WODZIREJ. NIECH ŻYJE BAL. LA, LA, LA!
Minęło już czterdzieści pięć lat od premiery tego filmu, a temat wciąż aktualny, czyli pęd do sukcesu. Jak i za komuny, tak i dzisiaj - po trupach do celu. Wcześniej donosy, anonimy, dzisiaj hejt. Każdy chce wykorzystać swoje pięć minut, jak tylko może, szczególnie, gdy trzydziestka dobija się do drzwi, a bilans życia wciąż bez awansu społecznego. Samorealizacja! Oto co przyświeca na szczycie priorytetów każdej jednostce.
Nasz bohater tryska energią, dobrze wie, kiedy się uśmiechać, a kiedy uderzyć twardo, by załatwić swoją sprawę, w końcu to niedoszły aktor, ale i wschodząca gwiazda wodzirejskiego fachu. Taki ktoś, kto ma błysk w oku, charyzmę, urok, jak Dyzma. A to imię? Lutek, stary dobry, poczciwy Lutek Danielak. Taki zwykły ludzik, który dąży do blasków i oklasków.
Kamera śledzi Lutka, który śpiesznym krokiem przemierza kombinat kultury. Danielak przemyka między ludźmi, biegnie, potem znów trucht, ale nigdy właściwie nie idzie spokojnie, jak pewny siebie gość. Wciąż goni i goni. Puka do kolejnych drzwi, by szukać znajomości, kontaktów, by znowu coś załatwić. Szybkie „cześć”, „dzień dobry”, „słuchaj nie znasz tego, „a może mógłbyś” i kolejne spotkanie, kolejna twarz, kolejny interes, coś za coś.
Trzeba przyznać, że dialogi są bardzo naturalne, wręcz pieszczą uszy, ta rozmowa z Tomkiem, który skarży się na chłam dookoła, rozmowa z kierownikiem, rozmowa z panią Melą kochaną (z którą warto się przespać, by usłyszeć to i owo o swoich kolegach), pogawędka z Lasotą, czy panem Jureczkiem, który chciałby ukraść dziewczynę Danielaka w zamian za przysługę. Co za naturalność i bezpośredniość. Wszystko gra jak należy. Pytanie tylko, ile jeszcze tych kroczków, rozmów, układzików, by w końcu wyrobić sobie pozycję mistrza ceremonii, wielkiego wodzireja, który w blasku reflektorów powita jaśnie państwa na wielkim balu… u Wolanda? Już zaprzedał duszę?
Wodzirej to jest ktoś! Piękny, uśmiechnięty pan w modnym fraku, który jak sprytny kuglarz albo czarodziej czaruje publiczność, pociąga za sznureczki, bawi i narzuca tempo. Jest władcą dobrej zabawy. Wszyscy mu podlegają, nawet czcigodni sekretarze partii. Dla takiej pozycji warto walczyć i szybko się przekonujemy, że Lutek jest wytrwały w swoim dążeniu do celu, ale jednak zupełnie inny, niż poczciwy Leszek Górecki z „Daleko od szosy”, który powolnym krokiem przekracza kolejny szczebelek swego ambitnego planu. Lutek widząc długą kolejkę do Pana Prezesa sprytnie podszywa się pod pracownika urzędu i przemyka przez tłum interesantów. To dopiero spryt. A gdy jakiś facet w sklepie z telewizorami go upomni (Paweł Nowisz), Lutek od razu przypomni mu z kim ma do czynienia – z panem od estrady. Tu moglibyśmy znów zrobić mały przystanek między filmowy, bo Stuhr jeszcze się spotka z Pawłem Nowiszem w filmie „Chłopaki nie płaczą”, gdzie również ukazana będzie niechęć obu panów do siebie. Ale to już inna bajka.
Lutek jest niecierpliwy, ma już dosyć, że starsi koledzy ciągle odbierają mu prestiżowe imprezy. Oni maja już swoją pozycję, mają markę, on ciągle drży. Zbiera jakieś ochłapy w stylu imprezy promującej serki do jedzenia. Nie, miarka się przebrała. Lutek zaczyna szukać haków na swoich kolegów. Dobrze wie, że niepochlebna opinia o prowadzącym, jest jak sznur, na którym zawiśnie niejeden trup wodzireja, bo nikt już go nie zatrudni. A honor? Samo „h” i wypchaj się pan z tym honorem. Z czym do ludzi, skoro całe to środowisko jest nad wyraz brutalne i trzeba przyodziać własne barwy ochronne (by przywołać tu film Zanussiego pod tym tytułem)
By osiągnąć cel prowadzenia prestiżowego balu, Lutek musi jakoś wygryźć konkurencję. Błyskawicznie zmienia się w łowcę sensacji, w detektywa, który szuka kompromitujących faktów na temat swoich kolegów z branży. Każdy ma coś za plecami i uszami: łapówki, nadużycia, jakąś słabość, nałóg, niewygodną znajomość. Jak sprytny szachista, Lutek ustawia pionki, aranżuje sytuacje, tu donosi, a tam broni ofiary donosu i zyskuje poklask dyrektora urzeczonego mową obronną. Punkt do przodu, no i dalej!
Jakże inaczej prezentuje Czesław Lasota, starszy kolega Lutka, wodzirej z niezłym stażem, który już tak obojętnie podchodzi do tego wyścigu o wielki bal. Zdystansowany, spokojny z poczuciem humoru, nie musi już nic udowadniać, nawet nie specjalnie się przejmuje, gdy Lutek na niego donosi do dyrektora. Parę lat później Oliver Stone będzie pytał o smak sukcesu młodego Buda Foxa pośród wieżowców ambicji, z których łatwo spaść i rozbić się na miliony przypadkowych elementów, a potem trudno się zło.. żyć. Bud chcąc zdobyć różne cenne informacje również dopuszcza się przestępstw, by osiągać jak najwyższe wyniki. Nasz kochany Lutek łamiąc kolejne zasady, w końcu dostaje po przysłowiowej mordzie. Słodko gorzkie to zakończenie, bo przecież spełnił swoje marzenie.
Ubrany w elegancki garnitur, mistrz ceremonii wielkiego balu, który sobie wyśnił. Lutek czaruje i tańczy. Zdobył już sobie miano ulubieńca publiczności, z tym swoim plastikowym uśmiechem. Teraz ociera łzy i krew z twarzy, by jakoś odzyskać reputację. Wreszcie pokazuje prawdziwą twarz przestraszonego dziecka. Ale nie ma co beczeć. Bawmy się i grajmy do końca balu szczęśliwych.
W tle miasto Kraków, w którym sam Jerzy Stuhr czuł się jak ryba w wodzie i to on często podpowiadał, jakie lokalizacje wybrać i jakich aktorów zaangażować. Pierwotnie to Warszawa miała być tłem dla tego wszystkiego, co widzimy w filmie. I rzeczywiście, stolica, prężnie rozwijająca się metropolia, będąca scenografią dla wielu kryminalnych filmów polskich, równie dobrze mogłaby udźwignąć na swoich barkach to artystyczne towarzystwo, gdzie także panują podejrzane układy, interesy naszych bohaterów, którzy chcą do czegoś dojść po trupach swego honoru i przyzwoitości. Ale jeszcze przed produkcją ktoś z Partii wyraził dezaprobatę takim wyborem lokalizacji. Nie chciał stawiać Stolicy w tak złym świetle. Jak miło z jego strony. Padło więc na Kraków, który jako stolica sztuki z tymi swoimi teatrami i kabaretami różnej maści zawsze wydawał się bardziej nieujarzmiony przez Partię niż kochana Warszawa. A w Krakowie przecież też żyją ludzie i podkładają sobie świnie, czyż nie?
A po wielkim balu co nastąpi? Kolejny wielki bal, czy kurtyna opadnie na zawsze? Co stało się z kochanym Lutkiem? Lalla la la la la. Feliks Falk pokaże nam dalsze losy tej postaci w filmie „Bohater roku”, ale nie sposób sobie odmówić przyjemności snucia alternatywnych scenariuszy z życia Danielaka, gdy widzi się takie kreacje Stuhra, jak ten nadęty gość z „Dekalogu X”, potem bohater z „Tygodnia z życia mężczyzny”, czy wreszcie ten wścibski pracownik ambasady z „Persony non grata” Zanussiego. Po prostu śliski facet, który próbuje jakoś tam być na swoim miejscu. Ale mimo wszystko Lutek utrzyma się na scenie i niejeden bal hipokrytów poprowadzi.
Llllaaa, llllalala
Komentarze
Prześlij komentarz