HOOLIGANS

 

Radosnym czekaniem znowu kipię

Pragnę bić brawo mojej ekipie

Sezonu idzie pierwszy dzień

Na stadion serce już się rwie

Słońce obliczem bohatera

Dla niego rzucam życia kierat

Oto jest sport, stadion drży

Wspominam dawnej chwały dni

Nie jestem pierwszym lepszym widzem

Ja także kiedyś grałem w lidze

Dawałem piłkom takie spiny

Że na rękach mnie nosili

To jest mój kunszt, moja dziedzina

Przekazywana z ojca na syna

Młody, niezdarny mój chłopaczek

Z czasem mu wszystko wytłumaczę

Niewiele trzeba, jeden krok

A wszystko będzie dobrze szło

Moja drużyna wróci do sławy

Jeśli obalę stare układy

Chcą grać dla siebie wszyscy gracze

I właśnie nad tym co dzień płaczę

Za wszystko zwykły kibic płaci

A oni wielcy, oni bogaci

Oni słuchają ale nie słyszą

Na mym policzku łzy się kołyszą

I tej chciwości dość mam już tak

Że nowym sprawom nadam szlak

(cytat pochodzi z filmu „Fan” z roku 1996)



Czy nie macie wrażenia, że oglądając mistrzostwa świata w piłce nożnej oglądacie tak naprawdę wielki spektakl, na którym grają sami milionerzy, wprawni aktorzy kopiący piłkę tu i tam, podczas gdy wierni fani w tym szaleństwie kibicowania tracą zupełnie głowy i sami ponoszą niejednokrotnie wysoką cenę za swoje emocje – tak jakby to oni bardziej się przejmowali tym, co dzieje się na boisku, niż sami piłkarze, którzy i tak za każdy występ zgarną swoje.

Kibic z kolei wróci do swojego zwykłego życia, czasem udanego, czasem pełnego problemów i będzie musiał jakoś żyć do kolejnego meczu, metafory jego walki z losem. Kreślę to trochę tak, jakbym współczuł kibicom, ale w końcu każdy kibicuje jak chce, jedni z większym poświęceniem, drudzy z mniejszym.

Ja z pewnością zaliczam się do tych najbardziej obojętnych na ten sport. Szczerze pisząc, nigdy nie rozumiałem sportowych emocji, a do piłki nożnej zraziłem się po tym, jak na wuefie cały czas dzierżyłem niewdzięczną rolę bramkarza rzucającego się jak kukiełka na sznurkach. Rety, to betonowe boisko nieźle ryło skórę. Ziemiste boisko ozdobione czasem kępkami trawy i rozbitymi butelkami również nie zachęcało do oddanej gry. Parkiet był trochę lepszy, ale też bolało, jak źle upadłeś. A jeszcze bardziej bolało, jak puściłem tyle „szmat”. Co za wstyd! Co za wspomnienia. Że jak dziś widzę jakąkolwiek piłkę nożną, mam ochotę ją wykopać jak najdalej od siebie. Dlatego też mnie dziwi, że w ogóle chce mi się pisać o tym filmie. A jednak jest w nim coś interesującego. Co? Spróbujmy na to odpowiedzieć.

Kibice, fani potrafią być przerażający. Tłum skandujący nazwiska zawodników, tłum wsparcia, niezawodna publiczność, w którą niejedna gwiazda rzuciła się ze sceny, aby potem wylądować na twardej podłodze. Tłum oddanych i zapatrzonych, dzięki którym te gwiazdy na boisku mają nowe Ferrari, ale też tłum niezadowolonych, ciskających ostrymi pociskami, które mogą to Ferrari rozwalić na kawałki i zhejtować do bólu. Wszystko dla naszej drużyny!

Już o tym kiedyś traktował film „Fan” z 1996 roku, z którego wypisałem właśnie otwierający tu cytat. Choć w tym filmie zamiast piłki nożnej, mieliśmy ukazaną obsesją do baseballu. Ale to nic. Baseball płynnie przechodzi w football. W końcu co bardziej emocjonalni kibice piłki nożnej korzystają chętnie z kijów baseballowych jako skutecznych narzędzi perswazji, że to niby ich drużyna jest silniejsza. Poza tym sam film „Hooligans”, o którym tu będzie mowa, również jest takim przejściem ze środowiska Jankesów, gdzie baseball jest sportem narodowym, na stadion angielski, gdzie przede wszystkim kopie się piłkę, a po meczu co bardziej wkurzeni kopią kibiców przeciwnej drużyny. Ten film jeszcze silniej odbija się głośną czkawką po ostatnich wydarzeniach związanych z Euro 2020 czy ostatnim Mundialem

Chyba żadne inne wydarzenia sportowe nie mobilizują tylu policjantów, co właśnie baseball czy football. Czujni stróże prawa bacznie obserwują zakapturzonych kibiców, którzy są jak iskry w tym łatwopalnym środowisku. Aż ciężko tu oddychać od emocji. Kto tym razem odpali i jak to się skończy? Kto poniesie ofiarę za swoją drużynę? Kto zostanie przyparty przez policjantów do ziemi i poczuje smak bruku? Bo cierpieć za własny klub to żaden wstyd. To duma i radość przelać krew, poczuć ból, nosić te wszystkie siniaki i blizny, które jeszcze bardziej zbliżają do kochanej drużyny. Nie jesteśmy gangiem chuliganów, jesteśmy bractwem podbijającym wartość naszej kochanej drużyny.


A przekona się o tym główny bohater filmu, Matt Buckner, w którego wciela się tu Elijah Wood, powoli wychodzący z cienia epickiego „Władcy pierścieni”. Matt jak dotąd nie miał okazji uczestniczyć w żadnej bójce, ale jednak ostatnio dostał solidnego kopa od życia. Właściwie to trochę na własne życzenie. Ze względu na lojalność wobec współlokatora, wpływowego synka z bogatej rodziny, który jak na przyszłą elitę polityczno-prawniczą lubi aż zanadto eksperymentować z narkotykami. Niewygodny towar znaleziony w akademiku musi mieć swego właściciela. I tak Matt postanowił niejako wziąć winę na siebie, chociaż w swoim studenckim życiu daleki był od zażywania jakiś podejrzanych proszków czy upalania się. Ale co tam, być może wysoko postawiony współlokator odwdzięczy się z nawiązką. Póki co koperta pełna pieniędzy za to poświęcenie powinna wystarczyć na nowe życie poza Harwardem. Harward, Harward moi drodzy. Mieć taki papierek w wykształceniu, to już coś. Można szpanować tu i tam. A może to przereklamowana ulotka? Niejeden już opuścił tą uczelnię przed obroną dyplomu jak choćby Bill Gates, a reszta to historia. Otwarte Okna! Ale dla Matta zamknięte drzwi. Na dwa miesiące przed obroną dyplomu z dziennikarstwa wyleciał w wyniku tych kompromitujących okoliczności. Narkotyki w akademiku! I już jakaś drobna rysa na życiorysie. I dlaczego Matt tak łatwo ustąpił, przywdziewając maskę kozła ofiarnego? Chciał być lojalny? Idealista. Ale to przecież nie koniec. Podróż się zaczyna. A dziennikarzem możesz być i bez Harwarda i jakiejkolwiek innej uczelni. Grunt to trafić na ciekawą historię, środowisko, wsłuchać się w eter i zapisywać co ciekawsze fragmenty. Przegrany bohater rusza, aby zapomnieć o swojej przeszłości. Postanawia zupełnie zmienić otoczenie i kraj. Ze Stanów rusza do Londynu, gdzie mieszka jego siostra Shannon (Claire Florlani znana z „Joe Blacka”) z mężem i synkiem Benem. O kontakcie z ojcem nawet nie chce myśleć. Boi się przyznać, że przegrał i zawiódł ojca, który do dziś jest wziętym dziennikarzem w New York Times. Co za plama na honorze. Ale w nowym otoczeniu Matt powoli zapomina o swojej porażce. Na miejscu poznaje męża swojej siostry, Steve’a, a także jego młodszego brata, Pete’a wziętego kibica drużyny West Ham United. Właściwie określenie kibic to za mało jak na Pete’a i jego kumpli z Ekipy. Wszyscy oni razem tworzą solidne wsparcie dla swojej drużyny, choć trudno powiedzieć, czy zawodnicy doceniają ich wysiłek podczas różnych prowokacji i bójek po meczach. Pete jest w każdej chwili gotów uderzyć jeśli tylko nastąpi atak ze strony przeciwnych kibiców. Zadziwiające jest to, że ten facet w dresie, nie stroniący od przemocy, jest również świetnym nauczycielem wuefu i historii, a także ma maniery, lubi ustępować miejsca kobietom w metrze. Podobnie jest też z jego kumplami, którzy prowadzą niejako podwójne życie. Z jednej strony są gotowi bić się z każdym po meczu jak narwane dzieciaki, a potem wracają do pracy, by zarobić na życie. Najbardziej jednak zdumiewającym przypadkiem jest tu osoba tajemniczego Majora, niegdyś charyzmatycznego przywódcy ekipy, który w końcu zarzucił kibicowanie z przemocą w tle i wrócił do normalnego życia. Kim jest ten Major? To właśnie Steve, mąż Shannon. Steve już od dawna ma napięte stosunki ze swoim bratem, który niejako przejął po nim schedę przywództwa w grupie i ciągle wpada w jakieś tarapaty, a Steve musi płacić za jego błędy. Chcąc żyć normalnie jako mąż i ojciec, musiał w końcu zarzucić ten dziki styl życia na trybunach. Zrzucił czarną, skórzaną kurtkę i przyodział garnitur, obciął włosy i wtopił się w nowe życie, nie chcąc już pamiętać o tej burzliwej przeszłości. A niestety jest co pamiętać i za co żałować.


Ekipa drużyny West Ham od lat rywalizuje i walczy z ekipą Mill Wall prowadzoną przez sadystycznego Tommy’ego Hatchera, na co dzień mechanika, na trybunach niezłego furiata, który podczas jednej z takich zadym z West Ham stracił swego syna. Tego się nie da wybaczyć, a rozgoryczony ojciec będzie się mścił na każdym kroku. Tak na marginesie, uwielbiam patrzeć jak Tommy ucisza gości w pubie. A wracając do Majora, czyli Steve’a, to nie można mu się dziwić, że co chwila wybucha złością, gdy widzi, jak jego brat wpada w różne tarapaty, związane z tą przeklętą ekipą. Steve jest już innym człowiekiem, ale wciąż gdzieś głęboko te demony stadionów drzemią w nim, kuszą go i przerażają. Wystarczy iskra, by rozpocząć krwawe igrzyska gladiatorów. Ale obiecał Shannon, że już nigdy do tego nie wróci.

Matt słuchając tych wszystkich historii z wypiekami na twarzy, znów rozbudza w sobie dziennikarską pasję, ale musi uważać, bo stąpa po cienkim gruncie. Z jednej strony jest uczestnikiem tych wydarzeń, brał udział w zadymach kibiców, dostał nieźle po twarzy i doświadczył niezwykłej solidarności z nowo poznanymi kumplami, co na Harwardzie mu się nie zdarzyło. A z drugiej strony Matt opisuje strukturę i zwyczaje całej ekipy, jakby ich inwigilował. Jakby traktował ich wszystkich nie jak kumpli, tylko jak materiał dziennikarski. Gdzie postawić granicę na tym wielkim boisku między przyjaźnią a reportażem, między sportową rywalizacją a przemocą? Matt boleśnie się przekona, że będzie musiał potwierdzić swoją lojalność wobec grupy, gdy w starej gwardii pojawią odtrąceni zdrajcy, gotowi sprzedać kumpli. Biedny, wredny Bovver. Znów poleje się krew, znów rozbudzą się bestie, ktoś straci życie, podczas gdy stadion, sport i piłka będą gdzieś daleko za tym wszystkim.

Matt jednak zrozumie, co to znaczy walczyć w jednej drużynie i walczyć o swoje. Powróci z ławki rezerwowych, by odzyskać to, co tak łatwo stracił na początku. Odbije cios losu i zakrzyknie hymn kibiców niczym pieśń nowego życia.

Ciekawa historia o lojalności i sportowym szaleństwie, wyreżyserowana przez niemiecko-palestyńską reżyserkę Alexandrę Mirai, znaną też jako Lexi Alexander, która oprócz reżyserii zajmuje się również sztukami walki, osiągając na tym polu niemałe sukcesy. Film bardzo pozytywnie zaskakuje. Przyznam, że większości obsady zupełnie tu nie znałem. Jedynymi gwiazdami są tu Elijah Wood czy Claire Florlani, znani już z wielkich produkcji, ale i pozostali jak Leo Gregory w roli Bovvera czy wyrazisty Geof Bell w roli Tommy’ego, żądnego zemsty za syna zostawiają w pamięci wyraziste ślady.

Dopóki piłka w grze, grajmy. Choć największą sztuką jest kopać właśnie piłkę swego potencjału do przodu, a nie nogi pozostałych w swej drodze do upragnionego gola.

 

 

 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOLNY DZIEŃ FERRISA BUELLERA - DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI ŻYCIA NASZEGO

I STANIE SIĘ KONIEC

DOBRANOC MAMUSIU. CZYLI JAK ODEJŚĆ NA WŁASNYCH WARUNKACH