JAŚ FASOLA. GENIALNA POMYŁKA
Nie Benny Hill, nie Monty Python a właśnie…. Jaś fasola. Jakże inny od nich wszystkich. Jedyny w swoim rodzaju. Nie tak wulgarny w swoim słowniku, jak choćby rozgadany John Cleese, czy Eric Idle. Prawdę powiedziawszy, nie marnujący niepotrzebnie słów. Czasem coś burknie, wymamrocze, wyda jakiś dziwny odgłos, a tak poza tym jego humor skupia się na nietypowym zachowaniu. Chociaż tutaj można polemizować. Czy Fasola to taki nienormalny osobnik? Może nieco zdziecinniały, biorący wszystko zbyt dosłownie, do siebie, a jednak niesamowity spryciarz, gdy inni czekają przed centrum handlowym w Anglii lat 90-tych, on spokojnie zajeżdża minutę przed otwarciem i podchodzi do śpiwora, w którym zostawił parę poduszek, szmat, że niby spał tutaj całą noc, by być pierwszym. Albo gdy prowadzi swojego zielonego Mini Coopera, siedząc na dachu, by tak przewieźć olbrzymi fotel. Wystarczy odrobina wyobraźni i kije od miotły, poruszające kierownicą. Chociaż można by oczywiście zamówić transport. Nie, Jaś Fasola to raczej oszczędny gość, zawsze liczy ostatni grosz, czy to w restauracji czy w centrum handlowym. Choć gdy trzeba, to wspomoże ulicznego grajka. Nie chcąc pozbywać się banknotów z kieszeni, będzie musiał jakoś zdobyć marnego pensa. Wcześniej sam występując na ulicy, wykonując jakiś dziwny taniec, dostanie marnego miedziaka od przejętego przechodnia. A po całym występie, wrzuci tą monetę saksofoniście do futerału. Co za kreatywność! On jeden wie, jak pomalować pokój jedną puszką farby, nie używając przy tym marnego pędzelka czy wałka. Wystarczy podłożyć fajerwerki przy puszce z farbą. Bang! I mamy bieluśki pokój. Sprytny, a momentami złośliwy, uroczy, czasem o mentalności małego chłopca, który bardziej lubi się przytulać do swojego wynędzniałego misia niż do dziewczyny.
Kim on jest? Gdzie się urodził, skąd przybył i dokąd zmierza? Intryguje nas. Wykreowany przez Rowana Atkinsona, który wcześniej dał się poznać jako komik stand-uper i główny odtwórca w serialu „Czarna Żmija”, gdzie już wykrystalizował się stały zespół, z którym Atkinson przez następne lata będzie rozśmieszał ludzi. Mowa tu o scenarzyście Richardzie Curtisie, twórcy hitu „Cztery wesela i pogrzeb”, w którym Atkinson także pojawi się w roli debiutującego, ciapowatego księdza, udzielającego ślubu Lydii i Bernardowi. Z kolei z Bernardem, czyli Davidem Haigem Atkinson zagra w serialu „Cienka niebieska linia”, ukazując perypetie pewnego posterunku policji.
Za muzykę zaś będzie odpowiadał Howard Goodall, który zarówno w „Czarnej Żmiji” jak i w kolejnych seriach „Jasia Fasoli” nie będzie żałował klasycznych, chóralnych tematów, które dziwnie kontrastują z poczciwym humorem, jaki jest zawarty w filmach. Dla mnie osobiście największe wrażenie robi temat „Mad Pianos”, który pojawił się w pełnometrażowym filmie „Jaś Fasola. Nadciąga totalny kataklizm”, gdzie nasz główny bohater przeniesie się z sennej Anglii do słonecznej Californii. A wszystko za sprawą pewnego obrazu. Muzyka Goodalla z symfoniczną partią i migoczącymi w uszach klawiszami niesamowicie podbija tą z pozoru zwykłą komedię. Napisałbym nawet, że ten motyw dziwnie wzrusza, uwzniośla. Jakby z tego chaosu obrazowanego przez klawisze, ustawione na sekwencerze, wyłaniał się jakiś piękny porządek, niezwykła harmonia oddana tu przez głos śpiewaczki i całą orkiestrę symfoniczną. Jakby Jaś Fasola był taką dziwną, a wręcz genialną pomyłką Boga w stworzeniu, która jednak po chaosie zaprowadza niezwykłą harmonię swoją pomysłowością. I tak to właśnie widzimy w tym pierwszym pełnometrażowym filmie o perypetiach Fasoli. Gość z Anglii ze swoim talentem do tarapatów, prawie rozbija amerykańską rodzinę Davida Langleya, badacza sztuki i kustosza muzeum Sztuki Nowoczesnej. Wszystko przez to, że David zaprosił pana Fasolę do siebie, wierząc, że to wybitny znawca sztuki, z tytułem doktora. Takich inteligentnych gości nigdy dość w domu, gdy dorastającym dzieciom brakuje autorytetów. Ale pan Fasola to w rzeczywistości zwykły woźny, pracujący w Narodowym Muzeum Sztuki w Anglii, który nie cieszy się zbyt dobrą opinią. Aby się go pozbyć i zażartować sobie z amerykańskich kolegów, Anglicy postanowili wysłać właśnie pana Fasolę, aby uświetnił swoją nietuzinkową osobą prezentację obrazu „Matki Whistlera”, która właśnie przyjechała do Stanów. Będzie się działo: dziennikarze, najwybitniejsze sławy i właśnie pan Fasola, który nie ma zielonego pojęcia o sztuce. Kiedy David poznaje prawdę, jest przerażony. Przyjął pod swój dach kompletnego wariata, przez którego jego żona i dzieci się wyprowadzili. Ale obecność pana Fasoli paradoksalnie oczyściła atmosferę tej nieco sztucznej, amerykańskiej rodzinki, gdzie wszystko opierało się na pozorach. Pan Fasola może nie zna się na sztuce i nie używa zbyt wielu wyszukanych słów, ale gdzieś między wierszami potrafi jednak dostrzec to coś, co inni często jednak pomijają. Udowadnia on to podczas swojej przemowy na temat obrazu Matki Whistlera. To chyba jedyna scena, gdzie Fasola mówi tak dużo i trafia w sedno, podkreślając, że rodzina choćby nie wiem, jak była szkaradna i nieciekawa, jak ta starucha siedząca na obrazie, to jednak to wciąż rodzina i jest ona najważniejsza, o czym przekonał się goszcząc właśnie u Davida Langleya i jego rodziny. Czy potem, gdy Fasola omyłkowo zostaje znowu wzięty za doktora, ale tym razem medycyny i jakimś dziwnym trafem udaje mu się uratować życie zbuntowanej córki Davida, Rachel, która miała wypadek motocyklowy. Te wszystkie przygody zbliżają skłóconą rodzinę. Jaś Fasola to prawdziwy fenomen, który potrafi zmienić wszystko w ruinę i nadać temu swój nowy sens.
Podczas dni otwartych w szkole uczestniczy w zajęciach karate, gdzie wydaje się być ofiarą, którą za chwilę położy jednym ciosem trener, ale Jasiu Fasola nie musi mieć czarnego pasa w karate, by pokonać przeciwnika. Wystarczy zdezorientować drugą stronę i powalić jednym ciosem. A po wszystkim nasza rezolutna Fasolka zawija przeciwnika jak roladę w materac, przez co przeciwnik w ogóle nie może się ruszyć. Równie sprytnie mści się na złośliwym kliencie pralni, który przesadnie manifestuje swoją siłę względem niepozornego Fasoli. Wystarczy wlać kawę do pralki, by zabrudzić facetowi ubrania i już sprawiedliwość została zaprowadzona.
Czy to robienie kanapki w parku, robienie zakupów i sprawdzanie bez skrępowania każdego towaru, jak przystało na nowoczesnego konsumenta, czy wizyta u dentysty, gdzie w końcu nasz bohater sam sobie sprawdza zęby. I tak Jasiu Fasola przechodzi przez to życie swoim nieszablonowym sposobem bycia. Czy robi to głupiej? Raczej robi to inaczej. On wręcz manifestuje swój indywidualizm. Jest sam dla siebie stworzycielem i panem nowego sensu. Pojawia się w czołówce, jakby spadł z nieba. Przybysz z innej planety. W przeciętnym garniturku, o standardowej fryzurze i zwyczajnej gębie, w równie przeciętnym samochodziku o ohydnej zielonej barwie. Czego można się spodziewać po takim gościu? A jednak zawsze jest coś nowego, nietypowego.
A propos nowego. Jaś Fasola już tak często nie odwiedza naszych ekranów telewizyjnych. Jeszcze po drodze na ekranach kin zaczepiał nas Johnny English, gdzie Rowan Atkinson miał okazję trochę więcej mówić i wpadać w różne tarapaty, ale to wciąż inna wariacja komediowego alter ego samego aktora. Jednak Fasoli nie sposób zapomnieć. Taki kultowy bohater doczekał się własnego oficjalnego kanału na YouTube (kilkaset milionów wyświetleń), gdzie możemy obejrzeć wszystkie odcinki w przyzwoitej jakości. A na dokładkę, ku pokrzepieniu tych, którzy chcą nowych przygód Fasolki, nasz bohater ewoluował w kreskówkę, co jest dosyć ciekawym eksperymentem w kontynouwaniu marki, a tym samym nie obciążaniu samego Atkinsona już przyprószonego siwizną do produkowania się w ciasnej szufladce tej samej postaci. On sam już od dłuższego czasu próbuje zerwać ze swoim wizerunkiem śmiesznego pana, czego dowodem może być chociażby rola Inspektora Maigreta. Ciężko się przyzwyczaić. Mam wrażenie, że Atkinson nie jest aż tak elastyczny i różnorodny jak jego kolega z „Czarnej Żmii” Hugh Laurie (Doktor House) czy amerykańscy komicy jak Jim Carey czy Robin Williams, ale to może ja nie jestem elastyczny, by zobaczyć bohatera mojego dzieciństwa w zupełnie innej, bardziej poważnej kreacji.
Komentarze
Prześlij komentarz