JUMANJI



Bębny, słyszysz? Coraz głośniejsze, skąd? Z tych zakamarków, do których nigdy byśmy nie weszli. Gdzieś na strychach czy w piwnicach bębny dudnią, niepokoją, zapowiadają jakąś bitwę, którą trzeba stoczyć, by podciągnąć się we własnej ewolucji. Trzeba przejść ten rytuał niczym kolejny poziom gry, żeby dorosnąć. Zatem otwórz tą grę niczym starą księgę, lub wieko trumny lub drzwi do innego świata. Otwórz, nie bój się. Zbyt długo się kurzyła, a ty już nie masz czasu. Musisz dorosnąć.

Kiedy ten film wchodził na ekrany, ja przekraczałem po raz pierwszy próg szkoły, czując tylko strach, jakbym wchodził do paszczy lwa i chyba gdzieś ten strach jeszcze został we mnie, gdzieś osadził się na dnie mej duszy, tak, że przez długie lata czułem się jak ten nastoletni bohater filmu „Jumanji”.

Mamy rok 1969. Zero internetu, zero komórek. Wracamy do klasycznych rozrywek młodzieży, jak rozbijanie się rowerami po przedmieściach, by tak uciec przez złośliwymi kolegami. Właśnie tak spędza czas Alan, który musi stawić czoła złośliwym kolegom. Do takich bohaterów od razu czujemy jakąś sympatię lub przynajmniej im współczujemy. Alan to nieco ofremowaty, roztargniony gość, który czuje, że nie potrafi sprostać ojcowskim wymaganiom. Jego ojciec (Jonathan Hyde, który dwa lata później wcieli się w rolę nadętego Ismaya w „Titanicu”) to poważny biznesmen, który produkuje wysokiej jakości buty i raczej nie wyręcza się tanią siłą roboczą w Chinach. W swoim domu również sprawuje silną władzę, której musi się podporządkować Alan. Nie trudno się domyślić, że jedynak bardziej lgnie do ciepłej matki niż do chłodnego ojca.

Trudno pogodzić się z takim losem życiowej ofermy w stylu Ojca Marty’ego Mcfly’a, skoro jest się synem Wielkiego Williama Parrisha. A czyż inny Parrish trzy lata później nie będzie oprowadzał samej Śmierci po meandrach życia (Joe Black?). Również Alan Parrish w jakiś sposób zderzy się ze swoją śmiercią. Któregoś dnia po męczącym ukrywaniu przed koleżkami, nasz bohater Alan znajduje coś, co odmienia jego życie i jak słyszymy na początku filmu, niech Bóg ma w opiece tego, kto znajdzie tą dziwną grę.

Alan znajduje starą planszówkę, taką, która mogłaby być w kufrze jakiegoś starego kapitana, co dopiero wyprawił się w kolejną podróż w odległą dżunglę

W tym akapicie starym kapitanem będzie wymagający ojciec, który przedstawia Alanowi ofertę prestiżowej szkoły, do której chodził jego ojciec, a dziadek Alana. Oczywiście to, co powie ojciec, powinno być zaakceptowane, ale właściwie czemu… I znów wywiązuje się kłótnia. Alan ma dosyć takiego despotycznego traktowania. Nieostrożne słowa syna podczas kłótni przypominają te, jakie wypowiada Kevin, odgrażając się matce. I bach, kości zostały rzucone, klamka zapadła. Rodzice wychodzą na bankiet. Alan zostaje sam na sam ze swoimi myślami, aż odwiedza go koleżanka, która zwraca uwagę na grę, niczym wskazująca na zakazany owoc.

Otwórzmy grę i się przekonajmy, o co w niej chodzi. I tak robią. Planszówka robi wrażenie na dzieciakach – to świecące zielone oko i te pionki, poruszające się same po szachownicy – no cudo!

Żeby zacząć grę, trzeba rzucić kośćmi, jak śpiewał Rush, „Roll The bones”. Kto by pomyślał, że jeden rzut kostką może zmienić życie. Dosłownie wstrząsnąć kośćmi.

Kości zostały rzucone, pionki się przesunęły, decyzja zapadła, Alan zniknął na oczach przerażonej Sary, zniknął, rozwiał się jak mgła, no i jakby z nikąd pojawiły się nietoperze, które w przypadku Bruce’a Wayne’a przesądzają o jego losie i narodzinach Batmana, a w przypadku Alana prowadzą do zguby i wypędzają biedną dziewczynę z pustego domu, by potem te koszmary wpędziły ją na długie lata w depresję maniakalną.

I tak mijają lata, nie ma śladu Alana, a biedny ojciec zupełnie stracił głowę, zaniedbał fabrykę, by za wszelką cenę odnaleźć syna. Smutna to historia, ale przecież jesteśmy dopiero na początku filmu, wiedząc już ile ta gra może namieszać w życiu nieświadomego gracza. Co może być dalej? Kto kolejny rzuci kośćmi?

Minęło 29 lat, mamy rok 1995. Rodzice Alana już nie żyją, a ich dom stoi opustoszały niczym nawiedzona rezydencja. Wszystkie tajemnice, awantury, żale przykrył gęsty kurz. Dom czeka na wynajęcie, tylko kto chciałby w nim zamieszkać, skoro tyle strasznych historii się o nim mówi. Wreszcie do domu sprowadza się rodzeństwo, Peter i Judy pod opieką ciotki, bo ich rodzice zginęli w wypadku. Tu również dzieci nie mają łatwo. Muszą się oswoić z nowym domem, szkołą i zrozumieć, że są sierotami, Właśnie w takich ciężkich chwilach warto rzucić kośćmi. Znów gra Jumanji daje o sobie znać. Dudniące bębny nie dają spokoju dzieciom, które muszą koniecznie sprawdzić, skąd się wydobywa ten dźwięk. W tym dziwnym domu nie trudno o historie z duchami, Zaradne rodzeństwo znajduje w schowku starą grę i podobnie jak wcześniej Alan, postanawiają z czystej ciekawości zagrać. Nie pożałują, bo przy Jumanji nie sposób się nudzić, a za to bać… jak najbardziej. Jeden rzut kośćmi znów zmienia czyjeś życie. Po 29 latach powraca Alan jako dojrzały mężczyzna, przypominający Tarzana. Nic dziwnego, w końcu wrócił z dżungli. Wrócił, by dokończyć grę, tak samo jak grę musi dokończyć dorosła już Sara i także dzieci muszą rzucić swoje, by dopełnił się ten rozdział przeznaczenia. Tak zaczynają się te wspólne przygody czterech graczy, dwoje dorosłych, którzy zaczęli Jumanji jako nastolatki i dwoje dzieci, które muszą ją skończyć.

Alan musi stawić czoła temu, czego się zawsze bał. I choć w Jumanji po każdym wyrzuceniu kośćmi przybywa coraz więcej dzikich zwierząt niczym dzikich emocji i instynktów z głębin podświadomości. Ze ściany wybiegają nosorożce, dookoła skaczą małpy i chodzą pająki. Pojawia się w końcu Lew, wspaniałe dzieło animatroniki. Wygląda tak piekielnie strasznie i zarazem dostojnie, że biorą ciarki, gdy widzimy swoją wielką łapą próbuje dosięgnąć Alana. Efekty w tym filmie jak lata 90-te są naprawdę przekonujące. Nie ma się co dziwić, skoro nad całością filmu stanął Joe Johnston, człowiek, który jeszcze jako student grafiki aktywnie brał udział w produkcji „Gwiezdnych Wojen”. On naszkicował słynne statki kosmiczne, które wryły nam się już w pamięć tak głęboko. Ale oprócz tych efektownych szkiców prezentujących kolejne straszne stwory i plansze gry Jumanji, coraz grubszą kreską rysuje w tym filmie relacja między Alanem a jego despotycznym ojcem.

Okazuje się, że największym lękiem Alana napawa go złowrogi myśliwy Van Pelt ubrany jak dziewiętnastowieczny łowca tygrysów. Przybył on za Alanem, żeby go ustrzelić jak dzikie zwierzę. I tu ciekawa rzecz, bo Van Pelta gra ten sam aktor, Jonathan Hyde, co ojca Alana. Podobnie zresztą było w ekranizacji Piotrusia Pana z 2003 roku, gdzie ojca Wendy i Kapitana Haka grał ten sam aktor, jakby między wierszami twórcy sączyli nam mit o złym ojcu, który więzi swoją córkę i nie pozwala jej się przyjaźnić z wiecznym chłopcem. Motyw Piotrusia Pana to także mrugnięcie w stronę Williamsa, który przecież grał w „Hooku” główną rolę, Petera i zarazem zapracowanego ojca, który już zupełnie stracił szacunek swoich dzieci. Teraz musi odwrócić swoją rolę i z zapracowanego prawnika, zmienić się w chłopca o bujnej wyobraźni, który pokona złego Kapitana Haka… znowu ponurego ojca i tak odzyska dzieci. Również w filmie „Między piekłem a niebem” rezonuje ta relacja między ojcem a dziećmi, gdy Williams portretuje wymagającego i bardzo racjonalnego ojca, który wciąż strofuje swoje dzieci. I dopiero po śmierci odnajduje ich w niebie, aby ich docenić.

Z pamięci wygrzebuję jeszcze jeden film, „Zabaweczki”, gdzie Williams gra nieco zdziecinniałego mężczyznę, syna dyrektora firmy produkującej zabawki. Nie trudno się domyślić, że ten wieczny chłopak całe dnie spędza na zabawach, aż któregoś dnia jego ojciec umiera, a firmę przejmuje złowrogi Wuj, pułkownik (późniejszy Dumbledore). Wieczny chłopiec musi się zdobyć na odwagę, by pokonać wuja-tyrana i uratować fabrykę zabawek.

I również w Jumanji, przestraszony Alan będzie musiał się zdobyć na odwagę, by skonfrontować się z Van Peltem, a nie tylko przed nim uciekać. To jest właśnie esencja Jumanji, swoisty morał, że oto musimy stawić czoła temu, czego się obawiamy. Mamy więc pokonać toksyczny obraz złowrogiego ojca, projekcję naszych lęków, jakby pobrzmiewał tu kompleks Edypa, prawo zabijania ojca z Freudowskich teorii (o czym trochę będzie w „Buntowniku z wyboru”). Brzmi przedziwnie, ale odgarnijmy te liście zagmatwanych mitów i sprawdźmy mapę. Strasznie duszno w tej dżungli od tych wszystkich motywów.

Kiedy Alan wraca po 29 latach z dżungli dowiaduje się, że jego rodzice już nie żyją. Słyszy od napotkanego włóczęgi (w baśniach to rola mędrca, przewodnika), że ojciec Alana wydał ostanie pieniądze na poszukiwania ukochanego syna, że zupełnie stracił głowę. To zupełnie inny obraz ojca, który wcześniej widzieliśmy: chłodnego, dumnego pana Parrisha, który narzuca słabemu synowi swoje zdanie, choć tak naprawdę troszczy się o Alana, lecz nie okazuje wylewnie uczuć.

Trzeba więc zniszczyć taki wizerunek surowego, toksycznego ojca, a nie jest to do końca takie proste, kiedy widzimy jak w poprzednich planszach/przygodach Alan karci surowo Petera jak syna, aż zjawia się Sara, która swoim ciepłem i poczuciem humoru rozładowuje nieco napięcie niczym żona i matka. Zupełnie jakby stanowili zgraną rodzinę, która musi stawić czoła przedziwnej grze. Williams grając tego przerażonego Alana, który wciąż boi się myśliwego Van Pelta, miał pewnie z tyłu głowy wspomnienie o swoim ojcu. W biografii poświęconej Williamsowi, możemy wyczytać o typowym konflikcie między ojcem i synem, gdy wymagający, chłodny stary nie mógł się pogodzić z artystyczną drogą syna.

Ale to był wybór Robina, aby zostać aktorem. Tak postanowił, tak wyrzucił kośćmi i tak musiał ponieść konsekwencje tego wyboru. Dojrzeć, dorosnąć to odważnie rzucać kośćmi i brać odpowiedzialność za każdy rzut. Najgorsze to stać w miejscu, na planszy, tak jak to uczynił bohater „Gry”, Nicholas van Orton. Zatrzymał się w miejscu, w spokojnym luksusowym kurorcie, gdzie tylko nuda i samotność trwają w nieskończone. Rzucić kośćmi to mieć odwagę iść dalej i próbować przyzwycię-żyć napotkane trudności, nawet jeśli te problemy mogą trwać 29 lat.

Ale na końcu Jumanji wszystko jakby się cofa i czas i wydarzenia biegną już innym torem, zupełnie jakby Wielki Gracz pokazał Alanowi jeden z wariantów nieostrożnych ruchów, a ja poczynię ostrożny krok i zakończę tą opowieść.

Na dzisiaj dosyć rzucania kośćmi.

 

Trzeba posprzątać tą dżunglę, która wyrosła w domu.

 


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOLNY DZIEŃ FERRISA BUELLERA - DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI ŻYCIA NASZEGO

I STANIE SIĘ KONIEC

DOBRANOC MAMUSIU. CZYLI JAK ODEJŚĆ NA WŁASNYCH WARUNKACH