LĘK WYSOKOŚCI
Z góry wszystko lepiej widać. Widać całą panoramę i tych małych ludzi, wyglądających teraz jak mrówki. Właśnie w taki sposób pracuje Tomek, jako reporter, zbiera informacje od różnych ludzi, wspina się coraz wyżej, aby zrozumieć więcej, aż z pewnej wysokości relacjonuje dane wydarzenie. Ma być jasno i konkretnie, aby każdy telewidz zrozumiał tą panoramę poglądów.
Każdy
Choć niekoniecznie ojciec Tomka, telemaniak i schizofrenik.
A i Tomek, odwiedzając ojca po długiej rozłące, również czuje się przytłoczony tym, co widzi. Mój ojciec świr! Ojciec mieszkający w tym chaosie porozrzucanych rzeczy, które niejednokrotnie wypadały przez okno. Jak choćby ten stary telewizor czy kamień ku zgrozie przechodniów.
Bach.
Oto się stało.
Czas na dokument. Sprawa dla reportera, czy jakiś inny reportaż o patologii i chorobie, gdzie teraz Tomek nie jest wszechwiedzącym prezenterem, dobrze wiedzącym wie, jak ustawić światło, zmontować ujęcia i dobrać słowa. Tomek jest w środku tych wydarzeń i próbuje dotrzeć do swego ojca, który raz potrafi odpowiedzieć na pytanie z sensem, innym razem rzuca dziwną metaforą, że człowiek czuje się jak na wieczorze z poezją awangardową. Tym bardziej, ze ojciec raz mówi, potem coś zapisuje na karteczkach. Sporo będzie tej makulatury, aż dojdziemy do jakiegoś porozumienia.
Jak zrozumieć postępującą schizofrenię ojca, jak do niego dotrzeć? I czy kiedykolwiek ten kontakt był? Matka już dawno dała sobie spokój. Rozwiodła się z ojcem. Wiedziała, że nie wytrzyma z szaleńcem. A ten cios jeszcze bardziej dobił ojca, który przez lata pielęgnował w sobie poczucie krzywdy. Rzuciła mnie! Tak jak ja teraz rzucam kamieniem w przechodniów.
Jak dotrzeć do takiego człowieka? Profesor Antoni Kępiński z pewnością by wiedział. Wygadany pan redaktor, który niejednokrotnie musiał improwizować w relacjach na żywo, tu jakoś zawiesza głos i powstrzymuje się od płaczu.
Jak dotrzeć? Na to pytanie stara się odpowiedzieć w swoim fabularnym debiucie Bartosz Konopka, który wcześniej zgłębiał życie królików przy murze Berlińskim. I króliczy temat okazał się szczęśliwym dla samego Konopki, przynosząc mu sporo nagród, w tym także nominację do Oscara.
Król(ik) i Mur
Biedny stary Król, zamknięty w swojej wieży i dzielny rycerz, próbujący rozbić ów mur i uratować ojca. Tak się składa, że rok przed premierą „Lęku wysokości” swój debiut fabularny miał Marek Lechki, który pokazał „Erratum” z Tomaszem Kotem i Ryszardem Kotysem w rolach głównych. To nie był świat według Kiepskich. Baaa można powiedzieć, że relacja Ferdynanda Kiepskiego i jego syna Waldusia jest wręcz wzorowa. Oni umieją ze sobą spędzać czas, nawet jeśli wpadają na zwariowane pomysły.
Trzydziestoparoletni Michał już dawno wyrósł ze zwariowanych pomysłów i porzucił muzyczne pasje, porzucił także dom rodzinny po śmierci matki. Zostawił ojca, a ten też wcale nie zabiegał o kontakt z synem. Może duma, może jakiś żal? Teraz jednak Michał, załatwiając sprawy służbowe, przejeżdża obok swoich rodzinnych stron, a w skutek potrącenia pijanego bezdomnego na autostradzie jest właściwie skazany, by pobyć w tych okolicach dłużej, złożyć zeznania na komisariacie i wreszcie odwiedzić starego ojca, zapytać go, jak leci mu to życie. Jest tez inny powód tych odwiedzin. Michał chce zaprosić ojca na komunię swego siedmioletniego syna. Szorstki ojciec jednak nie jest chętny do takich rodzinnych spotkań. Przez ten seans śledzimy ścieranie się dwóch światów.
„Erratum” ma w sobie niesamowity, wręcz oniryczny klimat mieszania się snu i rzeczywistości. Gdy Michał zmęczony podróżą snuje się po równie sennym miasteczku, nam też chce się ziewać. I w tym oto śnie Michał wreszcie spotyka swego długo nie widzianego ojca, zupełnie jak w „Sanatorium pod klepsydrą”. Podróż służbowa staje się podróżą sentymentalną do miejsca, w którym kiedyś główny bohater wszystko zaczynał, a teraz konfrontuje się z tą przeszłością, jak z nieznośnym wyrzutem sumienia. Michałowi wciąż nie daje spokoju ten potrącony i zabity przez niego bezdomny człowiek, który przecież był w wieku jego ojca, to w pewnym sensie mógł być jego ojciec. Ten człowiek kiedyś miał rodzinę, pracę, dom, marzenia, a skończył jako bezimienny. Aż ciarki biorą, że podobnie mógł skończyć samotny ojciec Michała. Może to potrącenie bezdomnego było znakiem, aby zawalczyć o kontakt ze swoim żyjącym ojcem?
W „Lęku wysokości” jednak nie jest to takie łatwe i nie jest tak zabawne jak choćby w filmie „Indiana Jones. Ostatnia krucjata”, gdzie duet ojca i syna, mistrza i ucznia odgrywa główną rolę, mierząc się z „siłami ciemności”. U Konopki ciemnością jest niepamięć i zanik logicznego myślenia, tak jak to widzimy w filmie „Ojciec”, filmowego portretu demencji. Wydaje się, że tytułowa „wysokość” może być tu metaforą miłości, prowadzącej na szczyty, z których podziwiamy całe życie w lepszej perspektywie. Ale równie dobrze łatwo można spaść z tych szczytów i się mocno poranić. Tomek walcząc o swojego ojca, sporo ryzykuje, bo w międzyczasie dowiaduje się, że jego żona, Ewa jest w ciąży. Jednocześnie oczekując na dziecko, Tomek czeka na powrót swego ojca do zdrowia. Ale wie, że to już nie będzie to samo. Że mówienie do ojca „tato” nie przywróci dawnych czasów i trzeba będzie niejako odwrócić role. Zarówno dla swego dziecka jak i dla chorego ojca Tomek będzie teraz ojcem, starającym się zaopiekować nimi jak najlepiej. To będzie ciężka droga, bo nieprzewidywalny ojciec nieustannie rozbija uporządkowane życie reportera, które trzeba potem cierpliwie składać na nowo. I czekać, czekać narodzin nowego życia i powrotu starego, dobrego ojca. Albo też w tym szaleństwie dać odejść ojcu, odprowadzić na wysoką górę, tak jak to czynili Indianie i stać się mężczyzną, mężem i ojcem. Przypomina się tu eksperymentalny film, „Las” z 2009 roku, w reżyserii Piotra Dumały, rozgrywający się w dwóch czasoprzestrzeniach. W pierwszej to stary ojciec prowadzi syna przez ciemny las niczym przewodnik, uczy go przetrwania między konarami pozorów, natomiast w drugiej przestrzeni to syn opiekuje się chorym, słabym ojcem. W rolach głównych wystąpili Mariusz Bonaszewski i Stanisław Brudny.
Despero i Metyl z Pit Bulla, czyli Marcin Dorociński i Krzysztof Stroiński jako syn i ojciec. Będzie ciekawie, ale nie jakoś ckliwie. Nie bez powodu wspominam o serialu „Pitbull”, który swoją surowością paradokumentu zyskał sobie spore grono widzów. Dorociński, tak jak wcześniej w roli Despero, potrafi zagrać szorstkiego twardziela o duszy wrażliwego chłopca, bezpośredniego, szczerego, który z jednej strony walczy o kontakt z ojcem, a z drugiej oczekuje z niepokojem na narodziny własnego dziecka. Na dokładkę jego żona martwi się, że być może Tomek również odziedziczył skłonności do schizofrenii, co w przyszłości może mieć fatalne skutki dla ich życia rodzinnego. Może nie warto się bawić w rodzinę? Tomek tylko zaciska zęby i wciąż walczy o swój związek, całując czule Ewę i przeklinając tu i tam swoją sytuację. Dorociński to właśnie taki aktor, który potrafi zagrać bohatera, doświadczającego skrajności, potrafi zagrać to tak uczciwie, bez zbędnych upiększeń. Potrafi się wkurzyć i zapłakać. Z kolei Krzysztof Stroiński, pamiętny Leszek z serialu „Daleko od szosy” w roli chorego ojca idzie trochę tropem pijanego Metyla, który zachowuje się momentami jak niespełna rozumu. A oczywiście nad całością trzyma puls Bartosz Konopka. Z wyczuciem dokumentalisty, bardzo surowo kreśli dane sceny. Nawet jeśli jest tu sportretowana choroba psychiczna jednego z bohaterów, to raczej nie będziemy mieli tak szalonych scen rodem z „Lotu nad kukułczym gniazdem”. Tylko telewizor wyleci przez okno, przyjedzie pogotowie. A potem pani Anna Dymna w roli psychiatry zapali papierosa i zamyśli się wielce nad beznadziejnymi przypadkami, jakie przyszło jej leczyć.
„Lęk wysokości” to film o tym, jak w pewnym momencie naszego życia wszystko nam się burzy. Mieliśmy rodziców, słuchaliśmy ich albo się buntowaliśmy przeciw nim. Kochaliśmy ich, bo to było oczywiste i nie trzeba było mówić tego na głos. Oni dawali nam schronienie, a my przyjmowaliśmy to bez zastanowienia. Uczciwa wymiana. To na ich fundamentach budowaliśmy nasze mity i porządki. Wreszcie stanęliśmy na własnych nogach, starannie ułożyliśmy na półkach nasze priorytety i do perfekcji opanowaliśmy alfabet obowiązków. A jednak w którymś momencie zerkamy z przerażeniem w rozbite lustro naszego życia i nie potrafimy złożyć niczego z alfabetu uczuć, które gdzieś po drodze stłumiliśmy. Czemu nagle chce się nam płakać? Zawsze byliśmy tacy odważni i dzielni, a tu nagle drżymy, nie mogąc znieść niemocy naszych opiekunów z dzieciństwa. Nie potrafimy dotrzeć do siebie, do rodziców, którzy są teraz jak dzieci i próbują zrobić parę kroków z naszą pomocą.
Prowadził ślepy kulawego, aż po męczącej drodze rzucania przypadkowych znaczeń, pokrętnych, poetyckich zdań, stanęli w ciepłym słońcu, przytulili się do siebie, zapłakali jak nigdy przedtem i odetchnęli czymś nienazwanym.
Komentarze
Prześlij komentarz