ŻYCIE RODZINNE, CZYLI PAN TADEUSZ W ZRUJNOWANYCH SCENOGRAFIACH
Podobno powroty do domu są takie przyjemne. Po zgiełku życia w pędzie, człowiek przekracza próg i wreszcie jest u siebie. Tu może czuć się tak swobodnie. Może się wyspać, a potem wspominać stare kąty i dziwić się, że tu teraz stanęła ściana. No właśnie nowa ściana, nowe mury, a zarazem wszystko się rozpada… między nami.
Nic dziwnego, gdy odeszło się z ulgą z rodzinnego domu, a może wręcz uciekło z tym dzikim uczuciem satysfakcji, że już trujący bluszcz rodziny nie dosięgnie nas słodko-gorzkimi owocami. Uciekliśmy od tych wszystkich tradycji, oczyściliśmy nasze oblicza z cieni przodków i gotowi jesteśmy jak czyste karty na projekcję własnych ambicji. Uciekliśmy z tego toksycznego raju, by spełnić się gdzie indziej. Czy to grzech, że chciało się być innym od swojej rodziny, chciało się zrobić coś po swojemu? To przecież normalne, że niejeden z nas opuszcza rodzinne gniazdo, by założyć własne, by zmienić otoczenie, może nawet zapomnieć o tym dawnym domu, w którym było tyle ścian niepotrzebnych uprzedzeń i tradycji. My postanowiliśmy inaczej, że w naszym domu będzie przestrzeń otwarta, liberalnie i wspaniale. Zawsze tak mówimy. A gdzieś potem, skrycie chcemy coraz więcej tych małych kątów, w których pochowamy swoje sekrety i lęki, ustalimy nowe granice jako dumni panowie.
Ja tu się rozpisuję, a tu nagle przychodzi telegram. Wit, pracujący w biurze projektowym, śmiało kreślący nową wizję miasta, kraju, a może i świata właśnie musi przerwać swoją pracę. Odbiera i czyta przerażony. Coś z ojcem. Ale czemu go to martwi. Tak dawno już nie widział ojca. Może nawet już pochował go w myślach. Ale jednak trzeba będzie się skonfrontować z tym tak naprawdę. Rodzina jednak o nim nie zapomniała, mimo, że on w jakimś sensie się ich wyrzekł. Chciał zapomnieć. Przypomnieli mu o swoim istnieniu. Ten przeklęty wyrzut sumienia na nieskazitelnym obliczu Wita, takim wzorowym pracowniku i wspaniałym, uczynnym koledze, który sam siebie stworzył od nowa. Nowy uśmiechnięty człowiek bez korzeni, budujący socjalistyczny kraj. A gdyby tak głębiej zajrzeć w tego utalentowanego, pięknego chłopaka, w jego pochodzenie, w jego korzenie, co tam odnajdziemy. Czy czegoś się on będzie wstydził?
Czas na powrót w rodzinne strony.
Daniel Olbrychski będzie tak jeszcze przyjeżdżał w te dawne strony w „Ziemi obiecanej”, jako Karol Borowiecki, zmierzający do Kurowa, gdzie już nie znajdzie wspólnego języka z ojcem tradycjonalistą. Albo w „Pannach z Wilka”, gdzie nie znajdzie już tych dawnych dziewczyn, w których się kochał, tylko ironiczne kobiety patrzące na niego z góry jak na niepoprawnego marzyciela.
Nie inaczej jest w „Życiu rodzinnym”, gdzie nawet spotykamy jedną z Panien Wilka, w którą się wciela Maja Komorowska, grająca tu podstarzałą pannę lekkich obyczajów, Bellę, siostrę Wita, która w ledwie dopiętym szlafroku wita brata. Marnotrawny syn wrócił do domu! Obwieszcza radośnie, bo znów się upiła. Podryguje, podśmiechuje, tańczy, śpiewa, w pół się zgina, jak aktorka, która chce być dostrzeżona. Ma się przed kim pokazać, bo oprócz Wita jeszcze jeden gość zajechał do domu. Marek był tak dobry, że podwiózł przyjaciela do rodzinnego dworku i sam jest zaintrygowany tym, co widzi tu przed sobą. Jasne biuro pracowni, gdzie powstawały szkice nowego kraju zanikają w mrokach tego miejsca jak z horroru. Nawiedzony dom, rezydencja Potwornickich lub Addamsów, chociaż te rodziny potrafią ze sobą wytrzymać wiele, a nawet cieszą się ze swego towarzystwa. Podczas gdy tu scenografie niszczejącego domu, odzwierciedlają obraz rodzinnych relacji. Ach ten zrujnowany dom, będący kiedyś pewnie wspaniałą willą, pałacykiem. Kiedyś tam było życie. Jakieś bale, wieczory. Zacni goście. Coś się działo. Dziś chwasty wyrastają z tych murów. A w środku jacyś dziwni bohaterowie. W głębi duszy rozgoryczeni tym, że nie potrafili się dostosować do zmieniającego się świata. Lekko podpici, witający gości swoim czarnym humorem. Biedna, zgarbiona cioteczka, prowadząca ostatkiem sił to gospodarstwo, Bella żyjąca w swoim dziwnym świecie, mówiąca pół żartem, pół serio i wreszcie najważniejszy powód wizyty, czyli ojciec, który wbrew informacjom zawartym w telegramie ma się całkiem nieźle. Nazywa Wita „człowiekiem, który kiedyś był moim synem”. Iskrzy ironią, sarkazmem, dolewa sobie alkoholu, wygląda jak hrabia, który już stracił termin ważności w tym rozpadającym się domu, gdzie wszystko odmawia posłuszeństwa. Albo coś przecieka, albo czystej wody nie ma, albo zimno, albo pleśń. Coraz więcej gołych ścian i pustych półek. Trzeba było coś sprzedać, żeby utrzymać tą ruinę. Chyba nawet portret czcigodnej matki poszedł pod zastaw. Ale duma szlachcica nie pozwala gościom czekać w progu. Wciąż można usiąść przy stole i zjeść jakąś kolację. Niech cioteczka przygotuje. Mimo, że ledwo dyszy. I chociaż można udawać, że się o czymś rozmawia. Choćby ze względu na Marka, który już jest tu kimś zupełnie z zewnątrz, kto z minuty na minutę coraz bardziej się dziwi, gdzie on właściwie trafił? Czy to rzeczywiście rodzina jego przyjaciela. Tak zupełnie różni. Wit stara się trzymać emocje na wodzy, podczas gdy siostra, cioteczka i ojciec katują go ironicznymi uwagami, które co jakiś czas bawią Marka. Choć i on czuje chyba coraz większe zażenowanie, a w dodatku musi znosić zaloty Belli, która co chwila wiesza się na jego szyi, przytula, szepcze czułe słówka i całuje. I to jest siostra tego Wita, którego znam?! Jak się tu zachować Nie wiadomo w sumie czy wszyscy są serdecznie nastawieni do przyjazdu dawno nie widzianego członka rodziny, czy może chcą mu dopiec za to, że ich zdradził i uciekł stąd?
Z czasem atmosfera się coraz bardziej zaostrza. Zdawkowe grzeczności zmieniają się w krzyki w jawnie okazywane pretensje. Ojciec mówi wprost, że syn tak nie powinien postępować. Ale Wit broni swoich racji. Nie uciekł tak bez celu. Został inżynierem, ma dobrą pracę, za niedługo się ustatkuje, jest członkiem nowego społeczeństwa. Jest dumny z siebie, choć słychać, jak drży mu głos. Przed ojcem wciąż ma to poczucie winy. Czemu do cholery oni sami się nie przeprowadzą? Czemu nie zostawią tego domu na rozbiórkę. Może ktoś by kupił tą ziemię? Mieliby pieniądze na jakieś nowe lokum. Mógłby wziąć do siebie ojca. Ale nie! Stary się uparł, żeby tu zostać. Dumny hrabia! To jego świat, w którym jeszcze czuje się sobą, nawet jeśli te scenografie dookoła niego to zgliszcza. Więc niech zostają w tym swoim dawnym świecie. Niepotrzebni nikomu szlachcice, jaśnie państwo, które nie potrafi sobie znaleźć celu, poza torturą wspominania złotych czasów. A Wit dalej będzie robił swoje, choć Marek pewnie będzie patrzył na niego już inaczej. Facet, który zostawił swoją rodzinę. Nie zadbał o nich. Egoista? To oni sami się zostawili w tym ponurym miejscu, podobnym do cmentarzyska, podczas gdy on poszedł dalej ku słońcu, ku przyszłości. Zniesmaczony całą tą wizytą Wit odchodzi, deklarując, żeby już nigdy, przenigdy do niego nie pisać. Koniec. Trzeba zerwać tą relację. Zaledwie jeden dzień w tym domu wystarczy, żeby poczuć się kompletnie zdołowanym. To się nazywa toksyczne środowisko przesiąknięte sentymentami i tradycjami. Dosyć. Wit coraz szybciej idzie na dworzec. Miesza się z tłumem innych, jak bezimienny, bez przeszłości, wtapia się w tą rzekę ludzi zmierzających gdzieś i po coś. I coraz bardziej się uśmiecha, gdy już odjeżdża z tego cmentarzyska. Pożegnał się z sentymentami. Nareszcie lżej! Życie rodzinne właśnie na tym polega. Odchodzi z jednej rodziny, by czuć się indywidualistą. Hipokryta, który już za niedługo założy swoją rodzinę, z której po jakimś czasie uciekną twoje dzieci, by stworzyć inne życie rodzinne. A może życia rodzinnego nie ma. Ono zawsze jest gdzieś poza. W tych starannych pozach lub projekcjach wymarzonej przyszłości, bajkowych ideałach, do których wszyscy zmierzają a potem z niego uciekają.
Komentarze
Prześlij komentarz