolę lekarza, który naraża się mafii. Sporadycznie jeszcze zobaczymy pana Roberta w różnych innych produkcjach, choć ma się wrażenie, jakby ten aktor wciąż nie rozwinął w pełni swego potencjału. Czasem jeśli aktor ma dosyć pokazywania swego wizerunku, bierze się za reżyserię – i tak właśnie było i jest z Jackiem Borcuchem, czyli filmowym Stefanem, który ma już na koncie takie filmy jak: „Kalafior”, „Tulipany”, „Wszystko, co kocham”, „Nieulotne”, „Słodki koniec lata”.

Dla Andrzej Chyry „bandyta Gerard” to z pewnością rola życia. I pomyśleć, że wcześniej ten aktor o tak niepozornej fizjonomii grał w „Miodowych Latach” (epizodyczna rólka), co za kontrast. To Krzysztof Krauze wytypował Chyrę do tej roli, choć ten miał wątpliwości. Rozwiał je dopiero konsultant o burzliwej przeszłości, były zomowiec, a także pracujący niegdyś dla mafii. On nie miał wątpliwości, że Chyra pasuje do tej roli jak ulał. A skoro taki człowiek uznał, że to dobry wybór, nie warto już było dyskutować. Cóż, Chyra stał się bandytą i do dziś obsadzany jest w rolach czarnych charakterów, ale i postaci niejednoznacznych, co zawsze jest sporym wyzwaniem. Zresztą sam Gerard nie jest aż tak demoniczny, jakby się mogło wydawać. Poważnie?!

 

Gerard to prawdziwa enigma dla swojej rodziny i dla Stefana i Adama. Gdy dzieciak wjeżdża mu na sankach w czasie rozmowy z Adamem, ten mu pomaga i broni, tłumaczy, że biedne dziecko nie ma się gdzie bawić pośród tego blokowiska. Swoją córkę, Kasię poucza, by nie rzucała w biednego ptaszka na gałęzi. Cóż za troskliwość, miłosierdzie, a z drugiej strony ten facet potrafi uderzyć w środku dnia Adama, tak, że ten ledwo łapie oddech. W nocy nachodzi biednego Matczaka i wystawia jego dziecko przez okno, grożąc, że je wyrzuci, jeśli nie dostanie kasy. Z jednej strony mafiozo, bogacz rozbijający się BMW, zaś z drugiej strony zwykły facet sprawdzający tanie towary na miejskim targowisku. I nie zdziwiłbym się, gdyby jeździł regularnie tramwajem albo autobusem.

 

W reportażu Ireny Morawskiej „Luiza wdowa idzie na Dług” mamy nieco więcej informacji o Grzegorzu Gmitrzaku, czyli Gerardzie. Gerard to w gruncie rzeczy człowiek pełen kompleksów, pragnący wyrwać się ze swojej biedy, nędzy, chcący zapomnieć o dzieciństwie bez ojca. W końcu podobny los funduje swojej rodzinie, wplątując się w jakieś ciemne układy. Rozstaje się z żoną i rzadko widuje się z córką. Dosłownie i w przenośni traci głowę, by zdobyć pieniądze w tym dzikim kapitalizmie. Potem te odcięte głowy będą tropem świadczącym o mafijnych porachunkach. I nie będzie to wcale przesadzona teoria. Bo gdyby nawet Adam i Stefan nie odważyli się na ten desperacki krok zabicia Gerarda, to może inni w końcu by go zabili. W reportażu Morawskiej czytamy, że to sam Gerard staje się ofiarą długu i teraz musi znaleźć sposób, by jakoś go spłacić. Klin, klinem. Nie mogąc zapewnić swojej rodzinie godnego bytu, nosząc w sobie zbyt wiele uraz i poczucie porażki, zmienia to wszystko w gniew skierowany na tych młodych, ambitnych biznesmenów, którzy też już sporo zapłacili za swoje marzenia. Żeby dokonać egzekucji nieistniejącego długu, Gerard musi stworzyć własny teatr grozy z odpowiednią oprawą, z pistoletem, z rosyjskimi dresiarzami i ochroniarzem Mariuszem Młodym (od tygodnia na wolności), z odpowiednim soundtrackiem (w filmie to muzyka Urbaniaka „Manhattan dream” w wersji orkiestrowej oraz saksofonowe „Love away”), (w prawdziwej historii) to teatr z muzyką Vivaldiego („Cztery pory roku) – akurat wtedy była Zima, gdy doszło do zbrodni. Jeszcze tylko pożyczone BMW, pistolet i sztuka gotowa. Czerwony znak na białym tle. Ostry kontrast między jedną twarzą a drugą Gerard/Grzegorz. Na wizytówce „Gerard Nowak” – czyta pani z pralni, która zwróciła bogatemu panu pieniądze z marynarki. Nawet to nazwisko w filmie, takie zwyczajne, typowe, takie swojskie, a pierwowzór to Grzegorz Gmitrzak (Jak Grzegorz, Grzesiu, Grzech). „Gerard”, jak gepard. To już imię brzmi bardziej drapieżnie, mocniej, to „rrrrrr”, jakby ukryta bestia już odzywała się w tym niepozornym człowieczku. Gerard taki uśmiechnięty, niepozorny, bez tego czarnego płaszcza, w zwykłej kurtce i czapce fince. Taki zwyczajny facet, sąsiad, którego spotyka się po latach, jak ostatnią szansę w swoich interesach. Cóż to za niezwykły zbieg okoliczności był, że właśnie wtedy, gdy Sławomir Sikora i Artur Bryliński potrzebowali pieniędzy na rozkręcenie swojego interesu, spotkali Grzegorza.

W obawie przed bolesnymi konsekwencjami „roli złego”, czyli agresji publiczności, Krauze zaproponował Chyrze zupełnie inną rolę w serialu „Wielkie rzeczy”, w epizodzie „Gra”, gdzie Chyra z rozwianymi włosami zagrał niezaradnego życiowo rozbitka, alkoholika, który nagle wygrywa całkiem niezłe autko w konkursie audiotele (podobnie jak Rysiek z „Klanu”) i nagle zyskuje poważanie ludzi. Jego morale wzrastają. Nade wszystko po tej wygranej i awansie społecznym pragnie odzyskać swoją rodzinę, żonę i syna, którzy się od niego wyprowadzili. To zupełnie inny bohater i inne przedstawienie, ukazujące szersze spektrum aktorskich możliwości Chyry, który do dziś jest na topie, grając w ambitnych projektach jak i w bardziej popularnych. Ale echo Gerarda Nowaka wciąż pulsuje w tym aktorze i w jego kolejnych wcieleniach. Na przykład w głośnym „Komorniku”, gdzie nieco zakompleksiony Lucjan Bohme swoją nadgorliwością pragnie uporządkować świat na nowo. Co za ironia, że Chyra po raz kolejny ściąga długi, tyle że teraz pod płaszczykiem urzędu. Nie patyczkuje się w szpitalu, tylko rekwiruje używany sprzęt na oczach przerażonych pacjentów. Doprowadza każdą sprawę do końca, irytuje swoją nadgorliwością zarówno niewypłacalnych jak i swoich kolegów z branży. W końcu wielki komornik dostaje po głowie i przechodzi wielką przemianę.

Gerard też dostanie po głowie i straci ją.

Przyspieszamy akcję i już na samym początku filmu witają nas drastyczne widoki w postaci ciał bez głów, które właśnie policja wyławia z Wisły. Co się stało? Jak do tego doszło? Krauze stosuje tu klamrę fabularną, gdzie początek filmu jest bezpośrednio związany z zakończeniem. Rozrywamy to ogniwo i zaglądamy w środek. Cofamy się o parę miesięcy wcześniej. Natomiast w prawdziwym życiu cała ta udręka trwała półtora roku: od spotkania Gerarda do tragedii. Zabieg klamry fabularnej pozwala widzowi wejrzeć głębiej w psychologię postaci, ich motywację. Zresztą sam film i jego treść nie był jakąś wielką niespodzianką dla widzów, znających już dobrze kryminalną sprawę, która wówczas obiegła całą Polskę. Wtedy taka informacja wydana w gazecie zapadała długo w pamięci. Dziś w różnorakich serwisach informacyjnych najprawdopodobniej zginęłaby w gąszczu innych newsów. Tak przygotowani widzowie widzący już trupy, koncentrują się na wzrastającym napięciu, jakie będzie towarzyszyło bohaterom, próbującym jakoś wydostać się z tej matni.

Śledząc historię Artura Brylińskiego i Sławomira Sikory nie sposób nie skojarzyć jej z „Ziemią obiecaną” Reymonta, gdzie również w szybko rozwijającej się Łodzi powstawały co chwila nowe fabryki, kwitły interesy, interesiki, po czym znikały jak bańki mydlane, by zrobić miejsce dla innych. Nie inaczej było po roku 1989, gdzie otworzyły się większe możliwości. O tym traktuje między innymi film Feliksa Falka „Kapitał, czyli zrobić pieniądze w Polsce”. Z zagranicy sprowadzano te „pewexowe” towary i sprzedawano je, zbijając niezłe fortuny. W latach dziewięćdziesiątych niejeden dzisiejszy koncern kosmetyczny, farmaceutyczny, ubraniowy zaczynał właśnie wtedy w małym garażu, magazynie. Ach, wszystko stawało się takie jasne i piękne. Zachodnie, czyż nie?

Właśnie ta jasność zwraca uwagę w filmie. Gdy się dobrze przyjrzymy, każdy z bohaterów ma niezwykle jasną twarz, zupełnie jakby ktoś świecił mocną żarówką na przesłuchaniu i tak rozświetlał ich twarze, że nie widać zupełnie żadnych skaz, zmarszczek, cieni, które dominowały choćby w kinie moralnego niepokoju lat osiemdziesiątych. Może w tej jasności zawarta jest jakaś filozofia? Jasny plan, jasna przyszłość, jasna twarz wspólnika, żadnych cieni – któż tak nie myśli mając dwadzieścia parę lat. Marzenia tak rozświetlają nam twarz i świat, że przestajemy widzieć w tym blichtrze jakiekolwiek zagrożenie.

Jedni od razu decydowali się, że będą importerami poszukiwanych towarów jak kawa (Jacobs) czy kosmetyki. Zaczynają już teraz, nawet bez studiów. Zdobywaj doświadczenie, bo im wcześniej zaczniesz, tym więcej osiągniesz – doradza ojciec Prymusowi w „Młodych Wilkach”. Zatem nie ma sensu czekać na kolejną sesję egzaminacyjną i babrać się z teorią. Pora ruszyć na prawdziwy egzamin, jakim jest handel i pośrednictwo. Tu można poćwiczyć psychologię, ekonomię, matematykę i znajomość języków obcych.

Studia właśnie rzuca nasz główny bohater, Adam Borecki, podobnie jak jego pierwowzór Artur Bryliński, studiujący informatykę. Jakże przyszłościowa dziedzina, która po okresie transformacji ustrojowej będzie coraz bardziej mile widziana we wszelkich usługach i dzisiejszych korporacjach. W przeciwieństwie do ojca Prymusa z „Młodych wilków”, rodzice Artura nie pochwalają decyzji o rzucaniu studiów. Artur to imprezowicz, król parkietu, lubi tańczyć. Tańczyłby całe życie w nowym rytmie rodzącej się Polski. Dobrze ubrany, zadbany tańczy w nowym biznesie jak złoty chłopak. Żyje w biegu, rzuca studia i pośredniczy w różnych transakcjach. Szybko udowadnia, że daje sobie radę. Filmowy Adam planuje biznes ze skuterami, dziś może byłyby to elektryczne hulajnogi. Idealne rozwiązanie dla zakorkowanej Stolicy. A do tego jeszcze nasz bohater buduje dom i oczekuje przyjścia swojego pierwszego dziecka. Ambitnie i trochę tłoczno. Sporo spraw i wszystkie niedokończone, co nie podoba się ojcu. Może taki urok tego nowego pokolenia? Wszystko otwierają, jak nowe zakładki w internecie, ale nic nie potrafią skończyć, jak starsze pokolenie, które czytało od deski do deski.

Niecierpliwy Adam jednak pragnie za wszelką cenę się usamodzielnić. Tak jak w „Ziemi obiecanej” słyszymy od Moryca, że „czas mi robić na swoim”. Adam już nie może znieść tego przytłaczającego mieszkania pełnego książek ojca, tej romantycznej tradycji wyrażonej w poezji Mickiewicza. To zupełnie przereklamowane. Ale jednocześnie Adam projektuje na komputerze swój wymarzony dom, który z tymi kolumnami przypomina trochę dworek szlachecki. Bo nie uciekniemy od tego, w czym się wychowaliśmy. Możemy jedynie zmienić nazwy naszych motywacji.

Adam, to taki facet, który chce mieć wszystko poukładane po swojemu. Jak biblijny Adam chce nazwać, zdefiniować swój kawałek świata i zrobić z niego raj. To on dzierży komputer, projektuje, snuje śmiałą wizję domu i zręcznie podlicza podatki na kalkulatorze, sprawdza na zegarku punktualność. Ma swoje zasady, nawet gdy to niby on „oszukuje” Gerarda. Ubiera się w ciemne barwy, garnitur: biała koszula, czarna marynarka – tradycyjnie, bezpiecznie. A z tymi ciemnymi barwami kontrastuje tylko jego jasna twarz, twarz, którą próbuje zachować w coraz bardziej ciemnych interesach. Jego styl także zbiega się z wyborem drugiej połówki Basi. Jak się powiedziało A jak Adam, to musi B jak Basia. A potem c jak cel. Rodzina i własny biznes. Basia to taka skryta, niepozorna dziewczyna, taka szara myszka idealnie pasująca do szarego świata Adasia.


Znacznie bardziej elastyczny i kolorowy jest Stefan, nie tylko jako sportowiec, pasjonat wspinaczki wysokogórskiej, ale pod względem charakteru. Stefan jest bardziej „światowy”, żartobliwy, swobodny, spóźnialski, wyluzowany, to także widać w wyborze życiowej partnerki, Joli, która jest spontaniczna, wesoła, pełna seksapilu – zupełne przeciwieństwo Basi. (Z książki Sikory dowiadujemy się, że jego związek z Jolą nie przetrwał próby więzienia).

Ale Stefana łatwiej złamać/zgiąć. To on mówi, że trzeba „spłacić faceta”, nawet jeśli to wymyślony dług, „wykołuje tę kasę, wykopię spod ziemi i wszystko się jakoś ułoży” – trzeba spłacić, jeśli Gerard grozi, że wyślę Jolkę do niemieckiego domu publicznego. To Stefan w końcu sprzedaje kontrakt na skutery, by oddać pieniądze Gerardowi. On wykrada czeki swojemu szefowi, bogatemu Niemcowi, on zdradza kryjówkę Adama. Stefan jest także elastyczny w swojej moralności. W odpowiednim momencie poddaje się Gerardowi, a po dokonaniu zbrodni spokojnie mówi o spaleniu ubrań, dzwoni do elektrociepłowni i skarży się na zapowietrzone kaloryfery, jak gdyby nigdy nic się nie stało tamtej nocy nad Wisłą. To on tak spokojnie, żując gumę mówi o alibi, że oto balowali z Tadkiem przez całą noc i policja nic nie będzie na nich miała.

Jednak w reportażu „Luiza wdowa idzie na Dług” to Adam (Artur Bryliński) jest zrelaksowany po zbrodni, czuje się jakby uwolnił się z największego jarzma. Śpi bardzo długo, a potem jeszcze odbiera babcię od dentysty. Je spokojnie obiad z rodzicami, przytula swojego siostrzeńca – choć kilkanaście godzin wcześniej wbijał nóż w serce swego oprawcy.

Naprawdę trudno uwierzyć, gdy patrzy się na dokument „Dług. Prawdziwa historia” i słucha spokojnego głosu Artura, że to właśnie on pierwszy zadał ten śmiertelny cios, a potem lawina ruszyła. Być może w Adamie już pękła ta granica. A Gerard może już wcześniej się z tym uporał, więc łamanie mu kręgosłupa… prawdziwego i moralnego to pewna ironia? Można go tylko zabić. Ale co ciekawe prawdziwy Gerard, czyli Grzegorz w latach osiemdziesiątych doznał dość poważnego urazu kręgosłupa. Po narodzinach córki tak się zmotywował, że w końcu ozdrowiał. I był na tyle silny, by zastraszać innych i ściągać fikcyjne długi.

Różnice między Adamem i Stefanem widać także w sposobie ubierania. Adam zazwyczaj ubiera się w ciemne barwy, Stefan natomiast nosi jasne i kolorowe ubrania, bojówki, sportowe buty, a nawet zielonkawy garnitur. Mieszkanie Stefana jest bardziej jasne, więcej w nim jakiejś przestrzeni, oddechu, podczas gdy mieszkanie rodziców Adama wydaje się przepełnione tym całym inteligenckim kurzem, urządzone w tym prl-owskim stylu.

Stefanowi łatwiej uciec ze swojego mieszkania, odrzucić sentymenty, zostawić dziewczynę, wyjechać za granicę, podobnie jak Tadeuszowi Freiowi, trzeciemu wspólnikowi zbrodni, który po tej strasznej nocy jest już w Kopenhadze. Tadek zresztą dość sprytnie postąpił, robiąc to przedstawienie ze zwichniętą kostką, przez co nie uczestniczył bezpośrednio w samej zbrodni. Już wtedy nie ufał swoim dwóm wspólnikom, którym puszczały nerwy. Tadeusz zachował się inaczej niż jego pierwowzór, który był także na miejscu podczas tej całej tragedii. Zresztą tych wspólników w zbrodni było więcej niż tylko trzech. Tak naprawdę było ich pięciu: Stefan, Adam, Tadek, brat Stefana i jego kolega. Bójka w mieszkaniu, obezwładnienie. Rozdzielenie się wspólników, tylko Adam, Stefan i Tadek jadą w las pod Maciejowicami, by tam dokonać mordu. A po wszystkim?

W filmie praktycznie wszyscy uciekają. Tylko Adam zostaje na placu Boju i w końcu się przyznaje do zbrodni wedle swojego kodeksu. „I nawet, kiedy będę sam nie zmienię się, to nie mój świat. Przede mną droga którą znam którą ja wybrałem sam” – śpiewa Myslovitz, a Robert Gonera występuje w ich teledysku.

Co do garderoby bohaterów i ich zachowania, to jeszcze wspomnijmy, że po zbrodni Adam wyrzucił niebieskie dżinsy, na których były ślady krwi i przebrał się w rzeczy Stefana. W cudzym ubraniu jednak nasz bohater długo nie wytrzymuje i w końcu przyznaje się do winy. Zdejmuje kaptur (winy strachu) i dzwoni na policję. Tak kończy się film „Dług”.

Ale w rzeczywistości to Stefan (czyli Sławomir Sikora) nie wytrzymał psychicznie i przyznał się do winy, natomiast Adam (Artur) działał tak, żeby zatrzeć wszystkie ślady. To on przecież wpadł na pomysł odcięcia głów, by ta zbrodnia była kojarzona z mafijnymi porachunkami. Początkowo miał pretensje do Sikory, że ten ich wsypał, ale potem sam poczuł ulgę, że wreszcie to się skończy. Nawet ta krótka przyjaźń? Pęknie jak lina na tak ostrej krawędzi.

Cofnijmy się o kilkadziesiąt minut wcześniej, gdy Adam i Stefan odwiedzają swoje puste biuro, gdzie mieli sprzedawać skutery. Widać zdjęcie dwójki przyjaciół, jak się wspinają na szczyt. Znów mają pod górę, bo bank im właśnie odmówił kredytu. Lina przyjaźni i wspólnych interesów znów jest napięta, tak jak w „Siedem lat w Tybecie”.

Przyjaźń w biznesowej kulturze Yuppies to bardziej lina, po której wszyscy zainteresowani pną się do sukcesu, czasem ta lina się przeciera, ktoś jest za ciężki, niewygodny, musi odpaść z danej spółki. Wspólnik, który w końcu przekreśla marzenia, sprzedając kontrakt. Wobec takich okoliczności „czego życzyć szefowi?, chyba tylko tego, bym pozbył się wspólnika.” – Powiada szef restauracji-pubu, w którym nie tak dawno Adam snuł swoje marzenia, będąc zrelaksowanym klientem, a teraz jest pracownikiem, kelnerem, by jakoś związać koniec z końcem i znów zarzucić linę na szczyt marzeń. Tu nagle na samym szczycie, apogeum strachu, frustracji, gdy bohaterowie zostają doprowadzeni do ostateczności, lina pęka. Wszyscy spadają w czarną otchłań i dopiero w więzieniu uczą się wchodzić na nowo, na inne, trochę niższe szczyty, by kiedyś znów nacieszyć się wolnością, spojrzeć, w górę, w dół i odetchnąć spokojnie.

W rozpędzającym się kapitalizmie każdy przędzie jak może. Taki Tadeusz Frei, to najbardziej kompromisowy z całej tej trójki. To on daje schronienie Adamowi, gdy ten jest w zawieszeniu między mieszkaniem u rodziców, swoją działką i Gerardem. Tadek to oportunista, studiuje marketing i sprzedaje używane samochody, pełne różnych niespodzianek – znaczy się… ukrytych usterek. Przed lustrem starannie dobiera krawaty, dba o wygląd, by być jak najbardziej przekonującym sprzedawcą. Sprytnie wykorzystuje obecność swoich kumpli, traktując ich jak klientów, którzy także są zainteresowani samochodem, nad którym wydziwia „cwany dziadzio”. Oczywiście dziadek daje się na nabrać i kupuje. Tadek zgarnia marżę i jest dobrze. Interes ubity pod fundamenty nowej korpokultury, gdzie najważniejszy będzie podpisany kontrakt. Ale jeszcze dookoła widać wielu, którzy sobie handlują na stoliczkach, na słynnym Stadionie Dziesięciolecia. Sprowadzają luksusowe towary z zagranicy do wygłodniałej Polski i zgarniają swoje, tak jak to widzieliśmy w filmie „Yuma”.

Interes za interesem i wreszcie ta wielka szansa na atrakcyjny kontrakt. O ile w filmie „Dług” tym głównym biznesem są skutery, to w prawdziwej historii były to naturalne kosmetyki, sprowadzane ze Stanów Zjednoczonych. Kosmetyki jak maść na trądzik czy kremy przeciwzmarszczkowe – coś dla małolatów i dla starszych. Odrobina luksusu po szarej komunie. To się zawsze sprzeda. W filmie mamy pokazane staranne przygotowanie do tego biznesu: badania rynku, biznesplan. Towar w postaci skuterów, odpowiadający zakorkowanej Stolicy. Jest potrzeba i jest towar. Wszystko profesjonalnie. Interes zapowiada się całkiem dobrze, jednak chłopakom brakuje trochę kasy. Kapryśny Bank odmawia, trzeba szukać dalej: partnerów, wspólników, gwarancji.

Dookoła Zima. Biało, szaro, niepewnie i samotnie. Biała karta gotowa na ambitny projekt. I tylko to ciepło marzeń rozgrzewa chłopaków do czerwoności, by jeszcze dalej pędzić tą lokomotywą do sukcesu. Ta Zima to także pewnego rodzaju metafora coraz chłodniejszych relacji w Polsce po upadku komunizmu. Coraz więcej interesów, spółek, coraz mniej zwyczajnych przyjaźni. Dodajmy przecież, że Sławomir Sikora i Artur Bryliński poznali się na początku lat dziewięćdziesiątych. Nie była to więc długa relacja. Wspólne interesy, zabawy, no i w końcu wspólna zbrodnia, a potem długa rozłąka i wspólne bolesne wspomnienia.

Rewolucyjne kosmetyki na bazie naturalnych składników, które miały zapewnić Sikorze i Brylińskiemu sukces, przybyły ze Stanów Zjednoczonych, podobnie jak cała kultura Yuppies, czyli Young Urban Professional (bohaterowie tej kultury są sportretowani choćby w takich filmach jak: „Wall street”, American psycho”, „Fight club”), która pięknie przyjęła się w Polsce, spragnionej zachodniego stylu życia i produktów. O tym już traktował film „Młode wilki”, gdzie poznajemy sprytnych przemytników. Bohaterowie „Długu” to ambitni biznesmeni z konkretnym biznesplanem i doświadczeniem. Nie są tak narwani jak „Młode wilki”, którzy zarówno są biznesmanami jak i gangsterami. Adam i Stefan stąpają twardo po gruncie i w każdym towarze widzą możliwości. Jednak mglista rzeczywistość, w której chcą zrealizować swój sen, wymusza od nich coraz większe poświęcenie, także moralne. Zarówno „Młode Wilki” jak bohaterowie „Długu” zadzierają z niewłaściwymi ludźmi. Adam i Stefan to przede wszystkim wspólnicy, a potem przyjaciele. Interesy już niejedną przyjaźń zniszczyły i tu dzieje się podobnie, gdy w ich układ wchodzi Gerard, kumpel Stefana z podwórka. Niezwykłe, jak człowiek się może zmienić. Gerard obiecuje, że załatwi kredyt, gwarancje, a w końcu gdy nic z tego nie wychodzi, wystawia swój rachunek. Gerard jest niczym diabeł, który zwodząc bohaterów, zmusza ich do coraz gorszych występków, by zdobyć kasę na spłatę swojego długu. Ciągle zapewnia, że tym razem to będzie ostatni raz i posuwają się dalej nad przepaścią, idą po cienkim lodzie. Są na każde jego wezwanie. Ile dziś mam zdobyć drogi panie? Gdy nadjeżdża samochód Gerarda, jeszcze bardziej zaciemnia on sylwetkę Stefana czekającego przy garażach. Z każdą kolejną minutą będzie coraz ciemniej, aż bohaterowie zaciemnią zupełnie swoje sumienia. 


Gdy Nowak ukazuje przed bohaterami grozę ich sytuacji „długu bez wyjścia”, narasta między nimi wzajemna nieufność. Podczas gdy Adam załatwia upragniony kredyt, by zrealizować kontrakt ze skuterami, Stefan sprzedaje w tajemnicy ten kontrakt i oddaje pieniądze Gerardowi. Stefan zdradza kryjówkę Adama u Tadeusza. Z racji tego, że Adam musi się ukrywać przed Gerardem, rzadziej bywa u Basi w szpitalu. Dziewczyna w ciąży zaczyna podejrzewać, że nieobecność Adama jest związana z jakimś romansem. W końcu zestresowana dziewczyna poroni, a Adam po raz kolejny przeżyje koniec świata.

 

„Jesteście mi winni sześć tysięcy dolarów!”

„Przejmuję tą działkę!”

„Albo podpisujesz, albo ten nóż to dowód w sprawie!”

„Ja ci ustalam godziny.”

„Czeki!”

„Oddajcie mi te pieniądze. Ja nie chcę problemów”.

„Jutro tutaj o tej samej porze kasa. U ruskich za taki numer już byś nie żył!” – Straszy Gerard.

„Znowu potrzebujesz pieniędzy. Ile ty masz lat? Musiałem świecić oczami za te twoje skutery. Czy ty potrafisz doprowadzić coś do końca i porządnie?” – gromi ojciec

„Jak długo to trwa, wiem, że masz kogoś, nie kłam!” – denerwuje się Basia,

„Miałeś być w garniturze, jedziemy do banku.” – napiera Gerard.

 

Gdy ogląda się tą lawinę bolesnych przeżyć w filmie, widz ma wrażenie, jakby oglądał nową księgę Hioba. Z każdą kolejną sceną na bohaterów spada coraz więcej nieszczęść. Hasło przewodnie tego filmu brzmi „nikt nie chce ci pomóc”. Nikt? A policja? „Proszę pana, pouczymy go, przynajmniej nie będzie się czuł bezkarny”. Pouczenie, a potem zemsta Gerarda, który i tak ma znajomych na policji.

A może jakaś siła wyższa! Czy chodzi wam o Boga? A czy ktoś w tym zimnym kapitalizmie potrzebuje Boga? Czy naprawdę nikt nie może nam pomóc? W takim razie mamy sami sobie poradzić?!

 

„ — Żałujesz?

 — A ty żałujesz?

 — Ja nic nie zrobiłem.

 — No właśnie. Żałujesz, że nic nie zrobiłeś.

 — A nie zabijaj

 — Dlatego siedzę. Zbrodnia to zbrodnia bez względu na karę.

 — A ja za co siedzę. Gdzie tu jest sens i logika?

 — A co ma myśleć dziewczynka, którą zgwałcił ojciec. Co dla niej znaczy „czcij ojca swego”? Świat nie

ma sensu. Trzeba go znaleźć samemu i łożyć ofiarę. Żal tu nie ma nic do rzeczy”.

 

Powiada Dawid, ale nie ten z Biblii, tylko bohater „Symetrii” Konrada Niewolskiego, co ciekawe grany przez Andrzej Chyrę, czyli naszego Gerarda. Tu jednak Gerard to Dawid, który zabił gwałciciela swojej żony, sam wymierzył sprawiedliwość, tak jak bohaterowie „Długu”.

 

WRESZCIE!

 


 

Dwa trupy. Gerard i Młody (od kilku miesięcy na wolności, od kilku minut martwy). Adam cały drży. Już nie wie czy to on to robi, czy ktoś inny. Wyciąga nóż z ciała. Stefan, jakby rażony piorunem spogląda w górę. Jarzy się słabe światło z ciągnika, oświetlające krajobraz po zbrodni.

 

Cień pada na Adama.

 

Stefan jest zszokowany

 

I wszystko zwalnia. Nie ma już tych pogawędek, interesików, transakcji, biegania po mieście w garniturze, sprzedawania, negocjowania. Cisza. Ciemność. Poranek. Stefan zdejmuje grube kotary, które wcześniej służyły mu do maskowania jego obecności w domu, żeby Gerard się nie zorientował. Teraz już nie musi się bać. Zdejmuje zasłony jak kurtyny w teatrze. Wreszcie jasność. Nie musi udawać. Ten okropny spektakl dobiegł końca. 


Adama zauważa na spodniach krew. Nie można jej zmazać. Choćby człowiek kąpał się cały dzień, wciąż będzie naznaczony tym brudem. Trzeba się przebrać w ciuchy Stefana, zmienić niejako swoją tożsamość. Po tym wszystkim Adam wraca do mieszkania rodziców, podchodzi do jasnego okna, światło oświetla twarz winowajcy, który po chwili siada przy stole tyłem do regału, gdzie leży na półce czerwone wydanie Biblii (z ilustracjami Gustave’a Dore’a, który także zdobił swoimi rycinami „Boską komedię” Dantego).

 

Adamie, czemu się przede mną chowasz? — Powtarza się znajoma kwestia z Księgi Rodzaju.

 

Po zbrodni pojawia się u Adama syndrom Raskolnikowa, gorączka, maligna, zimno. Może to był sen? Zagubiony Adam okrywa się kocem, jakby chciał się ogrzać w domowym cieple tradycji, od której nie tak dawno chciał uciec. Cierpliwa matka przynosi mu świeżą piżamę, jak za dawnych lat. Bo Adam pragnie wrócić do dawnego świata, by tam siebie odnaleźć. Zasypia na wiele godzin. Na chwilę zapomniał o tym wszystkim.

Siedzi zamyślony przy biurku, przed wyłączonym komputerem, przy którym nie tak dawno projektował swój dom. Domu nie ma. Najgorsze za nim. Basia poroniła, a Gerard nie żyje. Nie ma już nadziei, jest pustka, kojący spokój. Cisza. Cudowny minimalizm kontrastujący z dawnym konsumpcjonizmem. Ech, trudno. Nie każdemu jest pisana fortuna. Do Adama podchodzi ojciec i proponuje, by syn coś zjadł. Tak „Dług” to film o wielkim apetycie na wspaniałe życie, wielkie pieniądze, to sen o pełnych talerzach. Na początku filmu Adam zjada kolację w pubie, a potem sam pracuje w tym pubie czyszcząc „stoliczki”, choć sam chciałby wrócić na pozycję klienta i tego który pije drogiego szampana. Teraz po tym wielkim głodzie sukcesu, po wielkim DŁUGU, po okrutnej zbrodni pojawia się „GŁUD” duchowy, „GŁUD sumienia”, „GŁUD” oczyszczenia swojej duszy.

 

Kiedy Adam już po zbrodni, szuka sobie miejsca w pustym mieszkaniu, chodzi to tu, to tam od regału do regału, próbując się odnaleźć w nowym „Raju” po śmierci swego oprawcy. Zmywa po sobie, jakby zmywał winę, kojący strumień z kranu (wreszcie posłuchał Ojca, który wcześniej mu mówił – „na miłość Boską sprzątaj po sobie”) – nagle coś w tym szumie wody spada, kubek, łyżka, coś jakby pęka, dźwięczy w głównym bohaterze. Dłużej nie sposób utrzymać tej winy, trzeba coś zrobić, trzeba właśnie posprzątać po sobie, wziąć odpowiedzialność za siebie.

 

Krok po kroku, stopień po stopniu. Dasz radę.

 

Potem widzimy te schody w parku Łazienkowskim i Adama siedzącego na ławce. Miał się tutaj spotkać z kolegami i uzgodnić szczegóły alibi, ale tu chyba kończy się przyjaźń yuppies, tu kończy się interes. Adam siedzi na schodach w bloku i czeka na Basię. Na jedyną osobę, której chce się wyspowiadać ze swojej zbrodni. 


No i gdy już Basia wie, rozumie i przeprasza go, że go wtedy nie wysłuchała, bohaterowie się przepychają. On nie chce jej w to wciągać, ona chce go wspierać, przychodzi, odchodzi, miota się, a w tle widzimy kościół, jak ostatni drogowskaz, symbol wiary, wartości, od których się odwrócił nasz bohater. A teraz do nich wraca. Wstaje z ławki. Idzie do budki telefonicznej, by się przyznać i zdjąć z siebie jarzmo. I być może to jest optymistyczny akcent w tym filmie, że mimo wszystko człowiek uratował swoją duszę, przeżywając wielką kaźń…


Dlaczego popełniłem zbrodnię? Dlaczego zmarnowałem sobie większy fragment własnego życia? Odpowiedź wydała mi się zaskakująco prosta, choć potrzebowałem blisko dwóch lat, aby do tego dojść. Popełniłem podstawowy błąd, starałem się budować, żyć wyłącznie w oparciu o własne, ludzkie siły. Niestety czasem, zwyczajnie po ludzku, nie daje się rady. Człowiek jest słabą istotą. Upada. Wiele w sprzeczności. Dotyczy to głównie ogromnych pokładów drzemiących w nim pragnień[1].

 









[1] S. Sikora: Mój dług. Gdański Dom Wydawniczy. Gdańsk 2004, s. 263.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOLNY DZIEŃ FERRISA BUELLERA - DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI ŻYCIA NASZEGO

I STANIE SIĘ KONIEC

DOBRANOC MAMUSIU. CZYLI JAK ODEJŚĆ NA WŁASNYCH WARUNKACH