JESTEM SAM
Poznajcie Sama. Sam jest samotnym ojcem. Nic w tym dziwnego. A to mało samotnie wychowujących rodziców? Tyle że Sam jest mężczyzną o umyśle siedmiolatka. Opóźniony w rozwoju mężczyzna próbuje zapewnić rozwój swojej kilkuletniej córce Lucy (w tej roli wystąpiły bliźniaczki Dakota i Elle Famming). Niepełnosprawny intelektualnie mężczyzna, próbujący wychować córeczkę. No to już wzbudza zainteresowanie, nieprawdaż? Wzbudza także podziw i wsparcie przyjaciół Sama, którzy podobnie jak on, w swoich umysłach nie traktują świata tak poważnie jak normalni, przyziemni ludzie. Wśród tej sympatycznej ekipy dziwaków dostrzegamy znajomą twarz wrednego strażnika z „Zielonej mili”. Tak, to Doug Hutchinson. W tym filmie gra Ifty’ego, faceta z zespołem Aspergera (a może to sawant), który zamiast odpowiadać na zadane pytania, mówi coś o kolorze zielonym. Czy to nie podejrzane? Na to pewnie zwróciłby uwagę Robert (Stanley De Santis), cierpiący na manię prześladowczą. Za to Brad (Brad Silberman) z zespołem Downa nie dba o takie szczegóły. Ale zawsze chętnie dołoży swoje oszczędności na buty dla córki Sama.
Jest jeszcze Annie (Dianne Wiest, wcześniej opiekująca się Edwardem Nożycorękim), najnormalniejsza z tego towarzystwa, sąsiadka Sama, muzykolożka, nieco zamknięta w sobie, stroniąca do ludzi, która doradza Samowi jak zmienić pieluchy i kiedy podawać posiłki córce. Ale ta sielanka nie może trwać w nieskończoność. Bo oto z drugiej strony już pojawiają poważnie zaniepokojone urzędy i instytucje, które stwierdzają, że to nienormalne, by opóźniony w rozwoju ojciec wychowywał dziecko. On nie zapewni jej godnego życia. A kto ma to zrobić? Matka dziewczynki po narodzinach dziecka uciekła, bo chciała tylko przedłużyć sobie paszport na nazwisko Sama.
Czas zadać sobie pytanie. Co to znaczy być ojcem? Niestety to pytanie nie rozpoczyna traktatu filozoficznego, tylko rozprawę sądową, na której Sam Dawson musi przekonać sąd i ławę przysięgłych, że może być wspaniałym ojcem dla swojej córki Lucy.
Co to znaczy być rodzicem? Jak pan to rozumie? Pyta twardym tonem pan prokurator Turner
– chodzi o cierpliwość, o stałość, o słuchanie – odpowiada Sam na rozprawie sądowej wytężając z całych sił swoje szare komórki. Zamyka oczy, zaciska pięści. Próbuje się skupić, aby płynnie wypowiedzieć to zdanie. Odpowiedź, którą usłyszeliśmy wypowiada osoba uważana powszechnie za głupią. Ale może Sam wcale nie jest taki głupi, jak wszyscy uważają. Przecież umie się kontaktować z innymi, widzi więcej, jeśli nawet nie umie mnożyć, to umie czytać emocje, choć nie potrafi wyrazić swoich racji w sposób zdecydowany. Walczy jak może, próbuje codziennie i codziennie, jakby przenosił góry.
Wciąż mnie zaskakuje, że Sean Penn, aktor, który najlepiej sprawdza się w roli samców alfa, przywódców, brutali, psychopatów, morderców, twardzieli, tu wciela się w rolę delikatnego, zagubionego bohatera, kogoś w stylu Forresta Gumpa. I oczywiście wychodzi mu to fenomenalnie. Ten zniekształcony sposób wypowiedzi, ta fizjonomia i wyraz twarzy!
Kreacja Penna i w ogóle sam duet zaradnej, małej dziewczynki (Famming) i niepełnosprawnego intelektualnie mężczyzny przypomina o filmie z 1997 roku „Na przekór całemu światu” z Kevinem Baconem w roli niepełnosprawnego intelektualnie Ricky’ego i Evan Rachel Wood w roli zaradnej Harriet. Tych dwoje przyjaciół staje na przekór całemu światu.
Sam codziennie przenosi góry, by utrzymać poziom normalnego życia. A w tym normalnym życiu takim zwykłym ludziom, jak Ricie Harrison (Michelle Pfeiffer) też nie jest łatwo utrzymać się na powierzchni. Rita to ambitna prawniczka, taka żyleta idąca po trupach, by wygrać sprawę. Nie zawaha się użyć najbardziej kompromitujących dowodów, by wygrać. Niezwyciężona i równie droga. W sam raz ktoś do beznadziejnej sprawy Sama. Ale zanim zapytacie, jak to w ogóle możliwe, że taka prawniczka wzięła sprawę Sama, który raczej nie zapłaci jej zbyt wiele ze swojej pensji pracownika kawiarni, przyjrzyjmy się życiu Rity.
Wspominaliśmy, że mimo tego iż Rita jest niezwyciężoną prawniczką, to jednak swoją karierę zbudowała kosztem życia rodzinnego, a teraz płaci za to gorzką cenę. Mąż od niej odszedł, a syn Willy nie chce z nią rozmawiać, bo ona nigdy nie ma czasu dla niego. Pędzi swoim Porsche tu i tam. Zniecierpliwiona, zdenerwowana, w pośpiechu pałaszująca M&M (albo Skittles). Nigdy nie potrafi zdążyć, by porozmawiać ze swoim synem. Jakby dbała tylko o ilość a nie jakość, głębokość danej relacji. Podobnie jak Sam jest również samotną, bezbronną, upośledzoną w swym rodzicielstwie.
Nagle do jej drzwi puka Sam, który potrzebuje dobrego adwokata do swojej beznadziejnej sprawy. Rita nie jest zbyt zachwycona takim klientem. Zresztą nie ma co dyskutować, ona nie zajmuje się takimi sprawami, a Sama zwyczajnie nie stać na taką dobrą panią prawnik. Ale Harrison pada ofiarą swojej próżności i chcąc udowodnić swoim znajomym na bankiecie, że również prowadzi sprawy „pro bono” czyli za darmo, postanawia pomóc Samowi. Początkowo jest to szpan przed koleżankami, by pokazać, że żelazna Rita ma serce, z czasem okazuje się że to chyba nie był przypadek, że akurat Sam zapukał do jej drzwi. Jego walka o opiekę nad córką stała się swoistym zwierciadłem dla relacji z jej synem. Tylko popatrz kobieto, ten facet walczy uparcie o opiekę nad swoją córką, a ty zapominasz zadzwonić do swojego syna.
Anna Dymna, wybitna polska aktorka, założycielka fundacji „Mimo wszystko”, prowadząca program „Spotkajmy się” powiedziała kiedyś, że niepełnosprawni mogą nas nauczyć innego życia – jak to widzimy w filmie. Sam uczy zagonionej Rity afirmacji drobnych momentów życia, powolnego jedzenia naleśników, smakowania każdego kęsa, a Rita uczy Sama pewności wygłaszania swoich racji na sali sądowej. Nawet pożycza Samowi garnitur jej męża na rozprawę. A może gdzieś w podświadomości, chciałaby takiego męża jak Sam, wrażliwego, patrzącego na wszystko inaczej niż zwykły człowiek.
Ale oczywiście sprawa nie idzie tak łatwo, nawet gdy ma się u boku jedną z najbardziej skutecznych prawniczek. Córką Sama zainteresowane jest małżeństwo Carpenterów, które zdaniem specjalistów od polityki rodzinnej stanowi pewniejsze oparcie dla dziewczynki niż zacofany w rozwoju ojciec. Dziewczynka dojrzewa, intelektualnie przerasta swojego ojca, który z roku na rok wobec Lucy jest jak mały, zagubiony chłopiec w ciele mężczyzny. Kompromisem okazuje się wspólna opieka nad dziewczynką, z tym że Sam zdaje się być w tym układzie traktowany niczym wujek odwiedzający co jakiś czas swoją siostrzenicę. Nie ma tu jakiejś wielkiej, dramatycznej awantury o małą dziewczynkę.
Sam widząc rodzinę Carpenterów i ich warunki materialne, zdaje sobie sprawę, że to oni stanowią lepszy dom dla Lucy. Z kolei Lucy na każdym kroku znajduje okazję, by na chwilę wyrwać się z domu nowych opiekunów i spotkać się z ojcem. Tej relacji nie sposób osłabić – zaczyna to rozumieć Randy Carpenter (Laura Dern), która próbowała być matką dla Lucy. Ale nic nie stoi na przeszkodzie, by każde z nich mogło uczestniczyć we wspólnym wychowaniu Lucy. Ciekawa historia, gdzie w końcu wszyscy dochodzą do wspólnego kompromisu. Niebieski łączy się z czerwonym, chłód z ciepłem, dając kolor nadziei. Właśnie te dwa kolory dominują w tym filmie. Niebieski, błękitny, granat pojawiają się w scenach, gdy bezbronny Sam zderza ze światem biurokracji, urzędów, przepisów, rozpraw sądowych, światem dorosłych, w którym ołowiane chmury zdają się cały czas wisieć w powietrzu. Potem jednak, gdy Sam huśta się z córką na placu zabaw, niebo jest takie jasne
Czerwienie z kolei pojawiają w scenach nowego domu Lucy, zwłaszcza przy Randy Carpenter, zastępczej matce Lucy, która swoim ciepłem, a może nawet gorącem matczynej miłości próbuje zapewnić bezpieczeństwo dziewczynce. Ale wciąż nie potrafi zastąpić Sama, za którym tak bardzo tęskni Lucy.
Oprócz kolorów również na uwagę zasługuje tu praca kamery. Szybkie przejścia albo skoki między ujęciami podkreślające pośpiech i zagubienie w terenie głównego bohatera. Także tło muzyczne w tym filmie jest tu bardzo charakterystyczne, bowiem rozbrzmiewają tu piosenki Beatlesów w różnych aranżacjach. Oczywiście nie mogło zabraknąć „Lucy in the sky”, skoro córka Sama ma na imię Lucy. Z kolei Rita nazywa się tak samo jak George Harrison, który nota bene zmarł w tym samym roku, w którym ten film miał premierę. Innym ciekawym odniesieniem do Beatlesów jest odtworzenie słynnej okładki albumu „Abbey Road”, w scenie, gdy Sam i jego koledzy wychodzą z balonami i przechodzą przez ulicę. Wydaje się jakby historia Beatlesów, kultowego zespołu, który każdy zna, była niejako baśnią, którą bohaterowie sobie opowiadają w każdej chwili życia, znajdując w niej różne sensy i analogie do własnych niedokończonych piosenek. By poczuć się raźniej, by śpiewać odważniej refren swojej pieśni życia.
Niezwykle ciepły, wzruszający i momentami zabawny film o tym, że nienormalność to tak naprawdę czysta miłość.
Komentarze
Prześlij komentarz